niedziela, 13 marca 2011

Asfalt zielony, asfalt radosny

Szanowny Panie,

wolę jednak, żeby moje zęby zostały tam, gdzie są – zwłaszcza, że dałem za nie trzysta złotych ostatnio! Ale nie o tym chciałem… bo w zasadzie, to dosyć smutne, ale muszę przyznać Panu rację (chyba nie po raz pierwszy). Nawet w kilku sprawach…

Przede wszystkim przyznaję – słuchanie muzyki ma swoje minusy. Nie spodziewał się Pan, że usłyszy to ode mnie, co? Ale jest tak, jak Pan pisze – słuch to w końcu jeden ze zmysłów. Potrzebujemy go, żeby w pełni doświadczać świata. Niech Pan nie myśli, reaguje na te wszystkie autobusowe rozmowy, tak jak Pan. Lubię podsłuchiwać. I robię to z przyjemnością zawsze wtedy, kiedy skończy mi się bateria w odtwarzaczu mp3. Czyli nie za często. Chciałbym częściej, ale – musi Pan zrozumieć – jestem trochę uzależniony od tych przeklętych słuchawek. Jak się już tak zdarzy, że zamilkną, to nagle odkrywam podróż na nowo. I jestem w końcu „tu i teraz”. Bo przeważnie jestem jednak „tu i tam” (z naciskiem na „tam”). Cóż poradzić? Może kiedyś się tego oduczę i będę mógł się spokojnie zachwycać zwierzeniami trzynastolatek albo przechwałkami sepleniących osiłków. Zobaczymy, jak to będzie.

Druga sprawa, w której się z Panem zgodzę, to kwestia pogody. Pięknej pogody! Pięknej tak, że aż chce się żyć nawet! Tydzień temu pisałem Panu o weekendzie, który skąpany był w beznadziejnej czerni. W tym tygodniu to zupełnie co innego. Wczoraj spędziłem ponad trzy godziny na boisku, udając, że umiem grać w kosza. I było to bardzo, bardzo miłe. Biegać sobie w przewiewnej koszulce, dostawać z łokcia po twarzy od Pana Adama i wpadać łbem na metalowy słupek podtrzymujący kosz. Zupełnie, jakby człowiek był znów w podstawówce (poziom gry jest wciąż ten sam w końcu). Jedyna różnica polega na tym, że kiedyś było nas przeważnie kilku. A teraz… jak dwóch na raz się uda zebrać, to już jest dobrze (kobiety - ajwaj). No, ale to nie koniec. Bo dziś, w niedzielę, wstałem o 8 rano i poszedłem pograć z Panem Tysonem. I już około 9 było cieplutko. Wiosna, wiosna. Oby tak dalej, a będzie już w ogóle błogo. A jak zbieranie patyków u Pana Maćka poszło?

Pozdrawiam,

Paweł D.

Gapiacz ulicznikus

Szanowny Panie,

nigdy nie miałem takich problemów jak Pan z patrzeniem się na ludzi. W zasadzie to ja się na ludzi gapię, jopię, świdruję... etc. Mam nawet taką przypadłość, że sobie idę ulicą i... patrzę... i zgaduję po wyrazie twarzy, jaką to historię ma ten człowiek. O ten na przykład ma grube okulary, nalaną tłustą twarz, niemyte włosy więc na pewno jest agentem obcego państwa.

W zasadzie to uwielbiam patrzeć na ludzi w metrze i wcale nie przejmuje się ich potępiającym wzrokiem. Przecież zaraz wysiądę, albo on-ona wysiądzie i już w życiu się nie spotkamy. A tak przez jakiś ułamek życia ta osoba tuż obok, siedząca na przeciwko dzieli ze mną tą samą taśmę. Zupełnie obca postać dzieli ze mną kawałek życia, choćby tak mało ważnego jak jazda jednym środkiem lokomocji. Warto tą osobę zapamiętać, albo dać się zapamiętać. A nawet nie zapamiętać tylko w tym małym momencie dzielić z nią rzeczywistość jeszcze bardziej niż poprzez sam fakt wspólnej jazdy pojazdem. Środkiem na to jest zwyczajne gapienie się i zmuszanie do myśli: "czego on się gapi?", "czy ja mam coś na twarzy?", "to nie eleganckie", "chyba się mu podobam", "pogapię się na niego, skoro i on się gapi", "znamy się czy co?", "idiota".

