niedziela, 21 sierpnia 2011

Lato, lato...

Szanowny Panie,

kapeć w buzi to oznaka odwodnienia. Z porów ciał dziesięciu osób, w większości leżących na drewnianej podłodze, wydobywał się charakterystyczny odór przetrawianego alkoholu, który powoli wypełniał wysokie pokoje Kieleckiej. Mieszał się z zapachem starego mieszkania, roztoczy i drewnianych mebli. Siódma rano dawno minęła. Było niemal południe o czym nic nie przypominało, bo też nikt o tym nie myślał. Powoli ludzie wstawali. Pierwsze kroki kierowali do kuchni, którą ktoś przytomny zaopatrzył w wielką butlę wody. Ciało potrzebowało płynów, co najlepiej oddawał - rozum, wrzeszcząc z rozkoszy przy nawadnianiu. Toaleta. I znów wyro... czyli nieznanego pochodzenia w miarę miękki przedmiot leżący na podłodze. Drażniło słońce przebijające się przez pokryte kurzem, grube i ciężkie zasłony. Brzydkie światło dawał jedynie telewizor. Ludzie jednak zaczęli wstawać na dobre. Najpierw krótkie rozmowy, pierwsze podsumowania wieczoru, spostrzeżenia, liczenie się. Kogo brak i gdzie go zostawiliśmy. Łby pękały. Droga do domu przerażała. Kolejna godzina upłynęła zanim ruszyliśmy się z miejsca. I pierwsze przyjemne zaskoczenie. Dzień jest piękny, lekki wiatr orzeźwiał, a słońce zapowiadało spokojną niedzielę.

Plaża gutkowska była niemal pusta. Przynajmniej w porównaniu z tą miejską, gdzie nie było miejsca na wsadzenie nawet szpilki, co dopiero położenia swojego sporego ciała. Słońce było kojące. Tego lata jest tak mało słońca, że żadnego promienia nie można zmarnować. G. leżała tuż obok. Ostatni jej dzień pobytu w Olsztynie. Gadaliśmy o żaglówkach, Chorwacji i wodzie. Trawa trochę kuła, ale było miło. Z nie tak znowu wielkiej chmury spadły pierwsze krople deszczu. Nic specjalnego. Do wytrzymania. Po chwili jednak kropel przybyło. Nic to. Drzewa ochronią nas. Niestety deszcz się nasilał. To nie był już deszcz, ale dosłowne urwanie chmury. Staliśmy nad brzegiem jeziora i mieliśmy wrażenie, że jezioro sięga nieba, tyle wody leciało na nas. Nie było sensu stać. Trzeba było iść na autobus. Wybrałem leśną ścieżkę, tuż nad brzegiem. Żaby uciekały nam spod stóp. Żaby to takie deszczowe stworzenia. Przynajmniej tak ładnie lśnią gdy pada. Błoto lało się do jeziora. Kilka razy wyrżnąłem się jak długi. Czuliśmy się jak w jakiejś Amazonii, a przecież byliśmy na przedmieściach największego miasta Warmii i Mazur. Dawno już przestaliśmy osłaniać się od deszczu. Lał się na nas. Na szczęście był ciepły. Letni. Przyjemny. Taki jak wtedy gdy miał Pan 7 lat i wyskakiwał na deszcz, aby w samych spodenkach biegać po podwórku-ogrodzie. Taki sam deszcz i te same uczucie, że wszystko wolno i wszystko można. Że "nieosiągalne", "niemożliwe" to nie są słowa dostępne w słownikach. Było dodatkowe uczucie. Pani G. - mam nadzieje że się Pani nie obrazi... dodatkowe uczucie, to widok mokrej dziewczyny. Widok przyjemny i ciepły. Bardzo seksowny. Taki obrazek jak z czasów nastoletnich. Kiedy szło się na spacer z dziewczyną i łapał cię ciepły deszcz. Wtedy zawsze znajdowała się jakaś stodoła, czy coś podobnego.

Lato nas nie rozpieszczało w tym roku, ale muszę temu latu 2011 przyznać, że dało mi dni, które zapamiętam do końca życia. A przecież jeszcze parę dni zostało.

