czwartek, 10 kwietnia 2014

Majaki

Szanowny Panie,

pierwsze kilka szpadli poszło nadzwyczaj gładko. Duży energicznie machał drzewcem, w pewnym radosnym zatraceniu, którego wtedy nie mogłem do końca zrozumieć. My staliśmy dookoła, patrząc tylko. Niemi - czekaliśmy. Pamiętam jeszcze to dziwaczne uczucie, które mnie wtedy dopadło. Ekscytacja, ale… hamowana przez coś, sam nie wiem, jakby wstyd jakiś. Bo oto z ziemi wyłonić miał się skarb. Cóż innego? I przecież chciałem, rzecz oczywista, żeby było to złoto lub szlachetne kamienie, albo może drogocenny obraz czy chociażby jakaś broń, karabin lub skrzynia granatów. Wiedziałem, że chłopaki też na to czekają – na skarb. Coś, co majaczyło u celu każdej z naszych wypraw, od kiedy nasze drogi skrzyżowały się po raz pierwszy w murach szkoły podstawowej. Tyle że właśnie, do tego momentu były to majaki – wytwory naszych dziecinnych wyobrażeń o wielkim, tajemniczym świecie. Teraz mieliśmy stanąć z tymi marzeniami twarzą w twarz i chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, jak duża i ważna jest ta chwila, to coś powstrzymywało mnie od tego, żeby po prostu poddać się temu podnieceniu. Nie byłem już przecież w pierwszej czy drugiej klasie. Mogłem szwędać się z chłopakami po dolinie, ale przecież już nie po to, żeby szukać krasnala na garncu złota. Wiedziałem, że oni czują to samo. Dlatego nikt się nie odzywał. Żaden nie chciał się rozpruć, rzucić czegoś zbyt naiwnego, narazić się na śmieszność. Żaden nie chciał nawet spojrzeć na drugiego, żeby nie wyszło, że ma twarz zbyt napiętą i wzrok niespokojny. Chciałem bardzo, żeby Masa poleciał czymś w swoim stylu, co przebiłoby ten balon nadęty. Śmiech! To by nas wyswobodziło z łańcuchów chwilowego zakłopotania. Masa, o dziwo, milczał jednak. Ja sam już szukać zacząłem w głowie czegoś nonszalanckiego, co zmyło by ze mnie podejrzenie dziecinności, ale nerwy nie pozwalały się skupić i wszystko wydawało mi się głupie lub sztuczne. Ślinę przełknąłem i postanowiłem nie mówić nic, nie wychylać się. Niech Duży kopie, niech wykopie. Niech nam się ukaże to, co Stary ukryć postanowił przed ludzkim okiem. I Duży kopał. Kopał zawzięcie. Pomyślałem, że wstydu nie ma i wierzyć mi się nie chciało po prostu, że Masa nie smagnął go jeszcze żadnym szyderstwem. Nagle na nosie poczułem coś mokrego. Za chwilę na ramieniu i jeszcze na karku.
- W mordę jeża, chyba się teraz nie rozpada? – stęknął Trzmiel, spoglądając w niebo.
Staliśmy tak w kółku nad Dużym, który w dole już siedział prawie po uda i głowy zadzieraliśmy do nieba.
- Ty no, mocniej coraz, ulewa będzie – stwierdził z absolutną pewnością Zielus. - To chyba lipa z tym kopaniem, co? – zwrócił się do Dużego z odzyskaną w jednej chwili swobodą. - No… chyba, że już kończysz? – dodał po chwili z wolna, widząc, że Dużemu jakoś się nie spieszy, co by się z dołu wygramolić – Trafiłeś już na coś? Ej, chłopaki, bo to jest urwanie chmury jakieś. Ja bym się zastanowił, czy nie będziemy mieli problemu, żeby wrócić na ląd – cedził zachrypniętym głosem, trochę jakby z przestrachem, że może na tchórza wyjdzie. Trzmiel, Masa i ja popatrzyliśmy po sobie, ale żaden z nas chyba nie mógł się zdecydować, czy dalsze kopanie to coś, co wypada, trzeba, i to za wszelką cenę, czy może właśnie coś, co tylko dla hecy, od niechcenia i na przekór Staremu. Wiedziałem, że na mnie trochę liczą, że ja niby zawsze taki rozsądniejszy. I oczywiście, pewnie, Zielus miał rację. Lało jak z cebra. W strugach deszczu moja wesoła pomidorowa wyspa szybko zszarzała i wnet wydała się nieprzyjemna i odpychająca. Do tego jeszcze zerwał się wiatr, który zmienił życiodajne gałęzie jabłoni w kostropate, czarne badyle, kołyszące się złowrogo na wszystkie strony. Trzeba było się zbierać, ale widziałem, że Duży nie patrząc na nas już wcale, znowu zabrał się za kopanie. Z sekundy na sekundę było mu jednak coraz trudniej, bo woda natychmiast znalazła drogę do zagłębienia, rozmiękczyła grunt i zmieniała ziemię w jedną błotnistą masę. Zielus, podenerwowany tym naszym milczeniem, postanowił zagrać w otwarte karty:
- Zabawa zabawą, ale czy wy macie po pięć lat?! Jak Stary tu coś ukrył, to jego sprawa. To i tak nie wasze. Co wy, okradniecie go, czy jak? Zresztą cholera wie, co to. Pewnie gówno jakieś i  tylko czas na to tracimy.  - No właśnie, cholera wie co, dlatego się chcemy przekonać. A ty co, już peniasz? – odparował Masa, chyba po prostu z wrodzonej przekory.
- Nie pierdziel, on ma rację. Najwyżej tu wrócimy innego dnia. Jak deszcz nie ustanie i woda na rzece się jeszcze podniesie, to będziemy w czarnej dupie – Trzmiel jakby wracał do swojego naturalnego stanu permanentnej paniki.
- Kolega ma rację. To nie miejsce na zabawy – dziwny, niski głos uderzył w nas jak lodowata fala i zmroził krew w żyłach. Zielus wydał z siebie stłumione „Łaaa!” i prawie się przewrócił, a pozostałym też nie wiele brakowało, żeby w przestrachu absolutnym czmychnąć stamtąd, jak najdalej. Tyle, że nie było gdzie uciekać. Z zarośli prosto w naszą stronę podążał potężny mężczyzna. Nikt inny, jak tajemniczy znajomy Starego. Szedł równym krokiem, jakby nigdy nic. Patrzyłem na niego w zupełnym osłupieniu. Miał na sobie tylko spodnie, a zwinięta koszulka i buty związane ze sobą sznurówkami, zwisały przerzucone przez lewe ramię. Wydało mi się głupie to, że wcześniej pomyślałem o nim jak o grubasie. Faktycznie miał może brzuch, ale teraz sprawiał bardziej wrażenie jakiegoś mocarza, drwala może. Był wielki, przynajmniej o głowę wyższy od mojego ojca – który przecież też mały nie jest – z szerokimi ramionami i długimi łapami, jak u niedźwiedzia. Przez chwilę zakołowało mi się w głowie i mało brakowało, a ze strachu zwróciłbym drugie śniadanie. Mężczyzna stanął przy nas, spojrzał na dół, na Dużego, rozejrzał się po naszych bladych twarzach i zarządził:
- Do łodzi. I czekać tam na mnie – odstał chwilę, obserwując, jak  ruszamy w stronę brzegu, po czym wyciągnął rękę do Dużego w geście, który nakazywał oddanie szpadla. Po przejęciu narzędzia, kiwnął głową w naszym kierunku, tak żeby Duży nie miał wątpliwości, gdzie ma podążać, a sam wskoczył do dołu. Idąc w stronę łodzi, za plecami słyszałem tylko głuche, miarowe uderzenia. Ich częstotliwość wskazywała na to, że mężczyzna kopał ze dwa lub trzy razy szybciej niż Duży.