Myślę, że kościelne baby które wciskają się na zdjęcia i taśmy ślubów właśnie po to robią, żeby gdzieś być zapisaną, zapamiętaną. Cholera właśnie porównałem się do wkurzających bab... no ale chyba coś w tym jest. A nawet gorzej, bo przecież mój wzrok, moja osoba zostanie na wieki zapisana w mózgu i może kiedyś gdzieś zostanie odtworzona... a taka taśma może spłonąć, zaginąć.

Polecam Panu to gapienie. Dostanie Pan w mordę od dresa i tyle się stanie, że poczuje Pan pięść na twarzy, straci Pan dwa zęby, albo Pan sam pozbawi gapiacza (to obiekt na który się gapimy) uzębienia... będzie Pan w czyimś życiu, kogoś bardzo obcego. I chwila zostanie utrwalona. Kto wie, czy ten ktoś nie będzie opowiadał historii swoim wnuczętom: pamiętajcie malcy, że czasem żeby być trzeba się bić. Na tym przykładzie wychowany zostanie jakiś żołnierz, który to całkiem prawdopodobne, zostanie bohaterem na wojnie, uratuje swoich przyjaciół, obroni kochaną Ojczyznę przed najeźdźcą. A na grobie bohatera napisane zostanie "Bo się gapił". I to będzie Pan! To Pan się gapił!

Problem jest tylko jeden. Pan niestety, ale ma brzydki zwyczaj słuchania muzyki podczas podróżowania. Jeździ Pan wszędzie z tymi słuchawkami w uszach. I to one odcinają Pana od świata rzeczywistego. Sprawiają, że jest Pan niewidzialny dla świata, że nie bierze Pan w nim udziału. Nie potrafiłbym tak jak Pan siedzieć sobie w dajmy na to w 709 i ustawić muzyczną barierę. Barierę między mną a otaczającym, smrodliwym, spoconym i stękającym... ale światem. Potrzebuję ludzkich rozmów, gadek, westchnień, klaksonu samochodów, szumów, dźwięków silnika. To część bez której wszelkie poruszanie się jest bez sensu. Ja wiem, że korzystanie z 709 nie jest rzeczą przyjemną i można bez niej żyć. Ale skoro nie ma człowiek potrzeby wsłuchiwania się w dźwięki przejazdu z Piaseczna do Warszawy, to może też nie mieć potrzeby słuchania ulic dajmy na to Katmandu w Nepalu, szumu morza, itd, etc.

Pozdrawiam w piękną niedzielę

Stefan W.

czwartek, 10 marca 2011

Martwe dusze

Szanowny Panie,

trup w mediach to poważny temat. Ja też miałem problem z nieboszczykami, kiedy to pracowałem tej telewizji internetowej. Jakoś nie mogłem się przełamać, żeby tak naturalnie „grać” zmarłymi. Ale fakt faktem – media kochają sztywniaków.

- Siema.
- Siema.
- Co dziś mamy?
- Jest fajne nagranie z Chin. Facet stoi na skraju dachu i grozi, że się zabije. Tam go policja zagaduje. On się barierek trzyma i tak kiwa. I widać jak skacze.
- No to zajebiście!
- No spoko, niezłe jest. Ze cztery koła się z tego wyciągnie. Tylko trzeba dobrym tytułem ograć i fotkę jakąś dobrą dać. Ale widać moment skoku?
- Znaczy tak marnie, bo go za ręce łapią i trzymają.
- To się nie zabił?
- No nie. Złapali go w ostatniej chwili.
- Kurcze, chujowo trochę – jakby się zabił, to byśmy walnęli: „Śmierć uchwycona kamerą” i by było pozamiatane.
- No nic, trzeba się będzie pomęczyć. Musimy tak to ograć, żeby nie było wiadomo, jak to się skończyło.
- Wiadomo. Prosta sprawa. Damy moment skoku, tak z dalszej perspektywy. I z czerwonym znacznikiem.
- No, może się to jakoś sprzeda. Szkoda, że go złapali.