Pozdrawiam

Stefan W.


czwartek, 18 sierpnia 2011

Myślę, więc/że jestem

Szanowny Panie,

myślę, że na dzień dzisiejszy chciałbym wpaść w takie obrotowe drzwi. Chciałbym. Chyba. Myślę, że pod palmami życie płynęłoby mi jakoś łagodniej, przyjemniej. Jak na kajaku. W drodze. Jak zwykła mawiać Panna J. - w niemiejscu.

Pewien też jestem, że kiedyś i ja pojadę do Hanoi. Pojadę. Bo mam duszę podróżnika. Tak naprawdę. Mam. Nikt tego nie widzi, ale ja to przecież wiem. Ja to czuję. Nie lubię przecież spokoju. Mam w sobie tę ciekawość. Może się gdzieś zawieruszyła po drodze, ale jest gdzieś przecież. Jest na pewno.

Potrzebuję tylko trochę luzu. Trochę pieniędzy. Trochę zdecydowania. Muszę tu załatwić kilka spraw, ale jak tylko je załatwię, to wyruszę - hen, daleko.

Myślę, że zrobię to z wrodzoną gracją. Nie sprawię nikomu bólu. Wywiążę się wcześniej ze wszystkich obowiązków. Nie spalę za sobą żadnych mostów. Odpłynę po prostu na chmurce, jak aniołek.

Zrobię to, bo Warszawa mnie przytłacza. Myślę czasem, że te jej mury mają w sobie jakąś moc piekielną, która czyni ludzi nieszczęśliwymi. Snują się Ci ludzie tak. Jacyś otępiali. I czasami myślę, że są wszyscy jacyś okropni. Nieludzcy nawet. Jak przyczajone psy. Źli. Do szpiku kości.

Nic więc dziwnego, że często myślę o tym, jak cudownie byłoby mieć mięśnie. Być silnym i okrutnym. Szanowny Panie! Jaki ja bym wtedy był! Nie uwierzy Pan! Chodziłbym i bił wszystkich na lewo i prawo. Nie tylko złych dresiarzy, którym należy się kara za paskudne twarze. Okładałbym też kinder metali i dużych metali, ponurych gotów i wesołych gości w kolorowych koszulkach (których nie jestem w stanie przyporządkować teraz do jakiejś subkultury). Ale i innych... punków i skinów. Policjantów i przestępców. Czarnych i żółtych. Homoseksualistów, polityków i kierowców autobusów. Wszystkich! Ach... to byłoby takie piękne.

Myślę jednak, że siły odpowiedniej nie posiądę nigdy. Odpowiedniej nawet, aby czuć się pewnie i bezpiecznie. Muszę przez to kombinować. Muszę się dostosowywać. Wypełniać po brzegi wolne jeszcze szczeliny rzeczywistości i tworzyć w nich swoją niekształtną twierdzę. Paskudna robota.

No i czasem, jak tak o tym pomyślę, to mnie zaraz głaz jakiś przygniata. I sam się przeciw sobie buntuję. Bo przeciw innym przecież nie mogę. Bo jak? Zawsze się znajdzie jakiś głupi, któremu mój bunt w takiej, czy innej formie będzie akurat po drodze. I się dołączy. I się okaże, że to nie mój bunt wcale, tylko i tego drugiego. Albo i jeszcze innego...

Nie no! Myślę, że tu się nie da żyć czasem. Stoję na tych światłach i tak właśnie myślę. Chuj. Jeden krok. Przecież to tak nie dużo. A potem się wzdrygam i myślę, że jak tak będę myślał na słońcu za dużo, to się jeszcze kiedyś zagapię i dopiero będzie placek! Panie Szanowny, jak mnie te ulice denerwują! Pełne tych samochodów cholernych! I chciałbym sobie zakląć... Ech, chciałbym... ale mnie coś trzyma i mówi, że nie mogę. Nie mogę, bo ktoś by tego oczekiwał, a kto inny byłby zniesmaczony. A przecież wszyscy powinni dostać tę najlepszą część mnie. Tę najlepszą dla siebie. Ale czy ja mogę być dla wszystkich?

