sobota, 2 listopada 2013

Bębniarz

Szanowny Panie,

Pan mi już szukasz tematów, ale ja nie wiem, czy to o tematy chodzi. Że można o wszystkim. Pewnie można. Jak się człowiek postara. A widzi Pan, ja o temacie już nawet nie wspomnę. Nie napiszę, że nie czuję się kompetentny w żadnej dziedzinie życia. Albo właśnie napiszę - tak, nie będę męczył sztuki, szargał jej i brukał, bo mnie mało interesuje, co też u niej. Bombardują mnie ludzie, że to tu, a tamto tam, i że to, i tamto, a nawet fuzja i przemiana, i odkrycia, i Ci niesamowici, a tamci, to już... Ale nie oni nieokreśleni. Właśnie ten konkretny. On. I faktycznie jest On, i drugi, i trzeci. Dzieje się dużo. Tyle, że nie ogarniam. Mógłbym usiąść i poczytać, i wiedzieć. Ale musiałbym siedzieć i czytać. Nie napiszę co robię, bo czuję kłucie w głowie, jak sobie pomyślę, że w zasadzie to nie robię, a markuję. Udaję, że coś robię. Ale zajmuje mnie to dużo. Zajmuje mnie całego. Więc płynę. Zawsze z prądem, jednak jakby trochę wolno, i kiedy zdarzy mi się z kimś porozmawiać, to czuję ten fizyczny opór moich myśli.

Forma. Z formą też kiła. Niby chcę i czuję, że mogę, ale jak tak pomyślę, to trudno mi nawet zbudować zdanie pełne, złożone i logicznie poprawne. Rwę myśli i kamufluję, chomikuję i upycham pustkę po kątach. Pan sam spojrzy na ilość "i". Bo I to, I tamto. i I. I i. I i i i. 

Muszę Pana odblokować. Więc robię to. Nie bez oporów. I nie bez zazdrości. Bo przecież nie po to zaczynałem z Panem pisać, żeby teraz to miało wyglądać w ten właśnie sposób. Ale boję się, że brak zastanowienia nad sprawami świata zje mnie zupełnie. I będę odbębniać. Jak pracę. Na dziewiątą, i do siedemnastej. Nie. Tfu. Wypluwam już, wypluwam! 

A wie Pan co zrobiła Panna J? Ona to jest dopiero! Ale to opowiem Panu, jak się spotkamy...

Paweł D.  

czwartek, 24 października 2013

Pogoda ducha

Szanowny Panie,

nie przejmowałbym się mszą bardzo. Na siłę nie ma co łazić. W końcu otworzy się potrzeba i pójdzie Pan z dzieciątkiem i Harcerką. W wiarę wpisane są zwątpienia. Normalne. Ciekawe, że ruszył Pan ten temat w tej chwili, bo ostatnio wróciłem do modlitwy. Nie lubię o tym głośno mówić, bo mam potrzebę modlitwy cichej, w swoim małym świecie kanapy, na której teraz sypiam, ale coś uszczknę dla Pana. Zacząłem się modlić. To intymne. No dobra. Bo ja zwykle modlę się o mądrość. Nic w sumie więcej. Żeby mi nie zabrakło mądrości, której ustawicznie mi brakuje. By głupio nie robić. O to cały mój problem. A zatem modlę się wieczorem i rano czuję się wyjątkowo dobrze. Czasem człowiek się obudzi wcześniej i czuje, że wszystko jest na swoim miejscu, poukładane, przynależne miejscu i czasu. Ja tak miałem gdy wsiadałem zaczytany w Eugenię Grandet, H. Balzaca. Wiedziałem, że nie mam biletu. Wiedziałem, też jak wyglądają kanary.