Ile w tym ironii? Ile żartu? Cóż, sporo. Jednak prawda jest taka, że tak się gada – a gdyby skoczył, to klikałoby się lepiej. Coś, jak z tym pańskim rowerzystą trochę.

No, ale wróćmy do poważniejszych rzeczy. Zostaliśmy zdradzeni! Nie uwierzy Pan, ale Panna J. czyta bloga tego gostka, co to udaje Bukowskiego i dostał wyróżnienie w tym konkursie, którego my nie wygraliśmy. Cóż to za brak szczątkowej nawet wrażliwości! Jestem zniesmaczony. Fajki dwie? Phi.

A skoro już o wrażliwości zacząłem (bo to i z trupami związane i ze zdradą też przecież), to czuję się skrajnie odrętwiały. Jakbym był wielką ludzką piętą. Warstwa zrogowaciała. No i jakoś rodzi to pewne problemy. Na przykład chodzę i patrzę na ludzi… ale tak jakby trochę nazbyt intensywnie. I już chyba mnie nawet jeden miejscowy dresiarz zapamiętał i coś czuję, że wkrótce po ryju dostanę. A po co tak patrzę? Nie wiem! To jakieś dziwaczne i poza mną zupełnie. Trochę tak, jakbym liczył na to, że nagle spotkam kogoś znajomego, albo że taki inny niktoś zarzuci mnie na plecy i zaniesie hen przez łąki, lasy, aż do Doliny Muminków. Nie no, nie wiem, po co się tak patrzę na tych ludzi cholernych! I jeszcze ostatnio to się patrzę i irytuję. Jadę tym metrem. Patrzę. Patrzę. Patrzę. Jedna wchodzi. Wysoka. Staje przede mną. Patrzę – ale wysoka! Śmieszne rajtuzki. Nawet przyjemna. I myślałbym o niej ciepło. Ale nie myślę. Bo staje mi przed samym nosem i zaczyna wcinać bułeczkę. I żuje, i żuje. Ojej. I już ciepło o niej nie myślę. Obok niej stał za to chłopiec. A może raczej mężczyzna. Coś takiego pomiędzy. Patrzę – ma słuchawki takie, jak moje. Fajne słuchawki – myślę. I bym już nie zwracał na konowała uwagi, ale co… Słucha to to i tańczy. W metrze! No, uwierzyć nie mogłem. Po co to się tak kiwa, jak głupi? I stuka rękami, i głową macha. Więc patrzę w drugą stronę – pijaki. Takie zwykłe prawie, ale mordy obleśne, czerwone, nalane. Słucham muzyki, więc nie słyszę, co tam gadają, ale muszą bełkotać, bo to na pierwszy rzut oka już widać, że bełkot straszny. Kurwa – myślę już mocno poirytowany. To gdzie się mam patrzeć do cholery?! Na te ekrany, gdzie nie ma wiadomości bez literówki?! Nie! Znajdę jakąś miłą twarz. Patrzę. Patrzę. No jest. Siedzi sobie jakaś pucołowata okularnica. Twarz spokojna, rysy regularne. Wzroku nie kaleczy. To patrzę. Ale chyba zauważyła i się obruszyła jakoś. No to się wkurzyłem i wysiadłem, bo już bym musiał chyba oczy zamknąć. Metro. Beznadzieja. Nienawidzę metra.