Bo czasem myślę - głupi - że jestem przecież dla siebie. Czasem tylko - aż taki głupi znowu nie jestem. Być dla siebie nie musi być przecież znowu czymś złym. Nie?

Cholera (to słowo dozwolone), myślę tak dużo o sobie. Cały dzień tak myślę. Siedzę przed komputerem. W zamknięciu. I myślę.

Dziś myślałem na przykład o tym, że mógłbym być przecież bohaterem Bukowskiego. Nie wierzy Pan? Może nie teraz. Ale pamiętam, jak dziś, że byłem kiedyś kimś, kto mógł takim zachlaj-mordą być.

Teraz wierzę jednak, że zrobię karierę. Małym kosztem. Nie poświęcę duszy. Nie poświęcę rodziny. Zrobię to tak przy okazji. Szybko. Przez lat kilka. A później myślę, że będę tym, kim zawsze chciałem być. Będę robić to, co zawsze robić chciałem. Myślę, że wszystko się tak ułoży, jak marzenie.

Ale w zasadzie tylko, kiedy staram się już nie myśleć odpowiednio długo, to przychodzi błogość i marzenia mnie wypełniają. I tak mi wtedy dobrze, hej!

Paweł D.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Obrotowe drzwi

Szanowny Panie,

nie czytałem już tak długo, że wstyd się przyznać. Powody? Nie miałem ochoty, nie miałem czasu, ani dobrej książki na półce. Te dwa ostatnie to akurat kłamstwa... zwyczajnie nie miałem ochoty, ale teraz jakoś tak zabrałem się za czytanie książki, którą dostałem od brata na Boże Narodzenie. Nazywa się Samsara, a napisał ją Tomek Michniewicz, znany z radiowej Trójki ze swych podróży. Świat zwiedził z plecakiem wzdłuż i wszerz. Opowiada on o swoich niezwykłych przygodach w Tajlandii, Wietnamie, Indiach. O poszukiwaniach czarodziei, którzy potrafią zrobić rzeczy dla europejczyka niezrozumiałe, niewyjaśnione. Przygody te są tak niezwykłe, że przeszukałem już połączenia i znalazłem z Rzymu lot do Bangkoku w jedną stronę (bo nie wiem kiedy miałbym wracać) za 1 400 złotych. To na razie najtaniej. A chciałbym zobaczyć jeszcze Wietnam z Hanoi na czele, Malezję, a najlepiej to stamtąd pojechać do Jerozolimy, aby Boże Narodzenie spędzić w Betlejem. Słowem podjarany jestem jak mało kiedy. Planuję i liczę każdy grosz. Ustaliłem sobie limity codziennych wydatków, aby na koncie uzbierało się choć trochę na te moje plany. Będzie dobrze, choć na razie dobrze nie jest, ale... musi być dobrze. Moja wiara jest jak zwykle niezachwiana. Zwyczajnie P O T R Z E B U J Ę T E G O. Biletu w jedną stronę tylko po to, aby wyjechać... na jakiś czas. To słowo „jakiś” jest jakoś tak bliżej nieokreślone. Takie właśnie jakie jest jego znaczenie. Nie wiem. Może miesiąc, może dwa, a może więcej? Jednak miesiąc, a może nie?

No i czytam tę „Samsarę” i nagle znajduję rozdział o rajskiej wyspie backpackerów w Tajlandii. Wyspie na której plaże są jak z filmów, ludzie żyją spokojnie, nurkują, pracują w barach, zakładają swoje małe firmy obsługujące podróżnych. Nie ma biur, krawatów, pracy od 8 do 16. Jest za to zabawa, niewielkie pieniądze, bo niewielkie są potrzeby. Ci ludzie widzieli tysiące rzeczy, przeżyli przygody o których zamknięci w klimatyzowanych biurach więźniowie nawet nie śnili. I wydaje się że to raj. I ten Tomek pyta się pięknej Marianny, z którą przyjechał na tą cudną wyspę, czy nie chciałaby tam zostać... tak na zawsze, tak na serio. I ona mu odpowiada że NIE. I daje setki argumentów dlaczego NIE. I wtedy... on... ...pisze tak:

Naprawdę ma rację, pomyślałem, nie wiem, co mi odbiło. Wielu moich znajomych wpadło w coś, co nazywam drzwiami obrotowymi, z których bardzo trudno się wydostać, i zawsze sobie obiecywałem, że nie popełnię tego błędu.