Przez dłuższą chwilę staliśmy na brzegu w oczekiwaniu, co będzie dalej. Masa zaproponował po cichu, że może by tak wskoczyć do łodzi i uciekać z tej wyspy, ale jakoś nie mogliśmy się zdecydować, żeby złamać rozkaz wielkoluda. Duży pozostał z boku i w ogóle nie brał udziału w dyskusji. Gapił się w wodę i był… naburmuszony. Tak, to jest odpowiednie słowo. Przez chwilę wydał mi się jakiś mniej straszny, a może nawet trochę żałosny. Myślę, że musiał jakoś wyczuć, co mi do głowy przychodzi, bo w jednej chwili przeszył mnie wzrokiem i już wiedziałem, że między nami to jeszcze nie koniec.

Po jakiś czterech minutach pojawił się znajomy Starego. W ręku niósł niezbyt duże zawiniątko. Mogło to być jakieś pudełko lub szkatuła, ale nic więcej nie dało się stwierdzić poprzez warstwę brudnych szmat. Mężczyzna dostrzegł oczywiście, że każdy z nas  próbuje prześwietlić wzrokiem to tajemnicze „coś” i mogę przysiąc, że przez ułamek sekundy dostrzegłem na jego kamiennym obliczu jakąś drwinę lub po prostu rozbawienie. Nie zamierzał jednak nic tłumaczyć bandzie szczeniaków. Wsadził nas na łódkę, sam zasiadł przy wiosłach i za parę chwil byliśmy już w zaroślach nieopodal portu. Ani podczas przeprawy, ani już na brzegu nie odezwał się słowem. Przycumował tylko łódkę do jakiegoś wystającego z ziemi korzenia i poszedł w swoją stronę. Żadnemu z nas też jakoś nie przyszło do głowy, żeby go zagadywać, czy też iść jego śladem. W nastrojach zupełnie nijakich ruszyliśmy w stronę miasteczka. To znaczy ja, Zielus, Masa i Trzmiel. Duży jakby zapadł się pod ziemię.

Na początku byliśmy cicho, jakby każdy chciał sobie poukładać w głowie, co i jak. Zaraz jednak któremuś wymsknęło się na głos:
-Myślałem, że się obsram, jak on się pojawił.
I zaraz zaczęły się śmiechy i poszło dalej: „Ale co tam było?”; „A kto to jest?”; „Powie Staremu?”; „Powie starym?”; „Przypłynął po zawiniątko, czy po nas?”; „Wpław!”; „Olbrzym!”; „Wielki!”; „Widziałeś te łapy?”; „To zbir jakiś”; „Morderca?”; „Myślałem, że nas potopi!”; „I ja!”.
I znowu śmiech i humory nam wróciły nawet trochę. Kiedy na skarpę się wdrapywaliśmy, to i deszcz przestał padać, a zza chmur wyjrzało słońce.
-Ale dziwnie gadał, nie? – zauważył Trzmiel.
-Ta, dziwny akcent, trochę jak jakiś Rusek – dodałem. I jakby mnie coś olśniło. Ja go znałem przecież! To znaczy, nie zupełnie znałem, a nawet nie znałem w ogóle, ale już raz go kiedyś widziałem. Na podwórku u mojej koleżanki z sąsiedztwa. Jak mogłem o tym zapomnieć?! Ojciec powiedział mi wtedy, że to Jugol. Że przyjechał do Polski, bo ma żonę Polkę i dzieci ma, a u nich teraz wojna w Jugosławii. Ale nie przyglądałem mu się za dobrze, bo co mi tam jakiś Jugol, nie? I co tam wojna? W Jugosławii? No i zapomniało się. Sam nie wiem czemu, postanowiłem nie mówić chłopakom, o tym moim objawieniu. Zresztą – po co? Było po sprawie. Na wyspie nic już nie zostało. Niedoszły skarb rozpłynął się w tym małym potopie. Wielki facet zabrał, co jego i zniknął. Tyle z tajemnicy. My mieliśmy popołudnie pełne wrażeń i przygodę na miarę klawych czwartoklasistów, ale tu już przecież szósta klasa w rozkwicie. Czekały na nas „poważne” sprawy. Prawdziwe. Im trzeba było stawić czoła. 

***

Ja tylko dodam, że to przez Pannę J. to opóźnienie oczywiście i przez mojego szefa, i pracę, i brak drugiego laptopa, i przez poranne wstawanie, i obowiązki, i oczywiście nie ma tu nawet odrobiny mojej winy. Niech Pan wie. No.


A w ogóle, to chyba nie możemy teraz na Fandze ciągnąć tej bajki tak w nieskończoność? Może wrzucimy ją gdzieś w drugie miejsce, a tu znowu będzie swobodny ekshibicjonizm i pokątne filozofie? Hę?

Paweł D.