Pozdrawiam,
Paweł D.

poniedziałek, 7 marca 2011

Czekając na trupa

Szanowny Panie,

siedzę w domu i czekam na przyjazd operatora, który jedzie na złamanie karku, bo w Giedajtkach pod Gutkowem wydarzył się śmiertelny wypadek. Mężczyzna jechał, uderzył w drzewo i się zabił. Już jeden śmiertelny wypadek robiłem i to nie jest nic przyjemnego. Moim zdaniem nie powinno się takich tematów robić, ale zdaniem specjalistów nie ma nic tak ożywiającego antenę jak trup. Okropne. A zatem czekam na operatora jego kamerę i tak czekając pomyślałem o fandze. Co za niespodzianka, że Pan tak szybko odpisał.

Czyli kobiety zepsuły męską imprezę. Nie pierwsza i nie ostatnia to rzecz w historii relacji damsko-męskich. Co tu komentować? Co wymyślać na siłę? Po prostu trzeba się do tego przyzwyczaić!

Oooo.... zadzwonili z redakcji, że już operator jedzie. Będzie pewnie za dziesięć minut, więc zaraz muszę wyjść na przystanek. Czuję się jak szakal. Brrrr... co za praca?!

Pozdrawiam

Stefan W.

niedziela, 6 marca 2011

Sobotoniedziela, czyli gdzie jest ta cholerna książeczka?

Szanowny Panie,

nie wiem, czy też Pan miewa takie weekendy, które okazują się gorsze od tygodnia w pracy? Z pewnością tak – to w końcu nic niezwykłego. U mnie taki weekend właśnie dobiega końca. I chyba dobrze, bo dalej bez wątpienia byłoby jeszcze gorzej…

Już sobotni poranek wróżył, że może być nie do końca tak, jak to planowałem. Niby nic się nie zdarzyło strasznego, ale tak jakoś wszystko pod górę i z opóźnieniem sobie człapało. Później postanowiłem napisać do Pana. Szło mi jakoś opornie. No, ale jakoś poszło. Później miałem zająć się kilkoma rzeczami, na których jakoś myśli skupić nie mogłem, bo oczywiście okazało się, że mam nawrót przeziębienia. Gardło bolało, z nosa lecieć zaczęło, a w głowie ogólna „zamuła” (jak to powiada Pański brat). - No nic – pomyślałem. - Wieczorem sobie odbiję.

Bo wieczorem miałem iść do naszego licealnego kolegi Pana K. i dokonać rytualnego resetu organizmu. No i poszedłem… a w zasadzie pojechałem. Byli też dwaj inni moi/nasi koledzy (bardziej chyba moi jednak). Miało być picie piwa/wódki, śpiewy, może jakieś nocne wyprawy. A co było? Narzekanie. I to bynajmniej nie bezpodstawne. Tu wraca temat „Kobiety są głupie”. Już nie wnikam. Może i nie są. Ale związki z pewnością bywają. Panie Stefanie, tak wczoraj słuchałem wynurzeń tych moich kumpli i powiem Panu szczerze – życie zakonne nagle wydało mi się opcją całkiem sensowną. Można sobie piwo warzyć, z Bogiem rozmawiać, śmiać się i po krągłym brzuchu klepać. A z babami – tylko kłopoty. Oczywiście na swoją nie narzekam, niech Pan nie myśli. To takie ogólne refleksje. Nie muszę chyba dodawać, że z wyprawy nic nie wyszło. Wróciłem do domu w nocy. Przeziębiony i ponuro, niesmacznie podpity. Obudziłem się o dziesiątej, ale że widmo kaca w czas dostrzegłem, to postanowiłem jeszcze na godzinę oko przymknąć. Wstałem zatem o jedenastej. Już byłem zły, bo toż to prawie południe. Zjadłem śniadanie i za jedną rzecz się wziąłem, co ją komuś obiecałem. Tak myślałem, że mi to z pół godzinki, góra godzinkę zajmie. A do dwudziestej się zeszło jakoś. Z przerwami co prawda, ale mimo wszystko. No, ale o dwudziestej rad już byłem, że w końcu sobie może jakiś meczyk zarzucę i zobaczę, co tam słychać u muskularnych murzynów. Przypomniało mi się jednak, że przecież muszę sobie na jutro jakieś rzeczy przygotować do pracy. Później okazało się, że nie mam żadnej koszuli uprasowanej. Oj, prasować to ja nie lubię. Ale jak trzeba, to trzeba. I już skończyłem, i już w podskokach na pięterko wbiegam… ale przypomniało mi się – zupełnie nie mam materiałów do kolejnej audycji. No dobra, to przecież chwila, i to nawet dosyć przyjemna… ale przypomniało mi się znowu – przecież do nowej pracy dokumenty miałem jakieś przygotować. No i mogiła…