Nawet nie oponowałem, gdy poprosił o okazanie dokumentu uprawiającego do przejazdu środkiem lokomocji. Poczułem trawiący alkohol, gdy sięgnął po mój dowód osobisty. Ponad dwieście złotych! A dzień wcześniej zareklamowałem buty, dostałem ponad dwieście złotych zwrotu. Nie nacieszyłem się długo tymi pieniędzmi! Mądrość? Świata nie przekląłem. Byłem sam sobie winien, co świat jest winny? Uśmiechnąłem się i pojechałem dalej. A wieczorem moja ulubiona Filozofia wina, Bela Hamvasa w nowym wydaniu. I niewielki fragment dotyczący wina, przypomniał mi to czego się uporczywie trzymam:

Chciałbym dodać jeszcze jedno: wszystkie poważniejsze wina górskie odpowiadają raczej dojrzałym mężczyznom po czterdziestce, a nie płochej młodzieży, ale wino z Somló jest po prostu winem starców. Jest winem mędrców, ludzi, którzy posiedli najważniejszą życiową wiedzę - pogodę ducha. To moja osobista prawda, której nie powinienem zdradzać. Doszedłem do niej drogą medytacji w Szigliget, o czym już pisałem na początku tego rozdziału. Oszałamiające wino z Somló pozwoliło mi być jak najbliżej owej wielkiej pogody ducha, mądrości oraz stanu niezwykłego odurzenia, dzięki któremu powstał ten świat.

Pogody ducha,
Stefan W.

P.S. Film trwa 16 minut i jest moim pierwszym zmontowanym filmem, więc wybaczcie za błędy. Nakręciłem go kamerą Sony GW55, którą miałem pożyczoną na wyjazd.
 


niedziela, 20 października 2013

Siódmy

Szanowny Panie,

nie wiem, która to już moja niedziela bez kościoła. Jakoś nie chodzę. Myślałem, że jak wezmę ślub z Panną J. to może mnie się odmieni coś - że jakoś powrócę. Zwyczajnie, że mnie będzie na msze wyciągać dziewczę moje i jakoś znowu w sobie to przyzwyczajenie wyrobię. Tymczasem jakoś poszło to chyba w drugą stronę i ona po prostu rzadziej świątynie odwiedza. Ale dziecko, jak się nam urodzi, to chce ochrzcić. Ja mam jakoś ostatnio wątpliwości. Nie, że jakoś nagle nie chcę bardzo. Raczej tak, że sam nie wiem po co? Żeby rodziny zadowolić? Żeby było tak w zgodzie z naszymi zasadami społecznymi? Nie wiem. Nie czuję tego.

Tak. Boję się, że tak płynę z falą tego antyklerykalizmu. Dawno już nie było w mediach tylu koloratek widać, co w kilku tygodniach ostatnich. I jakoś zawsze to marnie wypada. Jak nie pedofile, to przynajmniej jakieś półgłówki. I to nie, że to ci mali. Ci duzi właśnie. Arcybiskup jeden z drugim. Bida. Ale raz jednak byłem, nie tak wcale dawno, w kościele w GK - jakiś może miesiąc temu - i też przykra sprawa. Kazanie o tym, że "za naszych czasów, to studenci udzielali korepetycji, a dziś to sprzedają swoje ciało". I później się dziwić, że starzy patrzą krzywo na młodych. No i do jakich przemyśleń ma mnie nakłonić takie kazanie? Że jak będę miał córkę kiedyś, to żeby jej, broń Boże, nie puszczać na studia? Boże broń! 

A dziś widziałem też kawałek reportażu o Pussy Riot i jak mnie wcześniej jakoś mierziło, że tak w cerkwi odprawiały te swoje performensy, to dziś już nie. No bo w sumie, to jakoś tak mnie się zdaje, że skazywanie młodej panny na więzienie za skakanie i śpiewanie, to zasadniczo plucie na człowieczeństwo, a tym samym na kościół, Boga i wszystkie świętości. Już mnie się nawet zaczynają podobać te dziewczyny w kominiarkach. Lewe to, bo lewe, ale jakieś ludzkie. Ale ja wiem, że to polityka, polityka, a z uczuciami religijnymi to przecież nic wspólnego nie ma. 