środa, 19 marca 2014

Wyspa pomidorowa

Szanowny Panie,

no nie miałem wyjścia, bo te strzelanie z kapiszonów tak mną zawładnęło, że po prostu straciłem rachubę czasu. Zresztą, czas jest tak dla mnie abstrakcyjnym pojęciem, że nie ma co się nawet zastanawiać. Jak to możliwe, że godzina lekcyjna, czyli nie pełna, trwa zawsze tak długo, a podwórkowe ganianie, na które zazwyczaj z zegarkiem w ręku mam trzy bite godziny, tak krótko? Bardziej odpowiednią miarą czasu od wskazówek zegarka są dla mnie rodzicielskie nawoływania do odrabiania lekcji. Ustaliłem z chłopakami, że za pierwszym krzykiem, to nie ma nawet co przerywać zabawy, za drugim to już trochę naciąganie liny cierpliwości, więc warto odkrzyknąć, że już się słyszy. Trzecie nawoływanie to poważna sprawa, bo zwykle wiąże się z wyjściem szanownego tatusia na podwórko. W takich chwilach, lepiej się pośpieszyć. Co poniektórzy, jak na przykład Zielus, to zaiwaniają w try miga na hawirę, bo inaczej pas idzie w ruch. Ja się nie boję dopóty, dopóki moja mamusia nie zacznie krzyczeć. Wcale jej nie trzeba pasa, po prostu moralnie przegrywam z jej rozumowaniem popartym logicznym argumentowaniem. Idzie mi tu o szlaban na każdą dziedzinę życia i obowiązkowe spożycie mdłego szpinaku oraz gorzkiej cykorii, w wypadku nagięcia jej cierpliwości do granic wytrzymałości. Tymczasem jednak kapiszony. Chłopaki popalać sobie mogą do woli, Trzmiel pić EB pod spożywczakiem z pryszczatymi ósmoklasistami, a dziewuchy wdzięczyć się do kogo chcą, ale jedna rzecz pozostaje niezmienna... kapiszony. Rzucanie w mur, pod nogi przechodniów, oklejanie nimi piłek wuefistów, straszenie pod oknami z polskiego to tylko z miejsca przychodzące mi do głowy formy zastosowania tego wynalazku. Odkąd Jałek odkrył, że patronka naszej budy, święta Róża z Limy ma nie tylko pod opieką kwiaciarki, ale także Indian, zastosowanie kapiszonów stało się po prostu zwyczajnie nieodzowne. Aaa... Co to się działo, gdy prowadziliśmy wojny między Apaczami, a Indianami Hopi, gdy Irokezi weszli tydzień temu do walki pod przywództwem Trzmiela, to od wybuchających kapiszonów zrobił się taki swąd, że przyjechały chłopaki z Ochotniczej Straży Pożarnej. Co się nagadali to ich, ale że pozwolili nam posiedzieć w wozach, to już przeszło do historii. A ku zdumieniu wszystkich, a moim szczególnie, okazało się, że lizus Waflak wszystkich ich dobrze zna, bo od początku wakacji chodzi tam i czyści sprzęt, tylko po to, aby pobawić się w strażaka. Cwaniak jeden nawet nie zająknął się, a przecież mimo mojej najszczerszej niechęci do niego, to nie jeden dzień się wyganiałem z nim latem, bo ani on, ani ja przez większość wakacji nie wyjeżdżaliśmy. W związku z letnią nudą często łaziliśmy do portu. Byłyby to zwyczajne nasze wędrówki, gdyby nie wyjątkowo niski poziom Wisły. Dzięki temu o suchej nodze można było przejść na pomidorową wyspę. Oczywiście, że Waflak nigdzie ze mną nie poszedł, bo to tchórz i łazęga, ale ja dwa razy polazłem tam, by najeść się smacznych, dziko rosnących malinówek. I taki też miałem zamiar wczoraj, gdy dołączył do mnie Masa, Trzmielu i Zielus. Obiecałem im na słowo honoru, że nie ma lepszych pomidorów na Ziemi niż te z wyspy pomidorowej.
Nasze miasto było polską stolicą szklarni, więc nie tylko kwiaty, ale i pomidory były pod szczególną opieką całego lokalnego społeczeństwa. Szklarnie wypierały sady jabłczane i odwrotnie, sady jabłczane wypierały szklarnie. W zasadzie nic innego tu nie było: sady i szklarnie. A wszystko w dolinie okalane wolno płynącą, ale niebezpieczną Wisłą. Od dziecka chowany byłem w atmosferze szacunku dla badylaków, więc podpieranie słów honorem w tym wypadku, nie było rzucaniem ich na wiatr.
Sam port składał się z uzbrojonej betonem zatoczki, a w niej porzuconej przez ekonomiczną nieopłacalność wyciągarki piachu. Do niej to ściągały, odkąd sięgam pamięcią, wszystkie pokolenia naszej małej miejscowości. Można było tam wejść, pogmerać przy wajchach, powciskać ostatni guzik i poudawać pracę. Wyciągarka umocowana była na fest do barki, którą kiedyś wypływała na środek rzeki. No więc to miejsce było często także pirackim okrętem, parowcem na Missisipi, wodnym jaszczurem, dzielnym żaglowcem.
Żeby dojść do wyspy pomidorowej trzeba było pójść trochę w górę rzeki, przebić się przez przyrzeczne chaszcze i odnaleźć duży kamień, który kiedyś pokazał mi ojciec. To było chyba jego ulubione miejsce, bo gdy mnie tu zaprowadził wydawało się, że zdradza mi największą swoją tajemnicę. Z tego kamienia widać było wyspę, która skryta za winklem, była niedostrzegalna z punktu widzenia portu.
- Kurna Olek! - powiedział Masa
- Cerowaty worek - dokończyłem.
- Co ty gadasz? - Trzmielu i Zielus przypatrywali mi się dziwnie.
- A tak zrymowałem. - Odpowiedziałem i tak jak Masa zmartwiłem się faktem, że Wisła, odkąd zaczęła się szkoła, znacznie przybrała i moja ścieżka już nie istnieje. Wyspa była trochę na lewo, o zaledwie dwadzieścia metrów od brzegu, ale teraz bez łódki nie było mowy o dotarciu do niej. Woda sięgała już prawie kamienia, który zazwyczaj był granicą zasięgu rzeki,
Staliśmy jak głupi patrząc na wodę i rozpatrując na głos, czy jest opcja dotarcia. Pomysł był taki, żeby przejść, bo woda nie może być głębsza niż do pasa, ale sprawa padła, gdy Zielus opowiedział nam o swoim kuzynie co to wlazł do wody na Mazurach i utopił się tak po prostu. Wtedy to znudzony Trzmielu, że też musiał z nami pójść, zaczął w piachu szukać kamieni do rzucania i w trzcinach natrafił na przywiązaną łódkę, wyciągniętą porządnie na brzeg.
- Chodźmy - usłyszałem Dużego i zadrżałem na dźwięk jego głosu. - Skorzystamy z łódki i popłyniemy do tej cholernej wyspy, a tam spróbujemy tych pomidorów.
Jak się on tu znalazł, nie mam pojęcia, ale nic nie mówiłem. Duży miał posłuch u chłopaków, mimo że się go bali. Wyciągnęli łódkę, w której odnaleźli wiosła. Masa chwycił jedno, Trzmielu drugie, Zielus stanął na dziobie a Duży usiadł przy sterze. Ja sam siedziałem tuż obok i nie wierzyłem własnym oczom, że ukradliśmy komuś łajbę i płyniemy na parszywą wyspę. Jak się okazało nie było to trudne i po chwili zrywaliśmy wszyscy pomidory. Wyspa od strony Wisły miała fajną plażę, na której można byłoby rozpalić ognisko, gdybyśmy przywieźli łódką trochę drewna. Nad gęstymi krzakami pomidorów, na środku wyspy królowała jabłoń, ale za to z niesmacznymi owocami. Siedzieliśmy tak pod drzewem, gdy z brzegu rzeki usłyszeliśmy skrzekliwy głos Starego, tłumaczącemu komuś, że już niedaleko. Przypadliśmy do ziemi i skryci zza krzakami obserwowaliśmy jak Stary, Calineczka i jakiś wielki facet o przykrótkiej koszulce, z której wypadał przyduży brzuch stali obok kamienia i przeczesywali szuwary.
- Nie ma!
- Może rzeka wzięła - powiedział grubym głosem tłuścioch.
- Aż tutaj? Niemożliwe! - Stary pokazał miejsce, w którym do niedawna stała łódka.
- No to ktoś rąbnął. Są nawet ślady.
Na szczęście Duży kazał chłopakom schować łódkę w krzakach, tak że z brzegu nie można było jej dostrzec.
- Chyba jakieś dzieciaki. Jeszcze wczoraj tu była - zaskrzeczał Stary.
- To tylko dowód na to, że niepotrzebnie zakopaliśmy to na wyspie. Nie jest tam bezpiecznie, zresztą nie dało się kopać głęboko, bo woda. - miałem wrażenie, że facet patrzy na mnie. Już chciałem wstać i przyznać się, co by nas pewnie nic nie kosztowało, ale Duży mnie przytrzymał.
- Siedź tutaj - jego ręce przygniotły mnie do ziemi.
- Musimy skołować drugą łódkę - usłyszeliśmy z brzegu. - I to jeszcze dzisiaj.
Stary, gruby i Calineczka poszli śpiesznie w stronę miasta, a my zostaliśmy. Nikt nic nie mówił, tylko Trzmielu podszedł do łódki i z jej dna wyciągnął dwa szpadle, które leżały tam przykryte szmatami. Zielus i Masa ruszyli dookoła wyspy, a ja pod jabłoń. To chyba Duży nakazał mi wleźć na drzewo i rozejrzeć się dookoła. W gęstych krzakach pomidorów od razu zobaczyłem wykarczowaną dziurę.
- Tam! - Krzyknąłem. Po chwili byliśmy wszyscy na niewielkiej polance, w której naruszona była ziemia. Trzmielu miał w ręce szpadle.
- A może byśmy...? - zacząłem, ale Duży nie pozwolił skończyć, że lepiej zostawić to coś w spokoju. Chwycił łopatę i zaczął kopać.