Gdzie jest ta cholerna książeczka wojskowa? Przez ostatnie dziesięć lat leżała w jednym i tym samym miejscu. Spoglądałem czasem na nią i myślałem sobie – Na chuj mi ta książeczka (przepraszam za stwierdzenie, ale tak właśnie myślałem)? No, ale leżała sobie. Bo i co miała nie leżeć? W takim pudełeczku na parapecie. Niezmiennie – przez niemal cały okres swojej formalnej egzystencji. Podchodzę dziś zatem śmiało do okna, co by sięgnąć po nią tylko ręką (bo jakimś cudem okazało się, że pełni jednak jakąś funkcję i potrzebna jest pracodawcy), a tu zaskoczenie. Nie ma jej. Przyznaję – zaniepokoiłem się od razu, bo już ja znam te numery. Ale ok. Przecież pokój mój nie jest znowu taki wielki. Gdzieś być musi. No musi. Tylko gdzie, do diabła ciężkiego? Przetrząsnąłem całą moją dziuplę. I nic. A wszystko przez to, że na jesieni mi się sprzątać zachciało. Idiota ze mnie. Jak coś leży w jednym miejscu, to nie powinno się tego przekładać. Ot, i cała filozofia. A w czasie tych nerwowych poszukiwań kląłem niemiłosiernie i się jeszcze tak w głowę pacnąłem, że teraz coś mi w uchu świszczy cały czas.

A czy naprawdę chciałem tak dużo? Chciałem sobie napisać kilka recenzji. Popatrzeć, jak gra Boston bez Perkinsa na środku. Pośmiać się z kolegami. Może poczytać sobie książeczkę jakąś. Na spokojnie poszukać czegoś ciekawego do radia. No, takie nic niby, ale takie nic, o którym myślałem zarazem przez ostatni - nazbyt wręcz pracowity - miesiąc. Ech… wszystkie siły życiowe odeszły ze mnie zupełnie. A książeczki, jak nie było, tak nie ma.

Głupie weekendy. W ogóle ich nie powinno być.

Pozdrawiam,

Paweł D.

Kobieto puchu marny

Szanowny Panie,

jak ten pies u Pana przeżywa jeżeli Pan tak kiepsko sobie radzi z "chceniem"? Nie chce się Panu karmić mnie i przy okazji czytelników listami, ani karmić rybek w naszym akwarium to może i psa się Panu karmić nie chce? Ale są rodzice, jest i siostra oni się tym zajmą. Tak? O zgrozo!!! Czyżby był Pan tak wielką ofiarą losu? Która nie wie czego "chce", nie potrafi się zsamodyscyplinować i zmusić? Czyżby te talenty, których ma Pan bezmiar, miały się zmarnować przez to, że jest Pan leniem? Lenistwo przecież jest tylko i wyłącznie wtedy przyjemne, gdy poprzedza go ciężka praca!