Ble, ble, ble... Co to dalej będzie, Panie? Spłonę żywcem? Bo co się dzieje, jak człowiek już nie wierzy? Coś Pan pisał kiedyś, że z ateistami, to najgorsza sprawa.

Paweł D.

sobota, 5 października 2013

W obronie Tadka

Szanowny Panie,

wódka jakoś dobrze szła, bo nawet bez popity i zagrychy. Wcześniej zrobiłem podkład z dwóch piw, a po wódce kupiliśmy w nocnym na Starym Mieście jeszcze złoty Rum, którym raczyliśmy się na barbakanie. Nogi spuściłem w dół, obok znajomi, a Wisła przede mną. Pod stopami pomniki Warsa i Sawy co to nie wiadomo, dlaczego tak dziwnie zostały przedstawione... siedzą ulepione z gliny.  Może chodzi o symbol pracy, stworzenia tutaj początków miasta, co to później stało się stolicą. Przy tym rumie rozmowy, jakżeby inaczej o kobietach czy warto, czy nie warto. No warto. A seks też warto. Butelkę trunku schowaliśmy na czas, patrol spisał nazwiska pod pozorem poszukiwania osób zaginionych. Podobno w okolicach Starego Miasta szukają tej nocy 5 osób! To tylko pozór, bo tak naprawdę chodziło o morderstwo. Po lewej stronie, tak jak się idzie do Wizytek stoi wóz straży pożarnej, i pogotowia, i policji. Kręcą film? Tak oświetlone jak na plan filmowy. Ciekawość o 3 nad ranem! To nie film, ale scena zbrodni. Zakrwawiona twarz kobiety, chyba na wpół rozebranej. Leży pod murem. Prokurator, detektywi, policja, pogotowie... kręcą się ludzie dookoła. Jak w filmie. Jest i grupa gapiów. Dołączamy. A co się stało? - To tutejsza pijaczka, od lat przychodziła pod ten mur pić ze swoją koleżanką. Dzisiaj jeszcze o 21 je widziałam, jak z psem wychodziłam, a teraz leży tam martwa, z rozwałkowaną twarzą. A koleżanki nie ma - informuje nas sąsiadka. No nie ma co się gapić, zwłaszcza że B. chce się siusiu. Idziemy na Freta, do tego mieszkania fajowskiego na pierwszym piętrze. Jak to ludzie sobie żyją? Ech... Dopijamy rum i wpadamy na tą genialną ideę wyjścia na dach. Najpierw strych, w którym chowają się stare teczki z niezapisanym papierem, rzeźby głów jakiś maszkaronów, stare narty, krzesła bujane, połamane meble... rzeczy które kiedyś może komuś się jeszcze przydarzą. Wchodzimy po drabince metalowej, po stopniach na dach. Lufcik. Spadzisty 45 stopnie. Wdrapujemy się. Siadamy na kominie, z jednego leci biały dym. Sezon grzewczy się zaczął. Pizga trochę, i trochę dachówki się ruszają, Oni palą, a ja znów na szczycie świata i dopada mnie myśl, że Pana Tadka trzeba bronić. Epopei trzeba bronić, bo trzeba ją zrozumieć, że ludzie jechali na granice aby zobaczyć polskie gwiazdy. Bo Polski na mapach nie było, ale na ścianach takich dworków jak w Soplicowie. Wśród tych Maciejów i innych. I może A. M. szydzi trochę z tej naszej narodowej przywary, wiary że szable wystarczą na muszkiety, a jednak sama wiara, że się odrodzi w ten czy inny sposób jest piękna. Wybaczmy naiwności. Toż to matka nadziei.

Stefan W.

czwartek, 26 września 2013

Zasada zachowania pędu

Szanowny Panie,

wiemy, że pęd to iloczyn masy i prędkości ciała. I że to wektor. A w zasadzie wielkość wektorowa.

Proste. 

A wektor?

Wektor... istotny w matematyce elementarnej, inżynierii i fizyce obiekt mający moduł (zwany też – zdaniem niektórych niepoprawnie - długością lub wartością), kierunek wraz ze zwrotem (określającym orientację wzdłuż danego kierunku).