Gdy wyjeżdżasz daleko na kilka tygodni, przeżywasz więcej przygód niż w domu przez cały rok. A potem wracasz i życie znowu płynie w znanym, nużącym rytmie. Pięć identycznych poniedziałkopiątków, sobota, ta nudna, zmarnowana niedziela i oto minął kolejny tydzień, identyczny jak poprzednie. W domu czas mija w tempie przewijanego filmu, a w podróży dwa tygodnie odczuwasz jak dwa miesiące, i pamiętasz każdy dzień i każdą minutę, Większość znajomych nawet nie zauważyła, że cię nie było, a w tym czasie przeżyłeś więcej przygód niż oni przez całe swoje życie. Do tego to, co widzisz w podróży, jest tak fascynujące, że wydaje się to dobrym sposobem na życie. Życie składające się z chodzenia swoją drogą.

Wyjeżdżasz więc coraz częściej i na coraz dłużej, aż dochodzisz do momentu, w którym czas podróży liczysz w miesiącach, a nie w tygodniach. Wtedy też dopadają cię koszty, których na początku nie zauważasz.

Jesteś gdzieś daleko, skaczesz nad przepaściami, łapiesz krokodyle, zwiedzasz meczety i uciekasz przed burzą piaskową. Żyjesz pełnią życia. A w tym czasie wszystko, co zostało w domu, zaczyna się powoli, z początku niezauważalnie, rozłazić. Twoi przyjaciele trochę się oddalają, mając swoje sprawy, w których nie uczestniczysz. Twoja dziewczyna, narzeczony, mąż, żona, obojętne, ma znów dużo czasu dla siebie i poznaje nowych ludzi. (…) Odzwyczajasz się od miejskiego rytmu, wiele rzeczy zapominasz.

Przestajesz zapuszczać korzenie.

Moi znajomi wracają po długich miesiącach ogorzali, zarośnięci z tysiącem zdjęć i milionem opowieści. I po każdym kolejnym wyjeździe czeka na nich w domu coraz mniej. W końcu dochodzą do etapu, w którym po powrocie muszą wszystko zaczynać od zera. Muszą znaleźć mieszkanie i nową pracę, muszą się znowu oswoić z tym swoim zwykłym życiem, a to trwa. Podczas podróży wypadli z rytmu i nie za bardzo mogą się odnaleźć. Dostają jakąś gównianą pracę w podrzędnej firmie, której nienawidzą od pierwszego dnia. Ich znajomi robią się jacyś obcy, coraz mniej mają z nimi wspólnego. I po dwóch miesiącach takiego życia dochodzą do wniosku, że tam daleko świat jest jednak ciekawszy.

A on tylko w y d a j e s i ę ciekawszy.

Wielu z moich podróżujących znajomych pogubiło się w życiu, jak gdyby nie potrafili już nie wyjeżdżać. Żyją z dnia na dzień albo od przyjazdu do wyjazdu. Bez planów i czegokolwiek, co trzymałoby ich w domu. Lubią myśleć, że to wolność i ich wybór. A tak naprawdę kręcą się w kółko w tych obrotowych drzwiach nie będąc na dobrą sprawę ani tu, ani tam.

A zatem wyjadę, ale na miesiąc. Żeby przypadkiem nie trafić w obrotowe drzwi i nie wypaść z rytmu, który tak naprawdę jest dobry. Trzeba tylko trochę popracować nad paroma rzeczami, postarać się, zmienić jedno i drugie, i sobie to jakoś wszystko mozolnie ułożyć. Ponadto głupio byłoby tracić z Panem kontakt, po tylu latach owocnej znajomości.