Stefan W.

poniedziałek, 3 marca 2014

Zawrót głowy

Szanowny Panie,

nie uwierzyłby Pan nawet w mojego pecha. Byłem już na drzewie - drugim od płotu - kiedy noga nieopatrznie wybrała gałąź zbyt drobną i do tego wyschniętą. Trzask tylko usłyszałem i ciało runęło w dół. Lot w kierunku ziemi okazał się krótki, prawie niezauważalny, a upadek nawet nie taki bolesny, jak mógłbym zakładać. Czułem tylko swój prawy bark i prawe kolano, które zdarte było aż do krwi. Zdziwiło mnie to nawet, bo przecież w sadzie Starego wszędzie rosła bujna trawa. Nie było jednak czasu nad tym rozmyślać. Pies... - kołatało w głowie - Pies! Spojrzałem w górę. Calineczka właśnie wychyliła zza rogu domu swój olbrzymi, czarny łeb i tylko formalnością było to, aby spostrzegła intruza. Serce zaczęło bić mocniej. Chociaż mocniej, to brzmi zdecydowanie za słabo. Waliło jak szalone. Już byłem na nogach, już pędziłem przed siebie. Oby szybciej, oby do płotu. Nie oglądałem się za siebie, tylko jednym susem wskoczyłem na wysoki parkan. Jak to dobrze, że miałem w tym wprawę - sekundę to nie trwało, a już byłem po drugiej stronie. Tylko gdzie się podziali moi kumple? Trzmiel? Piechlak? Mógłbym przysiąc, że byli za mną, kiedy wdrapywałem się na pierwsze drzewo. A teraz nic - ni widu, ni słychu. Dysząc ciężko, spojrzałem na ogromne cielsko przewalające się po stronie ogrodu Starego. Poczułem jak żołądek mi się kurczy. Słyszałem sapanie bestii. Dudniące, miarowe. Była tak blisko. Zaledwie z metr lub dwa ode mnie. W głowie aż szumiało. Nie chciałem, a raczej nie mogłem spojrzeć w czeluści jej bezdusznych ślepi. Obróciłem się w stronę szkoły i począłem człapać w jej kierunku - oby jak najdalej od domu Starego i tego piekielnego cerbera. Wciąż oszołomiony i obolały dreptałem przed siebie, zastanawiając się, gdzie wyparowały chłopaki, gdy znów usłyszałem warczenie. Jakoś zbyt blisko... tuż za mną. Nie zdążyłem się nawet w pełni obrócić, kiedy jakiś cień mroczny spadł na mnie i potężny chwyt ujął moje ramię lewe. Wielki łeb. Paszcza! Ogromna! I kły - lśniące bielą, siejące grozę...

-Ej! Wstawaj. Kuwa! Co ci jest? - usłyszałem nad głową znajomo brzmiący głos. Otwarłem jedno oko, tylko po to, aby stwierdzić, że to Jałek siedzi nade mną i potrząsa mną w górę i w dół, trzymając moje ramiona w żelaznym uścisku. Nie miałem za bardzo siły, żeby mu odpowiadać. Zresztą sam za bardzo nie wiedziałem, co się stało. Otwarłem oko drugie, a w moim polu widzenia pojawił się też Marek i Zielus.
-Co mu się stało? Żyje? - dopytywał Zielus swoim skrzypiącym głosem.
-No biegł po prostu, jak wszyscy, i nagle jak koziołka wywinie! I przytomność stracił chyba. A bani to sobie nie rozwalił? - Masa zwrócił się do Jałka, który był tuż nade mną.
-Kułcze, chyba nie. Kłwi nie widzę. Ty! Kuwa, wszysko gła? - i potrząsać zaczął mną ponownie - chyba nawet jeszcze mocniej niż poprzednio, co muszę przyznać, nieco mnie już zirytowało.
-Gła, gła! Turlaj dropsa, lamusie! - wystrzeliłem bezmyślnie w przypływie rozdrażnienia. Jałek zrobił oczy jak  pięć złotych. Puścił mnie natychmiast, tak że opadłem spokojnie na ciemny żwir szkolnej bieżni. Widziałem, jak jego twarz zmieniać się zaczęła. Wyraz pierwotnego zaskoczenia zastąpił grymas złości, a do tego czerwony się zrobił jak rak. Z boku dobiegł mnie chichot Masy i Zielusa, a to pozwoliło mi zrozumieć, że mój występek nie ujdzie mi na sucho. W jednej chwili wielka pięść Jałka spadła na moją facjatę i bezpardonowo rozkwasiła mój biedny nos. Chichoty ustały.
-Co się patrzycie? Nic mu nie będzie. Zabiełamy się.
No i poszli.

Wylegiwałem się zatem w pełnym słońcu wrześniowego popołudnia na obrzeżach szkolnego boiska z rozkrwawionym nosem, zdartym kolanem prawym i obolałym barkiem. Nie miałem nawet żalu do Jałka. Przecież w zasadzie chciał mi pomóc. Mój  błąd. Moja głupota. Cóż miał chłopak zrobić? Przecież lamusem nie był, o czym zarówno on, jak i ja dobrze wiedzieliśmy. Gdyby jeszcze świadków nie było, to może i by odpuścił. Ale tak? Wyjścia przecież innego nie miał. Może zresztą i dobrze się stało. W końcu miałem chwilę spokoju, żeby rozejrzeć się w swoim położeniu. Tak w ogóle to na tej ziemi znalazłem się dlatego, że razem z Jałkiem, Zielusem i Masą mieliśmy zaliczać po lekcjach bieg na tysiąca, bo nie zrobiliśmy tego rano. Dziwnym trafem wszyscy czterej spóźniliśmy się na pierwszą lekcję, na której właśnie był ów test możliwości kondycyjnych młodzieży szkolnej ze zbioru zamkniętego chłopców z klasy szóstej B. No ale nasz wuefista popołudniu doszedł chyba do wniosku, że ma coś lepszego do roboty, bo w końcu przyszedł i kazał nam biec tego tysiąca, ale nie na zaliczenie tylko tak za karę, że niby z pierwszej lekcji uciekliśmy specjalnie - na co niezbitych dowodów przecież nie miał. Po czym poszedł sobie, ale zostawił Waflaka, żeby nas pilnował i doniósł, jeśli ewentualnie postanowimy się ulotnić. No to i biegliśmy, bo było wiadomo, że pupil faktycznie by doniósł i nawet sensu nie było z nim dyskutować. Kiedy mordowałem już tak chyba sześćset któryś tam metr, nagle coś się ugięło, rzeczywistość się zakotłowała i czarno się zrobiło, a później to już sam Pan wie...
Jak tak leżałem, to brało mnie przekonanie, że ten zawrót głowy to nie tylko tak z upału. W głowie mi ostatnio się mieszało, jak w tyglu jakimś. Dziwnie rozpoczął się dla mnie ten rok i nie zapowiadało się, żeby szło ku lepszemu. Najpierw się okazało, że wszyscy kumple palić zaczęli przez wakacje, chociaż wcześniej przecież nie palili. Nawet Waflak, a przecież Waflak to leszcz, na co dowodów mógłbym znaleźć przynajmniej sto. No i w związku z tym ten Zakątek, którego w zasadzie nawet nie pamiętałem z zeszłego roku, a który teraz, ni z tego ni z owego, stał się centrum naszego życia międzylekcyjnego. Druga sprawa dotyczyła Trzmiela. Jeszcze przed wakacjami był klasowym chłopcem do bicia, gdy jakoś z tydzień temu wyszło na jaw, że ma kolegów z innej szkoły i do tego ósmoklasistów. Sylwia widziała ich podobno razem w klubie bilardowym, a potem pod sklepem, jak pili EB z puszki. Niby nic, a jednak zaburzyło to jakiś odwieczny porządek rzeczy i spokoju mi nie dawało. Do tego cały ten galimatias ze Starym i tą jego Calineczką. Co mu do głowy strzeliło? Naprawdę chciał naszej krzywdy? Chłopaki się zawzięli, że coś z tym trzeba zrobić. Ja wyłamywać się nie chciałem, ale miałem złe przeczucia, co do tego psiska. No oczywiście i w centrum tego wszystkiego sprawa Dużego, którego przecież nawet nie powinno tu być, ale nie dało się ukryć, że jednak był, a raczej bywał. Pojawiał się, jak spod ziemi, kiedy najmniej się tego spodziewałem, po czym równie tajemniczo znikał. Jak chociażby wczoraj na tym porcie...