Czyli nie długość i nie wartość, tylko moduł. Ale czym jest ten moduł?

(...) Myślę że nie ma tu nad czym debatować. Wektory których najczęściej używamy w fizyce należą do matematycznie "przyzwoitych" przestrzeni Banacha, a więc przestrzeni unormowanych (w zasadzie są to przestrzenie Hilberta, gdyż są unitarne) i standardowa euklidesowa "długość" wektora (jakiegokolwiek) jest niczym innym, jak normą w tej przestrzeni. 

Tylko zaraz...

Przestrzeń unormowana – przestrzeń liniowa, w której określono pojęcie normy będące bezpośrednim uogólnieniem pojęcia długości (modułu) wektora w przestrzeni euklidesowej.

...

Przestrzeń euklidesowa - przestrzeń o geometrii euklidesowej... dalej, dalej... jest ona naturalnym elementem modeli świata rzeczywistego (łac. geometria = mierzenie ziemi) i stanowi dobre przybliżenie przestrzeni fizycznych w warunkach makroskopowych, jednak nie nadaje się do opisu rzeczywistości w bardzo małych, atomowych, lub bardzo wielkich, astronomicznych, wielkościach. Jednowymiarowa przestrzeń euklidesowa nazywana jest prostą euklidesową, zaś dwuwymiarowa – płaszczyzną euklidesową. Przestrzenie te nazywa się również przestrzeniami afinicznymi euklidesowymi w odróżnieniu od przestrzeni liniowych euklidesowych, znanych szerzej jako przestrzenie unitarne.

Afinicznymi??? 

Przekształcenie afiniczne - przekształcenie wzajemnie jednoznaczne zachowujące współliniowość punktów.

Acha. No mieliśmy to kiedyś u Pana Ż. Tak mnie się przynajmniej zdaje...

Przekształcenie wzajemnie jednoznaczne to przekształcenie, przy którym każdemu punktowi A w zbiorze X odpowiada dokładnie jeden punkt B w zbiorze Y i na odwrót — każdemu punktowi B zbioru Y odpowiada dokładnie jeden punkt A zbioru X.

Było to. Chyba pamiętam. Ale dla pełnego zrozumienia...

Nie! Moment - dla jakiego pełnego zrozumienia? W głowie mnie się już majda wszystko. Jak jest płaskie, to jest płaszczyzna. Jak wektor, to strzałka w jedną stronę. Pęd? Jak jedzie coś, to się mówi, że pędzi. Jak się zatrzymać nie może. Zachowanie pędu? Że jak uderzy już w coś, to coś, co pędzi, to to walnięte też pewnie będzie pędzić, chyba że to ściana, a w nią walnę np. ja.  Łbem walnę.  

Walnę łbem Panie Stefanie. Bo jak ja dziecku będę rzeczywistość tłumaczyć? Nie uczyłem się. Przyznaję. Byłem leniem. A teraz moje kompetencje w dziedzinie "wiedzy o świecie" są żadne. I kto na tym ucierpi? Ci co po mnie przyjdą. Moja krew. Syn mój ucierpi. Bo jak mu głupio wytłumaczę, co to jest ten pęd, to będzie tak to już głupio wiedział. Do czasu aż mu w szkole nie powiedzą, jak to jest naprawdę, a wtedy tylko wstyd będzie. Dla mnie (pal to licho) i może dla niego (a to już gorzej).

Kiedy dzieci zaczynają zadawać pytania? Bo mam do nadrobienia cały materiał z podstawówki i szkoły średniej :/ Maniana! A ile jeszcze lektur do przeczytania - fiu, fiu...