Stefan W.

P.S. Nie przesadzajmy. Co jakiś czas warto na miesiąc, no może dwa wyrwać się i połapać te krokodyle. Prawda? :)

niedziela, 7 sierpnia 2011

O tym, jak Sex Pistols uratowali świat

Szanowny Panie,

siedzę w zacisznym biurze przy ul. Siennej. Na calutkim piętrze (sporych rozmiarów biurowca) jestem o tej godzinie już jedyną żywą duszyczką. Dźwiękoszczelne okna są pozamykane. Administracja zaleca, żeby w ogóle ich nie otwierać, więc jako grzeczny chłopiec staram się tego nie robić. Zdjąłem z uszu słuchawki, przez które chłonąłem dziś głosy rozwścieczonych ludzi na ulicach Londynu, głupawe wypowiedzi polskich gwiazdeczek i całą masę dźwięków przeróżnych. Teraz się odłączyłem od tego hałasu.

Cisza. Nie. Tak, jak Pan napisał. To jedynie mniejszy szum. Klimatyzacja. To ona kradnie ciszę.

Wyłączyłem.

Już lepiej. Chociaż... Komputer. Tak! To on kradnie ciszę. Ale zaraz... jego już nie wyłączę, bo przecież nie będę mógł dalej pisać. Zresztą... to i tak nie pomoże. Te okna wcale nie są dźwiękoszczelne. Teraz, kiedy szum jest mniejszy, słyszę to wyraźnie.

Ech. Cisza. Głucha cisza. Nie pamiętam takiej. Nawet na pustkowiu, z dala od świateł miast nikt jej nie odnajdzie. Będą wyły wilki lub (co w naszych warunkach bardziej prawdopodobnie) świerszcze koncert urządzić zechcą. W najlepszym wypadku serce bić będzie. Jak dzwon. Hałasować będzie. Łomotać.

Widział Pan może "Czerwoną pustynię" Antonioniego? To taki całkiem poważny film, którym wielu się zachwyca. To znaczy wielu... Zachwycają się krytycy, którzy twierdzą, że film ten rozumieją. I inni, którzy też tak twierdzą. Ale to jeden z tych filmów, których większa część społeczeństwa chyba jednak nie rozumie. Może i zrozumieć by mogła, gdyby zechciała. Ale jak tu chcieć, kiedy reżyser tak człowieka męczy, i męczy, i męczy, i nudzi, i męczy, i męczy. No, ja tam niewiele zrozumiałem, i przyznam się, wiele przyjemności z oglądania tego dzieła klasycznego (bo wszak za takie jest uznawane) nie zaznałem. Przez to obejrzałem film tylko raz. Początkowo byłem zawiedziony mocno, bo wcześniej znałem Antonioniego z "Powiększenia", które to uwielbiam po prostu i liczyłem na coś zupełnie innego, ale z czasem o "Czerwonej pustyni" zwyczajnie zapomniałem. Choć - jak się okazało - nie do końca.

O filmie tym przypominam sobie zawsze, kiedy właśnie pogrążam się w pozornej ciszy. To jakaś reakcja mojego mózgu niemal bezwarunkowa. Nie jest to jednak tak dziwne, jak mogłoby się zdawać. Bo "Czerwona pustynia" to szum, to hałas właśnie. Bohaterka nurza się w ciszy niedoskonałej. W ciszy bolesnej. W takiej, w której zawsze odnajduje się pewien świdrujący dźwięk, wokół którego dusza niczym bluszcz owija się, i który staje się jedyną konstrukcją trzymającą strop wszechświata. Siłą, która chroni rzeczywistość przed rozpadem na milion małych kawałeczków.

Cisza. Próżnia. Zimna. Czarna.

Brr...