Co to za próby wciągnięcia mnie w dyskusje na temat domniemanej głupoty kobiet? Odpowiem słowami ulubionego autora książek mojego brata, czyli Bukowskiego: "za stary wyjadacz ze mnie, żebym nie wiedział, co mam odpowiedzieć". Ale z drugiej strony... zasiał Pan ziarenko, które mi kiełkowało. I zacząłem sobie myśleć czym jest ta cała głupota o którą się posądza tylu ludzi. No i na niezastąpionej wikipedii czytamy, że to niedostatek rozumu, brak bystrości, nieumiejętność rozpoznania istoty rzeczy. O właśnie! Istoty rzeczy... Zwykle o kobietach mówi się, że są głupie bo nie możemy je zrozumieć, czyli nie potrafimy dostrzec właśnie "istoty rzeczy". Cholibcia, czyżbyśmy to my byli tymi głupkami. Ale dlaczego mielibyśmy niby odgadywać tę "istotę", skoro często one same o niej nie wiedzą. Od razu przypomniał się mi serial. Codziennie wstaje o 6 rano a o 6.35 w telewizji leci serial o kobietach prowadzących farmę w Australii. To ulubiony wczesnoporanny serial cioci Krysi, więc go z przyzwyczajenia kątem oka przy śniadaniu oglądam. No i ostatnio było, że dwóch mężczyzn (dygresja: większość mężczyzn, którzy żyją z tymi kobietami ginie, więc uchowanie przy życiu tych dwóch to całkiem niezły sukces scenarzystów): jeden młody, drugi stary dyskutują oczywiście o kobietach. I ten młody naiwnie mówi, że on ich nie rozumie. A stary mądrze mu odpowiada: Stary gdybym ja je rozumiał byłbym miliarderem. A zatem co robić? Słuchać Kayah która o kobietach wie tyle że gdyby była facetem to byłaby supermenem. Pomyśleć o słowach pana mamy, że każda baba na swojego gacha narzeka i każdy inny jest dla niej znacznie lepszy. Albo nie przejmować się ilorazem inteligencji kobiet, nie wytykać im ich głupoty, bo przecież nie od tego są, żeby były mądrzejsze od nas. Wyobraża Pan sobie kobietę mądrzejszą od Pana? Nawet jak taka się znajdzie... pewnie się znajdzie... znajdzie się na pewno! to po co się do tego przyznawać? Są głupie i już. Nie wiedzą czego chcą i już. Przypomnijmy sobie monolog Gustawa:

Kobieto puchu marny! ty wietrzna istoto!
Postaci twojej zazdroszą anieli,
A duszę gorszą masz! gorszą niżeli...
Przebóg! tak ciebie oślepiło złoto
Gdzie tylko zwrócisz serce i usta,
Całuj, ściskaj zimne złoto!

A już za dwa dni 8 marca! Dzisiaj w Olsztynie odbyła się manifa, te baby to są dopiero świrnięte.

Czekam na list. Mam nadzieję, że poczta będzie szybciej działać niż Poczta Polska.

Stefan W.

sobota, 5 marca 2011

Dekobietyzacja

Szanowny Panie,

zastanawia się Pan z pewnością, gdzie jestem i co robię. Zaskoczę Pana. Otóż – oddaję się konsumpcji. Właśnie wcinam kanapkę z dżemem z Biedronki. To już coś, ale jest tego więcej. Dziś po pracy poszedłem do sklepu i tak po prostu, jak prawdziwe panisko, zakupiłem sobie trampki. I to wcale nie takie najtańsze. Firmowe. Nie wiem co prawda, cóż to jest za firma, ale taki znaczek, co go już widziałem gdzieś. A, i jeszcze, jeszcze – całą paczkę maszynek do golenia też zakupiłem. Ha! Jak to śpiewał Lech Janerka: „Jezu, jak się cieszę z tych króciutkich wskrzeszeń, kiedy pełną kieszeń znowu mam”. Albo Pezet (wersja dla młodszego pokolenia – taka bardziej wprost i bez spinki): „Lubię, kiedy mam w kiermanie forsę” . No bo co tu dużo mówić. Jestem pracownikiem firmy farmaceutycznej. I na razie nigdzie się nie wybieram. Co to znaczy? Sam jeszcze nie wiem. Na razie tyle, że trudno mi się zmusić do jakiejkolwiek aktywności pozazawodowej. Słuszność miał ten nasz Zbłąkany Czytelnik – „brzuszki pełne i mózgi leniwe”. Tylko chcę sprostować. Brzuszek pełny i mózg leniwy. Bo przecież Pan, Panie Stefanie, trzyma formę i nawet stosuje Pan pewne środki represji, co by mnie zmusić do blogowej aktywności. Zatem, drogi Zbłąkany Czytelniku, to tylko ja, tylko ja leniem śmierdzę…