Paweł D.

czwartek, 19 września 2013

Samotna podróż

Szanowny Panie,

na co mi to wracanie całe? Nie lepiej ciągle być w podróży? Ciągle obcym, w obustronnym kręgu zainteresowania. Podróżuje z powodu ludzi, których spotykam. Nie lubię camperów - podróżowanie po widoczki, pocztówki ze skałami, lazurowym morzem, widokiem pasma gór. Daleko od miejscowych. A przecież dzieciaki kąpiące się w jeziorze, dziewczyny czekające na podryw, rozrabiające chłopaki, babcie opowiadające swą młodość... podróż. Być blisko ludzi - na tym polega podróż. Jestem obcy w tym świecie. W zasadzie świat taki sam jak Warszawa, ale tutaj zawsze jestem "swój". Niech Pan nie zrobi mojego błędu i nie stara się być "swój" w obcym miejscu. Nigdy tego Pan nie osiągnie, przy okazji w pełni nie zazna Pan możliwość bycia Innym. Wtapiać się w tłum można, ale w Londynie. Wszędzie indziej już kolor skóry, chodu, odpowiedzi na zadane pytania zdradza, że jesteśmy nieswoi. A obcy są obiektem zainteresowania. Mamy z nimi krótko do czynienia, więc interesuje ich fizyczność: nosy, włosy, wzrost i zapach. Tubylcy zainteresowani są także naszym rodzinami (zawsze trzeba mieć zdjęcie najbliższych przy sobie). W końcu historia. Proponuje wziąć do ręki dzieło Homera. 

"Skąd jesteście przybysze? Skąd płyniecie po wodnych drogach? Czy w jakiejś sprawie, czy tak bez celu włóczycie się po morzu jak zbóje i narażając swą duszę niesiecie zgubę obcym stronom"
 
Gdy Odys trafia do jakiegokolwiek miejsca musi odpowiedzieć na to pierwsze pytanie. A zatem podróż u starożytnych Greków musi posiadać cel (o tym już Pan pisał), każde inne wyjechanie jest zwyczajnym włóczęgostwem. Niepotrzebne, wręcz złe dla tej osoby "narażając swą dusza" a także dla stron odwiedzanych, obcy może nieść zgubę. Po pierwszym pytaniu, zawsze jest prośba do Odysa, aby opowiedział swoją historię. Właśnie z opowiadań obcych uczymy się o świecie. Obcym jest być fajnie. Czemu zatem zatęskniłem i wróciłem?

Może z powodu samotności? Chciałem samotnie podróży dokonać, nie wiedziałem o tym, ale teraz już wiem, bo przeczytałem w Wyspach Samotnych, Łysiaka zdanie Federico Felliniego:

"Należy zrehabilitować pojęcie samotności. Samotność nie w sensie odizolowania, raczej dialogu wewnętrznego z samym sobą". 

I czy ta moja podróż nie była sposobem na samotność? Mimo tego, że nie stroniłem od ludzi, to przecież czułem się sam. Miałem czas dla siebie. Podróżowanie nie jest do końca odpowiedzią. Hans Christian Blumberg w "Syndromie Adamsa" pisze:

"Kto marzy o dalekich wyspach, powinien poznać ich pustkę (...) Wyspy nie są bezpieczne, Marzenie o wyspie jest złudne". 

Nie ma zatem idealnego rozwiązania. Trzeba jednak samotności czasem w życiu wypróbować, żeby potem wrócić do żywych i znów być swój, ale czy rzeczywiście po powrocie z podróży jesteśmy tymi samymi ludźmi, jesteśmy "swoi"? Nie. Oczywiście, że nie. I dobrze.

Ciao
Stefan W.

poniedziałek, 2 września 2013

Podróż

Szanowny Panie,

wciąż jestem pod wrażeniem Pańskich opowieści. Tak, to była podróż. Mówi się, że każdy bohater musi mieć swoją podróż. Przyjmując, że jest Pan głównym bohaterem opowieści o Stefanie W. można  chyba przyjąć, że to była ta pańska podróż. Piszę "ta", bo żeby podróż była podróżą, a nie zwykłą wycieczką, to bohater musi przejść przemianę. A Pan przemianę przeszedł. I nie ukrywam, że nawet tylko z perspektywy widza, którym przyszło mi być, jest w tym coś fascynującego. Pytanie: co dalej? Czy faktycznie rozpocznie to nowy etap w Pana życiu? Ciekawi mnie niezmiernie, jak to przepoczwarzanie się zakończy.