Paweł D.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Poznajcie Calineczkę



Szanowny Panie,

jak Duży nie pokazywał się to szkoła była całkiem znośna. Zwłaszcza te miejsca, o których nauczyciele doskonale wiedzieli, ale jakimś dziwnym trafem nigdy się nie pojawiali. Mówię tu o Zakątku. Składzik, do którego klucze mieli wuefiści, doskonale zasłaniał róg szkolnego boiska. W ten sposób, że ciekawscy belfrzy nie mogli spojrzeć na to co dzieje się w tym miejscu, a my jak na dłoni, widzieliśmy całość szkolnego obejścia. Poczucie bezpieczeństwa i świadomość odosobnienia sprawiały, że chętnie sięgaliśmy po papierosy tzn. oni sięgali, bo ja nie miałem odwagi. Braterska więź, a może raczej chęć przypodobania się grupie, strach przed byciem outsiderem, sprawiały że chodziłem razem z nimi do Zakątka. Nie ograniczałem się jedynie do obserwacji pierwszych kroków w życiu nałogowców, ale także jawnie przyczyniałem się do ukrywania śladów zbrodni jaką popełniali. Przede wszystkim skoro nie paliłem, miałem wyczulony węch na papierosy. A zatem gdy kończyła się najdłuższa przerwa, Waflak, Piechlak, Michalak a nawet Trzmiel chuchali mi prosto w mój duży, a wtedy jeszcze mały rzymski nos, a ja oceniałem czy czuć papierosy, czy jeszcze jedną gumą muszą zasłonić smród tytoniu. Nie muszę chyba mówić, że często z czeluści jam ustnych moich kolegów biła woń trawionej kiełbasy, albo kotleta schabowego z ziemniakami i pietruszką. Nie skarżyłem się jednak na rolę testera, a raczej cieszyłem, że mogę razem uczestniczyć w nielegalnych wyprawach. Co prawda traciłem apetyt i rodzice po miesiącu odkrywali w moim plecaku zapasy spleśniałego chleba z warzywami i wędliną. Przyznam się po latach, że nad smaczne kanapki przekładałem wtedy kolorowe towary ze sklepiku szkolnego, a zwłaszcza chipsy. Paczka solonych, albo paprykowych z ukrytą wewnątrz zabawką, a czasem złożonym w kwadracik banknotem była marzeniem wszystkich w mojej klasie. Gdy kogoś stać było na kupienie, za 2 złote małej torebki, nie miał wyjścia musiał się podzielić z resztą klasy. Rzeźnik, nasz klasowy grubasek, kiedyś ukrył się z chipsami w kiblu. Odkrycie jego nie koleżeństwa skończyło się bitką, którą uskutecznił Duży. Nikt, prócz dziewcząt, których nasze sprawy zupełnie nie interesowały, nie odważył się zataić przed towarzystwem nawet najmniejszej paczki chrupek. Nie było to w guście.

Zakątek oddalony był od Budy o boisko szkolne, ale powrót po papierosie dokonywał się zawsze jakimś zakolem. Czyli zamiast przejść prosto, po bożemu, na wprost przez piłkarskie klepisko, my szliśmy wzdłuż najdłuższego boku, a potem od drugiej strony za bramką. Takie obejście miało ten dodatkowy atut, że mogliśmy podrażnić Starego. No cóż mogę powiedzieć? Przecież Stary mógł zawczasu zorientować się, że posiadanie domu z ogrodem tuż obok terenów szkolnych nie jest najlepszym miejscem na dożywanie ostatnich lat życia. Może kiedyś był spokojnym młodzieńcem, wziętym przystojniakiem, który uganiał się za kobietami? Może miał nawet dzieci? Wnuków mieć nie mógł, bo wszystkie wykopane na jego teren piłki zostawały oddawane, ale pocięte. Nie pomagały rozmowy z potężnym Bielewskim, który uczył nas kultury fizycznej, ani nawet Dyrektora nic nie wskórała. W efekcie o zwycięstwie piłkarskim nie decydowały umiejętności, ale obstawienie odpowiedniej bramki. Nikt nie chciał kopać, ile fabryka dała, w stronę bramki, za którą było podwórko Starego. Zazwyczaj drużyna, która atakowała na przeciwną, częściej trafiała gole, a zatem wygrywała. To wszystko sprawiało, że chętnie mściliśmy się na Starym, ale jabłka z jego jabłoni nie miały nic z zemstą wspólnego. Po prostu nam bardziej smakowały. W tym miejscu szkoła też miała swoje drzewa owocowe, ale tych psiaków nikt ruszyć nie chciał. Gniły więc na ziemi. Każdy jednak wymyślał swój sposób, aby sięgnąć po dary z drzewa sąsiada. Muszę się Panu przyznać, że lubiąc się wspinać, byłem w tej konkurencji szkolnym mistrzem.

Oczywiście było tak, że owoce z gałęzi, które wisiały nad terenem budy oraz te które można było sięgnąć tuż za płotem, były dawno wyjedzone. Wyczynowcy, tacy jak ja, musieli nie dość, że przejść przez płot, to jeszcze gałęziami, nie dotykając podwórka przejść z drzewa na drzewo. Czym głębiej się człowiek zapuszczał, czym bliżej domu Starego tym zyskiwał w oczach kumpli. W ogólnej kwalifikacji byłem na pierwszym miejscu, odkąd doszedłem do czwartego drzewa od płota, czyli trzeciego do domu. Nie zdradziłem, że rano zauważyłem Starego jak wsiadał w pociąg do Warszawy. A zatem pewny byłem jego nieobecności. Oczywiście, mógłbym dzięki tej wiedzy zaszaleć i wleźć pod same okna, ale uznałem, że nie wolno w życiu przesadzać, a zresztą wydałaby się nieobecność właściciela niewielkiego sadu. Stary mimo, że stary i ledwo chodzący, miał świetne wyczucie, słuch i wzrok. A także pamięć do rozkładu naszych lekcji. Za paskiem nosił niewielką procę, którą cudownie strzelał do ptaków, a i denerwującej go młodzieży czasem się oberwało szybko lecącą szyszką. Tym razem tylko przechodziliśmy obok, z nadzieją, że Stary wygrzewa kości we wrześniowym słońcu.
- Dzień dobry panu – krzyknął Trzmiel, który zwykle wyrywał się do zagadywania.
- A co w nim takiego dobrego? – Burknął Stary. Dzień był na tyle ciepły, że szkolny sąsiad hasał bez koszulki. Drapał się po obwisłej, obsianej plamami skórze, aż dosięgnął pępka, w którym zaczął dłubać. Podszedł taki krzywy, ledwie stąpający, pod sam płot i przypatrzył się z uwagą naszym twarzom. Masa podczas lata nabawił się trądziku. Widok ten bardzo rozbawił Starego, więc powiedział – Na twoim miejscu chłopcze nie pokazywałbym się w szkole. Wyglądasz jak moja dupa dwadzieścia lat temu.
- Musiał mieć pan zajebistą dupę – Masę niewiele rzeczy mogło wybić z równowagi, ale odkąd pojawił się z pryszczami, zaczął być trochę drażliwy.
- Zajebista to jest ta satelita na twoim nosie. Od ciśnienie aż pulsuje – Stary wskazał wykrzywionym palcem kulfona Masy. – No ale dość o twojej wątpliwej urodzie, jeszcze sobie popłaczesz w domku. Dobrze, że przyszliście chłopcy.
- A czemu? – to zapytałem ja. Podobała się mi myśl, że Stary mnie zapamięta. Chciałbym aby wiedział, że to ja kradnę jabłka z najdalszych drzew jego sadu. Że to ja jestem odpowiedzialny za jego bezsenne noce. Bardzo lubiłem uważać siebie za kogoś wyjątkowego. Stary mówił, przyglądając się Masie i jego pryszczom.
- W tym roku mam dla was niespodziankę – Zagwizdał. – Zainwestowałem w strażnika moich jabłoni, a i po piłki już nikt się tu nie włamie, gdy mnie nie będzie. – W tym momencie do nogi Starego podbiegł wielki rottweiler, który na widok chłopców zaczął zaciekle ujadać. – Poznajcie Calineczkę.
Odskoczyliśmy od płotu, gdy Calineczka rzuciła się przednimi łapami na siatkę i rozwarła paszczękę. Z przerażeniem odkryliśmy w jej czeluściach dwa rzędy zębów. Wściekła ślina wylądowała na naszych twarzach, a ujadanie niemal zagłuszyło szkolny dzwonek. Pędem pobiegliśmy do budy, za plecami słysząc psa i chichot jego właściciela.
- Nie daruje gnidzie – powiedział Masa, gdy już wchodziliśmy na lekcję biologii.
- Trzeba będzie jakoś Starego przytemperować – odpowiedział za moimi plecami Duży. Na dźwięk jego głosu, skurczyłem się w sobie.