…ale

…ale tak też sobie pomyślałem – czym też jest ta nasza Fanga. Inaczej. Do czego służy? Przecież nie jest to niewinna wymiana myśli. Moglibyśmy to robić poza sferą dostępną dla pierwszego lepszego poszukiwacza pornografii. Przecież wychodzimy do ludzi. I Pan to dobrze wie. I Pan ma szacunek dla Czytelników. I rozumie Pan, że musimy utrzymać pewne tempo. Musimy zachować regularność. Czytelnika trzeba karmić. Jak rybki. Tylko, co my z tego mamy? Przecież nawet nie wygraliśmy tego „Bloga Roku”! Znaczy, ok, nie spodziewałem się wygranej, ale znowu zwycięzcy też jakoś na kolana nie rzucili formą i treścią (z tego przynajmniej, co mi Panienka J. przekazała). Czyli jesteśmy dupy. I nasz blog, jako twór sam w sobie, jest nic nie wart. To znaczy – jako produkt, jako forma literacka. No bo zawsze pozostaje fakt, że koniec końców – zostawiamy ślad. Mało tego. W pewien sposób próbujemy tu odmalować przecież nasze portrety. Tak mnie się zdaje przynajmniej. Nie wiem, co to za zboczenie, ale coś w tym być musi. No i tak też sobie myślę, że jeśli jest tak faktycznie, to moje niepisanie jest tak samo wartościowe, jak Pańskie ekspresowe odpowiedzi. Toż to kwintesencja mojego jestestwa. Uzależnienie od „chcenia”. Bo ostatnio pisać mnie się po prostu nie chciało. I na początku się zmuszałem, ale czym bardziej się zmuszałem, tym bardziej mnie się nie chciało. No i pojawiło się w mojej głowie motto pewnej mojej koleżanki „ZDROWIE WAŻNIEJSZE”, co w wolnym tłumaczeniu może oznaczać: „od pisania pod presją, to można tylko wrzodów dostać”. Oczywiście hasło jest dosyć uniwersalne i zależnie od sytuacji może oznaczać w zasadzie wszystko, nie mniej jednak to też na pewno oznaczać może. Zatem proszę zwrócić tylko uwagę na to, jak wymowne było to moje milczenie (kiedy to sobie uświadomiłem, to aż oniemiałem). Przecież teraz wszyscy nasi Zbłąkani Czytelnicy wiedzą o mnie więcej, niż wiedzieli wcześniej. Tyle kart odkryłem. Tyle prawdy o sobie (nie)powiedziałem! Niechluj. Bałaganiarz. Leniwy. Naciągający rzeczywistość do swoich potrzeb. Manipulant. Do tego przekonany, że wszystko ujdzie mu na sucho. Czy udało mi się przekuć porażkę na zwycięstwo? Chciałbym, żeby zostało to tak odebrane.

Ale zostańmy na chwileczkę przy tych „Blogach Roku”, bo to nawet zajmujące. Znaczy, wie Pan, ja bywam czasem wyjątkowo leniwy jednak i mnie się tych innych blogów czytać nie chciało, ale o uszy mnie się obiło, że wszystkie te wynurzenia pochodzą od takich ludzi pomiędzy 26 a 32 rokiem życia, co chcą światu udowodnić, że chociaż nie są już młodzi, to wciąż są fajni.



Tak.



No cóż.



Jedyne co teraz przychodzi mi do głowy, to nazwisko Hanka Bielicka.

Dobra, dobra. Muszę przecież coś rzeczowego napisać. O! Mam! Kobiety są głupie. Tak. Znaczy, jest kilka fajnych, ale tak generalnie, to są głupie, prawda? Co Pan o tym myśli?

Pozdrawiam,

Paweł D.