Paweł D.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Cisza, cicho, sza

Szanowny Panie,

Echo - biała niemowa - cisza - pisała o himalajskim spokoju W. Szymborska. Wyobraża Pan sobie "ciszę"? Podejrzewam, że tak... gdy podróżował Pan po Szkocji to jej Pan zaznał. Czy "cisza" jednak to samotność nad walącym z niewyobrażalną prędkością wodospadem? Cisza to takie niezwykłe słowo, które burzy swoje własne znaczenie. Gdy mówimy "cisza" to już tej ciszy nie ma. Posłuchajmy:
.
..
...
....
.....
......
.......
........
.........
..........
...........
............
.............
............
...........
..........
.........
........
.......
......
.....
....
...
..
.

Czy kropki obrazują ten czas, na którym mi zależało, aby uzmysłowić czytelnikom ciszę? Jeżeli nie, to liczą się choć intencje. W ciszy rosną lasy. Wczoraj widziałem cisa co rósł w leśnej głuszy przez trzysta lat! Nie takie znowu wielkie drzewo i nie taki znowu wielki rekord. Bo istnieje cis co rósł 5 tysięcy lat. Kawał cierpliwego, spokojnego wzrastania. Cisza to cierpliwość, pewność siebie i taka wewnętrzna potrzeba zatrzymania się. Teraz jak TU pracuję czuję stokrotnie potrzebę ciszy. Ten szum! Funkcjonuje tu takie pojęcie jak "niedoczas". Cały czas biegam jak kot z pęcherzem za jakimiś tematami, które muszę zrobić na wczoraj. Na szczęście wystarczy wyjść za drzwi. A tam drzewa, jeziora i spokój. Cisza. Ale czy na pewno? Po prostu mniejszy szum.

Mówi się, że mowa to srebro, a milczenie złoto. Brak słów czasem mnie dotyka. Bo czasem nie wiem co napisać do niektórych ludzi, jak się odnieść do wydarzeń? Wybieram ciszę. Bo mam wrażenie, że ona najlepiej mówi wszystko to co chciałbym wykrzyczeć. Cisza, sza, cicho sza... kołysanka śpiewana przez mamę dziecku. Święta cisza... wyobrażam sobie ją w takich szczególnych momentach. Gdy na przykład w burdelu rodzi się dziecko i upadłe kobiety nad nim się nachylają. Albo gdy w łódzkiej, huczącej fabryce nagle przestają działać maszyny. I robotnicy wręcz czują wtedy ciszę. Albo gdy w Wigilię Bożego Narodzenia wyjdzie się wieczorem na ulicę. Nikogo wtedy nie ma i jest tylko śnieg, mróz i cisza.

Głusi powinni wiedzieć tak naprawdę co to jest cisza. Ciągle w niej przecież żyją. Czy można tak naprawdę poznać ciszę, nie znając jej przeciwieństwa? Poza tym patrząc na ich mowę ciała, ekspresję... mam wrażenie, że ciągle próbują coś wykrzyczeć.


Idę poszukać ciszy.

Stefan W.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Pan Plan

Szanowny Panie,

jak sam Pan widzi, nie powinien mnie Pan chwalić, bo kończy się tak. Po wódce język się Panu rozwiązał i powiedział Pan „o, rozpisał się Pan. Aż jestem zaskoczony”. I co? No i ch… znaczy… no i nic. Świat wraca do swych kształtów pierwotnych. A ja… zwaaallllniiiaaammm… żeby nie było za dobrze.

Ech… a powiem szczerze, że mnożyły mi się w głowie pomysły na dobre wpisy ostatnio. Ale jak te bańki… popękały.