Pozdrawiam
Stefan W.

sobota, 15 lutego 2014

Wsio w pariadkie

Szanowny Panie,

no może jakoś wytrzyma Pan te tortury słońca, plaży, drinków z palemką i niebieskiego morza. Trzymam kciuki, żeby Pan tam w depresję nie popadł.

Tymczasem tu... a raczej tam... i nie tymczasem, tylko dawno, dawno temu, w odległej galaktyce (jak Pan może jeszcze pamięta) siedziałem sobie w dziupli u pana Z. Małe to było cholerstwo, ale pełne rupieci. Elektronarzędzia, szczotki, kubły, sto kompletów szachów, akordeon i wiele innych. A wszystko pod grubą warstwą kurzu. Na jednej z półek niedopita butelka "Żytniej" i szklanka. Zastanawia mnie do dziś, że tak go nikt nie capnął - przecież purpura tej twarzy nie była rumieńcem niewinnym, ale czerwienią niezdrową, wulgarnie pijacką. Inne czasy to były, inne czasy.

Pięć minut, dziesięć minut, piętnaście. Dzwonek na lekcję dawno już przebrzmiał. Początkowo jeszcze ciekawym było zglądanie po kątach, ale po pewnym czasie już nie wiedziałem, czy wstać, czy siedzieć - i na co też czekać? Skąd wiedzieć miałem, że to już? Że wyjść można bezpiecznie. Chwilę mnie to męczyło, ale później wzniosła głupiość (tak!) wygrała, że nie po to młodość, żeby po kątach się skrywać! A poza tym, przyznać się muszę, że wtedy jeszcze z lekcji tak się nie zrywałem, więc i niepokój w sercu się pojawić musiał. Bo co, jak ktoś mamie doniesie, że z rosyjskiego zwiałem? A przecież ktoś donieść musi. Miasto małe. Wszyscy mamę znają. Idę! 

Ostrożnie nosa wyściubiłem, potem głowę całą - na korytarzu pusto. Lewa pusto, prawa pusto. Obaw nie ma. Duży zniknął, a nawet jeśli był gdzieś jeszcze, to na pewno gdzieś na parterze, może stołówkę lub kotłownie sprawdzał. A mi wystarczyło pokonać jakieś trzydzieści, czterdzieści metrów. Bo tyle tylko dzieliło mnie od sali nr 32, w której to pani Bambura (czy też Bamburowa - choć tak o niej nie mówiliśmy) wbijała do głów całej klasie mojej, że собака лает a кошка мяукает. Popędziłem zatem, co sił w nogach, żeby drzwi dopaść, za spóźnienie przeprosić, sumienie oczyścić, w zajęciach uczestniczyć i uczniowski obowiązek spełnić. A przy okazji - w kanciapie się nie nudzić, trop zmylić i na tyłach sali, pomiędzy leserami, wśród uczniaków do mnie podobnych, obecność swoją ukryć. Coś podkusiło mnie jednak, żeby przed wtargnięciem na lekcję jeszcze przez dziurkę od klucza zajrzeć - zobaczyć, czy już do odpowiedzi kogoś wzięła. Głowę pod klamkę wepchnąłem zatem i oko do otworu zbliżyłem, jak zbliżyć się tylko dało. Bambura krzątała się między rzędami ławek mocno już zirytowana, a głos jej podniesiony wgniatał głowy gawiedzi w otwarte księgi. Ale co to?! Nogi ugięły się pode mną. W trzecim rzędzie, w czwartej ławce, obok kolegi Łukasza, nikt inny, tylko Duży. Na moimi miejscu! O, zgrozo! Sam prawie bym się podłożył prześladowcy. Cóż za szczęście miałem! Nie mniej jednak nieostrożność moją w głębi duszy skarciłem. Tylko, co dalej? Chciałem już do dziupli wracać albo w ogóle z terenu szkoły, przez dziurę w siatce na boisku umykać, gdzie pieprz rośnie, ale... ciekawość zwyciężyła. 