Wczoraj obejrzałem dokument Herzoga o człowieku, który przez trzynaście kolejnych lat spędzał cały sezon letni na Alasce, żyjąc wśród niedźwiedzi grizzly. Nazywał się Timothy Treadwell. Pierwszy raz wylądował w Parku Narodowym Katmai w 1990 roku. Po raz ostatni w roku 2003. Pewnie pojawiałby się tam także w kolejnych latach, ale podczas tej ostatniej wyprawy, w nocy z piątego na szóstego października jego obozowisko zaatakował wygłodzony grizzly. Miś zabił Treadwella i jego konkubinę, a później pożarł ich prawie w całości. Sam nie wiem dlaczego, ale film ten jakoś bezwiednie kierował moje myśli ku Pańskim tułaczkom. I teraz pewnie wszyscy pomyślą, że chodzi o to, że uważam, iż jak Pan tak jeździ, to sam Pan się guza prosi. Oczywiście pańska przygoda z naćpanymi rabusiami potwierdza, że to też, ale mnie chyba nie o to chodzi... Tylko o co mi chodzi?

Chyba tak najprościej to o poszukiwania. Treadwell nie jest podobny do Pana chyba pod żadnym względem. To tak naprawdę głupi dziwak. Nie wzbudza mojej sympatii. Niewydarzony ekolog. Były narkoman, były alkoholik. I co on właściwie robi? Próbuje zostać niedźwiedziem. Na dodatek ma irytujący głos, którym to wciąż powtarza, jak to bardzo kocha wszystkie misie i lisy. Jest w tym taki pozytywny, że się niedobrze robi (no... może w tym ma coś z Pana). Najgorsze, że ma jakieś paranoje - myśli, że na tej Alasce są tysiące kłusowników, którzy tylko czyhają na biedne grizzly (co podobno nie jest do końca prawdą). No i ma manię prześladowczą. Mówi, że jest jedynym obrońcą niedźwiedzi, ale tak naprawdę nie wiadomo, czy to co robił, w jakikolwiek sposób przyczyniło się do poprawy życia zwierząt w parku Katmai. Po pierwszych minutach Grizzly Mana (bo tak nazywa się film) byłem nieco zdezorientowany. Czy naprawdę warto oglądać film dokumentalny o wariacie, który filmował niedźwiedzie? Wie Pan, ja nie jestem wielkim fanem filmów przyrodniczych. Nie wiedziałem zatem, czy będę w stanie docenić pracę, jaką wykonał Timothy Treadwell. Bo to, co faktycznie robił, i co bezsprzecznie jest dla świata wartościowe, to filmy. Takie przyrodnicze w zasadzie. O niedźwiedziach, o lisach, o Alasce. Ale właśnie, czy to mnie interesuje? No trochę średnio (chociaż pojedynek dwóch grizzly nakręcony na jednym ujęciu był niesamowity). Okazało się jednak, że te wszystkie pozostawione przez Treadwella taśmy, to nie tylko obrazy zwierząt i natury, lecz także bardzo ciekawy obraz człowieka. Herzog, który w filmie Grizzly Man odgrywa także rolę narratora, mówi w którymś momencie coś takiego: Mimo czynionych póz, kamera była jego jedynym towarzystwem. Instrumentem do badania dziczy dookoła. Ale stała się czymś więcej. Zaczął nią analizować swoje wewnętrzne "ja", swoje zmartwienia, radości. Stojąc przed obiektywem, właściwie odbywał spowiedź. Przeglądając nagrania z różnych lat, poszczególne elementy, układają się w obraz poszukiwania siebie.