Pękam i ja trochę. Bo wraca Panienka J. z wojaży. Znaczy. Powoli wraca. W niedzielę dopiero. I dobrze, że wraca. Ale wie Pan – teraz sobie przypomniałem, że przez te cztery miesiące miałem tyle rzeczy zrobić. A niewiele zrobiłem z tego, co planowałem. Tak to jest już, że plan to bardzo ważna rzecz. I jak jest, to trzeba się go trzymać. A jak go nie ma, to trzeba go stworzyć. Bo plan to podstawa. Pan się może śmiać. Ba, sam szydziłem zawsze z tych co planują i planów się trzymają. Wszak każdy młodzian wie, że plany są dla lamusów. Weźmy taki plan lekcji. Każdy rozumie przecież, że jest umowny. Bo chodzi się na te zajęcia, które nie są zbyt wcześnie rano, nie chodzi się na te, na których pytają… i tak dalej, i tak dalej. Ale… ja już przecież nie taki młodzian. Więc mogę docenić subtelny urok planowania. Oczywiście mierzi mnie trochę taka generalna zasada, że plan to porządek, ale bez planu… Panie… bez planu, to się człowiek staje mną. Kulką. Tak. Kulką taką, co to tak się odbija od różnych rzeczy. A jak spada, to te flipery tak ją odbijają (Pam! Pam! O tak właśnie!). Ale, jak operator flipera się zagapi? To mogiła. A jak się faktycznie zagapi? Ale będzie…

Muszę jakoś sobie to życie rozbić na punkty, bo będzie jak z moimi wypracowaniami w podstawówce i liceum. Połowa czasu spędzona na rozglądaniu się po klasie, a druga połowa na chaotycznym spisywaniu myśli, które to odbijały się beztrosko od wewnętrznych ( a czasem i zewnętrznych) ścian mojej czaski. Pam! Pam! O tak właśnie się przeważnie odbijały… jeśli w ogóle się jakieś pojawić raczyły (jasna sprawa).

Pozdrawiam,

Paweł D.

wtorek, 26 lipca 2011

Ślachetne zdrowie

Szanowny Panie,

kiedy jesteśmy tak w temacie geniuszów, umysłów zdolnych spuentować rzeczywistość niczym jubiler modzący się nad brylantowymi skosami. Cierpię. Bo co z tego, że jestem niewiarygodnie inteligenty, przebojowy i w ogóle taki jakiś wspaniały, dy odczuwam fizyczny ból? Dosłownie! A dokładnie chodzi o gardło. Jest taka telewizyjna reklama, w której małe diabełki wbijają ostre i czerwone piki w język i gardziel. No i ja się tak czuje właśnie. Boli mnie tak bardzo, że nie mogę przełykać śliny! Rzuca mną, gdy to robię. Całą noc nie spałem przez to gardło, a to dlatego... wyda się to Panu śmieszne... ale moje gruczoły ślinowe uparły się, bydlęta niemyte, i zaczęły produkować nadmierną ilość płynu. W wyniku czego co minutę mój gębowy aparat wypełniał się śliną po brzegi, a nie mogąc jej połknąć musiałem ją wypluwać. Zapełniłem tak trzy kubki! Gdzieś około 2-3 w nocy mi zbrzydło i tutaj, moja genialna głowa, wpadła na niewiarygodny pomysł. Wziąłem z łazienki ręcznik, podłożyłem go pod buzię, tę otwarłem jak najszerzej i w ten sposób zasnąłem. Ślina ciekła, a ja sobie smacznie chrapałem od 4 do 6 rano. Nie znałem siebie, powiem Panu, mój geniusz jest wprost proporcjonalny do mojego wzrostu, żeby nie powiedzieć odwrotnie proporcjonalny.

Tyle tych słów, tyle tych tematów, a powiem Panu, że jednak najważniejsze jest zdrowie. To taka wręcz ludowa mądrość, ale i prawda. Póki nam nic nie dolega to w głowie mamy tysiące myśli, uwag, mądrości życiowych, a gdy nas rozboli głupie gardło, to nic na ziemi nie będzie się liczyło, jak to, aby przestało naparzać.

Wiedział ten Kochanowski co pisać:

Na Zdrowie

Ślachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.
Tam człowiek prawie
Widzi na jawie
I sam to powie,
Że nic nad zdrowie
Ani lepszego,
Ani droższego;
Bo dobre mienie,
Perły, kamienie,
Także wiek młody
I dar urody,
Mieśca wysokie,
Władze szerokie
Dobre są, ale -
Gdy zdrowie w cale.
Gdzie nie masz siły,
I świat niemiły.
Klinocie drogi,
Mój dom ubogi
Oddany tobie


Ulubuj sobie!


Stefan W.