-Ałfa-wit-uże-my-znajem, uże-piszem-i-czy-tajem...
-...y все...
-i-wsie-bukwy-po-pariadku, bez-oszibki...
-...без oшибки!
-No przecież mówię "bez oszibki"!
-Oшибки!
-Dlaczego mi pani przerywa? No jak mam powiedzieć, jak nie mogę dokończyć?!
-Bo nie umiesz!
-Przecież umiem! Mówię!
-Źle mówisz! I czemu na mnie krzyczysz? Trzmiel, jak cię matka chowała?
-Mnie? A co ja robię? Przecież wiersz mówię.
-Mówisz. Phi! A zresztą, siadaj już.
-Ale co? To co? Co dostałem?
-Co? Co? A co mogłeś dostać, Trzmiel? Dwóję dostałeś.
-Dwóję?! Ale kiedy ja to umiem, przecież mówiłem! Proszę pani! Mogę jeszcze mówić...
-Nie ośmieszaj się, bo jak prosiak kwiczysz.
Trzmiel faktycznie jakby się zapowietrzył, jego głos podwyższył się, słowa zaczęły plątać, a cały ten lament stał się zupełnie niezrozumiały. Szkoda mnie się go zrobiło, ale taki już był los tego biedaka. Bambura chyba go po prostu nie lubiła, a może nie rozumiała jego chaotycznej natury? Nie wiem.
-Kto przeczyta pracę domową? - nauczycielka nie zwracała już uwagi na kotłującego się jeszcze w sobie Trzmiela -No, kto? Czekam.
W sali nagle cisza. Wszyscy nosy w dół. Zaczytani w elementarzach. A ja tylko na Dużego patrzyłem, jak się zachowa. Ale on, jak pozostali - udawał tylko, że czyta. Głupi, jakby ucznia udawał. Tymczasem Bambura nalegała:
-No, nikt nie chce? To ja wybiorę. Proszę, Marek Masa.
W piątej ławce nagle poruszenie. Szarpanina chyba jakaś.
-Co tam się dzieje? Masa? Co ty? Idziesz ty? Do tablicy, i to już, natychmiast.
-Idę, już idę. Spokojna głowa, szefowo!
-Jak Ty do mnie mówisz, Masa?! Czy ty jesteś na targu czy w szkole? Dawaj no tu zeszyt. Praca jest?
-Jest, jest. Jakże miałoby nie być? - zawadiacki uśmiech błyszczał na twarzy Marka M.
Masa? Napisał pracę domową? Prędzej bym uwierzył, że Trzmiel u Bambury kiedyś piątkę dostanie. Sama uczycielka też chyba uwierzyć w to nie mogła, bo kajet mu niemal wyrwała. Zajrzała. I zdziwienie na twarzy - więc coś tam chyba było. No dziwne, fakt. Bo widzi Pan, u nas zasadniczo języka rosyjskiego to nikt się uczyć nie chciał. Czy to był jakiś bunt lat 90? Trudno mi to jednoznacznie stwierdzić. Chyba rodzice nie mieli takiego ciśnienia, żeby przymuszać dzieci do jego nauki, a dzieci godziły się na tę bylejakość, bo wiadomo, że jak nie musiały, to po co miały się męczyć na własne życzenie. Ale na lekcje chodzić było trzeba, no i oceny były, a i do średniej przecież to się liczyło. Efekt? Wszyscy kombinowali, kłamali i uciekali się do przeróżnych metod, żeby przetrwać, a jednocześnie niczego się nie nauczyć. Prawdziwa szkoła życia. Podstawą było wyrywanie się z sali na czas przepytywania. Najlepiej do pielęgniarki. Tyle, że Bambura nigdy by nie uwierzyła, że kogoś boli brzuszek lub główka. Przeważnie potrzeba było nieco krwi. Ja nie miałem tak trudno, bo w tamtym okresie nos mi trochę nawalał, więc jedna fanga od kolegi z ławki albo pac twarzą o blat i sprawa była załatwiona. Zalany czerwienią wychodziłem z sali, szedłem do łazienki, obmywałem się i po piętnastu minutach wracałem. Inni musieli wykazać się przeważnie większą kreatywnością. Pamiętam, jak Łukasz Duduś przyniósł ketchup jakiś zepsuty, którym wymazał się cały i symulował ranę ciętą. Nawet chyba udało mu się opuścić klasę, ale potem cały słoik rozbił niechcący pod ławką i zaraz była afera. Ostatecznie Duduś faktycznie pociął się resztkami słoika, kiedy to sprzątał i bez pielęgniarki się nie obyło. Były też sztuczne wymiociny, guzy, siniaki i cała encyklopedia chorób wszelakich o objawach najdziwniejszych. Rosyjski w naszej klasie leżał plackiem i czekał na dobicie. Wróćmy jednak do Marka Masy i jego zeszytu, który to Bambura zaczęła przeglądać coraz to dokładniej, a jej zdziwienie wydawało się wzrastać z każdą przewróconą kartką. 
-Masa, ty wszystko piszesz, co ja na lekcji dyktuję?
-Oczywiście, psze pani. A jak mógłbym nie pisać? Przecież pani mówi, że dyktuje i żeby pisać.
-Tak, ale ja nie sądziłam... to znaczy, bardzo dobrze Masa, że w końcu poszedłeś po rozum do głowy i wziąłeś się do nauki.
-No chyba nie "w końcu". Przecież widzi pani, że ja tak od początku roku.
-Widzę, tylko sam wiesz, że czasami nie zachowujesz się tak, jak powinieneś, więc myślałam, że nie chcesz się uczyć.
-Przepraszam, poprawię się. Oczywiście, że się poprawię - pokajał się chłopak.
-No dobrze Masa, cieszę się, że wziąłeś się za siebie i na zachętę dostaniesz cztery z plusem. Za zeszyt.
-Co?! - zakrzyknął nagle Trzmiel. - Kiedy on nic nie umie! Nic nie robi! 
Nagle w klasie zahuczało. Zewsząd poczęto uciszać zdesperowanego Trzmiela.
-Spokój! - zagrzmiała Bambura.
-To nie jego zeszyt! To nie jego zeszyt! - Trzmiel znowu wpadać zaczął w ton wysoki i dyszał ciężko w panice. 
-Masa! To nie twój zeszyt! Nie twój! Ja wiedziałam, że mnie oszukujesz! - krzyczała Bambura.
-Kiedy mój! Mój!
-Twój? Nie podpisany przecież. Z kim siedzisz? No, tak! Toż to Waflaka zeszyt.
-Nie... ja mam tu swój. - Waflak wziął pod ławką zeszyt od Piechlaka.
-Tak? To pokaż - z przebiegłą miną wycedziła nauczycielka. Waflak poczłapał z wolna i położył zeszyt na stole. Bambura zaczęła przeglądać uważnie.
-No tak, Waflak, nie tak ładnie prowadzisz notatki jak Masa. Nie tak ładnie. Weź przykład z kolegi.
Waflak skrzywił się, ale nic nie powiedział. Niby leszcz, ale jednak honorowy. Tymczasem Bambura jakby wywęszyła coś. Trop chwyciła.
-Piechlak... a jak tam twoje notatki?
Adaś oczy wielkie zrobił, czerwień na twarz mu wystąpiła. Oho! - pomyślałem - Teraz wszystko się rozsypie. Piechlak równiacha, ale słaby kłamca. Czy podoła? Na Michalaka spojrzał wymownie, ale ten pomóc jak nie miał, bo zeszytu sam nie prowadził. Zresztą postać jego niewielka już sama w dziwne wibracje wpadła, które przypisać można obawie o los własny. Faktem jest, że Bambura, choć przeważnie obiekt żartów, kiedy już się rozzłościła, to potrafiła dziecięce serce zimnym strachem przeszyć. Na całe szczęście był jeszcze Jałek - Jałek Fłak. Masywny z wyglądu, ze szczęką mocną, kwadratową - swój chłop, musiałbyś Pan rzec, gdybyś Pan go znał. Siedział on przed Michalakiem i Piechlakiem obok samego Trzmiela, który jeszcze się bulgotał, cały czas gotów do batalii o sprawiedliwość, o godność własną. Fłak nie myślał długo - szybkim ruchem Trzmielowi kajet podwędził, tak, że ten nawet nie spostrzegł, do Michalaka podał, a ten z odsieczą Piechlakowi przyszedł. Wszystko to sekund trwało tylko kilka. Piechlak zmieszany, jąkał się i półsłówkami gadał, ale jakoś przetrwał, aż w końcu tryumfalnie zeszyt w górę podniósł. 
-No mam, mam. Wszystkie notatki. Mam tu. O tu. 
-Pokaż - rozkazała Bambura krótko i widać było, że cała ta zabawa podoba jej się coraz mniej. 
Oglądała chwilę, kiedy nagle Trzmiel się do góry poderwał. W szarży dopadł stołu nauczycielskiego z okrzykiem na ustach:
-To mój! To mój!
Bambura z przestrachem cofnęła się nieco i omal z krzesła nie spadła, bo Trzmiel już był przy niej i zeszyt z rąk wyrywał. Następnie sam przestraszył się chyba swojego czynu, począł się wycofywać. A że tyłem szedł, to i z podwyższenia zwalił się na podłogę. Dziewczęta, do tej pory spokojne, ryknęły jednym głosem. Śmiech rozniósł się po sali.
-Trzmiel! To wszystko oczywiście twoja sprawka, co? A wy na miejsca - zwróciła się do Masy, Waflaka i Piechlaka, którzy wciąż jeszcze na podwyższeniu stali. -I każdy dostaje po dwójce.
Po Masie to spłynęło, ale dobry humor raczej nigdy go nie opuszczał. Zauważyłem, że jeszcze szturchańca sprzedał Trzmielowi, kiedy przechodził obok niego. Waflak spuścił natomiast nos na kwintę i przez chwilę myślałem, że się rozpłacze, a Piechlak znowu zrobił się czerwony, ale nie wiem, czy był to gniew - bo z kolegą Adasiem to nigdy niczego nie można było być pewnym (na co przykładów mam sto, więc może jeszcze Panu coś kiedyś na ten temat opowiem). Tymczasem Bambura dorzuciła jeszcze Trzmielowi dwie dwójki - jedną za zeszyt, a drugą ogólną.
Na nic zdały się jego lamenty. Ach, ten Trzmiel, co z tego, że próbował być zawsze uczniem solidnym, skoro za grosz na prostej psychologii się nie znał. Ja z językiem rosyjskim problemów najmniejszych nie miałem - wystarczyło, że prosto siedziałem i jak Bambura spoglądała w moim kierunku, to raczyłem ją uprzejmym uśmiechem. Co z tego, że umiałem mniej niż Trzmiel, a zeszyt mój był jakimś smutnym żartem, bo przeważnie udawało mnie się zanotować datę, numer lekcji, i czasem temat. A czasem nawet tego zapisać mnie się nie chciało. A właśnie:
-Тема: Зимний отдых. No dalej, piszemy, piszemy. Nie spędzimy przecież całej godziny na awanturach - po czym jakby znowu coś zaczęło się w niej burzyć - Ach, wy... siły już do was nie mam. Jak bydło się zachowujecie, jak bydło po prostu. Jakby was z obory wypuścili. A Ty Dresiński, czemu nie notujesz? - to do Dużego się zwróciła.
Oddech wstrzymałem i mocniej oko do dziurki zbliżyłem. Tymczasem Duży wstał. Czekał chwilę. Po klasie się rozejrzał, po czym wypalił - trochę niespokojnie, jakby go trema zżerała:
-Bo to wszystko nie tak. Zupełnie źle pani to robi...
-Co źle robię? - Bambura zaskoczona chyba była tą miną naprężoną i tym zdania początkiem, który nic dobrego nie mógł zwiastować.
-Wszystko. Wszystko pani robi źle.
-Jak to... - widziałem, że chciała się oburzyć, ale jakaś siła sprawiła, że słowa utknęły jej w gardle. Może przestraszyła się Dużego po prostu - wszak na moje oko wyższy był od niej i pewno silniejszy.
-Pani nie uczy, no nie uczy! Przecież my nic z tych lekcji nie wyniesiemy!
-Co Ty gadasz? Jak śmiesz tak? Do mnie? Ty?
-Tylko bez nerwów proszę! - determinację było słychać w głosie mego prześladowcy. Musiał mówić, chociaż Bambura też już mówić chciała. Przełamał się jednak przez jej mówienie i kontynuował.
-My może i nie chcemy. Ale to teraz nie chcemy. To przecież trzeba nam wytłumaczyć. Przecież kiedyś będziemy chcieć. I co? Nawet podstawy żadnej... Nic.
-Ja przecież tłumaczę! Tłumaczę.
-Źle pani tłumaczy! Zupełnie źle.
Serce mocniej mi walić zaczęło. Spostrzec się dało, że Bambura bielsza się na twarzy zrobiła. Ale stała jak w hipnozie. Po klasie spojrzałem. Gęby rozdziawione. Oczy jak dwuzłotówki. Czekali.
-I jak pani tego Trzmiela traktuje? Nie widzi pani, że on właśnie chce. Że może. On prawnikiem jeszcze będzie, a u pani tylko dwóje i dwóje.
-Trzmiel, prawnikiem? - nauczycielka jakby w końcu z transu wyszła - Czyś ty Dresiński na głowę upadł?
-Tak! Prawnikiem! Ale rosyjskiego się nie nauczy. Nikt się tu zresztą tego języka nie nauczy - i to przez panią! Przez panią! Jak na to wszystko patrzę... na tę twarz pani pustą, na ten kostium staromodny, fryzurę w hełm przyciętą, to mnie się wszystko w środku przewraca. Ja w końcu nie wytrzymam! Ja to na Fandzę opiszę!
-Tyś oszalał! Jak Boga kocham! Oszalałeś chyba...
Duży dyszał ciężko. Jakby zbierał się do wybuchu kolejnego, ale w końcu zacisnął usta. Powiódł wzrokiem po pyzatych twarzach malców, które z przestrachem spoglądały to na niego, to na Bamburę. Widziałem to przez tę dziurkę od klucza i powiadam Panu, oni chyba pojęli wszyscy w końcu, że on Duży, że prześladowca, że zły, obmierzły i że go wszyscy diabli tu zesłali. I on chyba pojął, że oni go widzą - jego dużość i chmurność. Zasapał, pod nosem zamruczał. Odsunął ławkę sprzed siebie, krzesło na którym wcześniej zasiadał, odepchnął do tyłu. Złapał torbę... Och! On wychodzić chciał! Odskoczyłem od drzwi, jak oparzony, tak, że aż na plecy padłem. -Do ubikacji! Pędem! Jedyny ratunek - pomyślałem w przelocie. Na równe nogi skoczyłem i przed siebie. Przecież zaraz mógł być tu, tuż obok. Tylko drzwi łazienki zamknęły się za mną, kiedy usłyszałem skrzypienie, a później potężne trzaśnięcie - to Duży wychodził z sali 32. Chyba zły. Może wściekły nawet? Ki czort go do mnie przysłał?