I ponownie - Timothy Treadwell. Niefajny i irytujący, ale jednak fascynujący. Nie dlatego, że żył z niedźwiedziami. I nie dlatego, że go w końcu zabiły. No tak, to pewnie też, ale trzymam się tego, na co wskazał reżyser, czyli że Grizzly Man - chyba zresztą zupełnie nieświadomie - namalował obraz mężczyzny (może powinienem napisać ogólniej - człowieka, ale jednak mężczyzna pasuje mi tu bardziej). Kim jest on (mężczyzna, Treadwell)? Poszukiwaczem. To nie zagadka. Herzog wskazał na to jednoznacznie. Poszukiwaczem na wielu płaszczyznach zresztą. Podąża nieznanymi szlakami, tropi niedźwiedzie, odnajduje ich legowiska, miejsca ich łowów. Czy szuka sensu, poczucia misji, szczęścia? Oczywiście. Nawet udaje mu się je odnaleźć, a przynajmniej wszystko na to wskazuje. Czy szuka swojego miejsca na świecie? A jakże. Ale do diabła z tym!  Mnie nie chodzi o szczęście. Mnie o te poszukiwania chodzi! Nie o to, że zawędrował na Alaskę, ale o to, że jakiś były aktorzyna zawędrował na Alaskę. Jak wielką drogę przebył? Jak potężne zmiany musiały nastąpić w nim samym, żeby dotarł tam? I "tam", to nie znaczy na Alaskę. Tam, to znaczy, w miejsce, które powinno być dla niego tak nieodpowiednie, a okazało się tak odpowiednie.

I wracam. Do podróży, czyli do zmiany. Ruchu. Treadwell, jeśli dobrze zapamiętałem, stwierdza, że jest żywy. Stawiając się w opozycji do wszystkich innych praktycznie. Do martwych. Bo wyruszył na wielką, niebezpieczną przygodę, przekroczył granice, których nikt nie przekroczył i odnalazł swoje miejsce. Uważał nawet, że Bóg musi być z niego zadowolony, bo to co robił, było dobre. Myślę sobie: chuja tam - może i miejsce dla siebie odnalazł, ale Bóg to wcale z niego zadowolony pewnie nie był. Przecież się przeliczył. Nie tylko zginął, ale zaciągnął na śmierć niewinną dziewczynę. Zatem nie był chyba dobry. Raczej dziwny. Ale mniejsza z tym. Żywy był. Żywy. Tegu mu odebrać nie mogę.

Czy można logicznie doprowadzić do spotkania Timothy'ego ze Stefanem? To pewnie Pan mógłby odpowiedzieć na to pytanie, a nie ja. I ja wcale nie chce, żeby Ci bohaterowie spotkali się ze sobą. Chodziło mi tylko podróż. O proces sam. Pewnie to kwestia chwili, bo akurat wrócił Pan i zaczął mówić. I zrozumiałem, że chociaż kiedyś stąpał Pan tymi ścieżkami co ja, czy inni Pana koledzy (nawet jeśli te ścieżki oddalone były od siebie o setki, czy nawet tysiące kilometrów), to tym razem poszedł Pan gdzieś, gdzie ja już nie widzę. I jeszcze powiedział Pan o tym, jak to na Pana wpłynęło, i ja nawet uwierzyłem, że tak jest w zasadzie, bo i zmiana ta bije wręcz od Pana. Hm... i nie pisałbym o tym wcale, bo niby po co. Toż to pańska sprawa niby. Tak myślałem. A tu nagle wypadł mi ten grizzly i sam Pan rozumie - nadał temu charakter zupełnie uniwersalny. Bo nagle dostrzegłem, że poruszenie, że podróż, że przemiana. I pomyślałem, że to nie jest wszystko tylko gdzieś i dotyczy tylko nie wiadomo kogo, ale to jest wszędzie i dotyczy każdego. To poruszenie całe. Tylko jednak bodźca czasem trzeba, wyjść trzeba poza jakąś granicę, żeby spojrzeć na to jakoś inaczej. 

Ach. Cholerne bzdety i mędrki! Nękają mnie i później to tak wychodzi. Może obejrzyj Pan po prostu ten film sobie, bo chyba warto. I wszystkiego najlepszego z okazji imienin. I miło, że Pan wrócił.

Motyla noga! O czym to ja pisałem?

Paweł D.