Przez chwilę nadstawiałem jeszcze ucha, coby upewnić się, że nie idzie w moją stronę. Kroki były jednak coraz bardziej ciche, aż w końcu w ogóle przestałem je słyszeć. Znowu mogłem odetchnąć... przynajmniej na chwilę.

Pozdrawiam,
Paweł D.

piątek, 7 lutego 2014

Deska G.

Szanowny Panie,

ostatnio widziałem taką deskę jakiegoś pana z mnóstwem gwoździków powbijanych. Jeżeli położy się tą deskę pod kątem i z góry, w wypośrodkowany lejek wrzuci metalową kulkę, to ta będzie spadała odbijając się od tych gwoździków i najczęściej wyląduje na środkowym polu. Jak puści pan dużo tych kulek to ułożą się w charakterystyczny sposób tzn. najwięcej będzie ich na środku, a najmniej po bokach, mimo że mogły trafić gdzie tylko chciały. Deska ta obrazuje wiele wydarzeń, które nie możemy przewidzieć. Najczęściej znajdziemy się po prostu po środku. Na wszelki wypadek daję odnośnik:


Deska zadziałała i w moim przypadku. Nigdy nie sądziłem, że trafię do Egiptu, a tutaj proszę jutro raniutko wylatuje, dokładnie za cztery godziny mam być na lotnisku, więc chyba nie pójdę spać. Nie chcę żeby powtórzyła się sytuacja, kiedy to z panem i panią J. zabawiłem się tak, że spóźniłem się na pociąg do Saksonii. Rachunek prawdopodobieństwa, czy może studium przypadku w moim wypadku zadziałało tak jak świadoma decyzja rzeszy Polaków. Dla Egiptu jesteśmy piątym rynkiem świata, więc dużo naszych odwiedza brzegi Morza Czerwonego. Będzie hotel, baseny, drinki, jedzonko, jeżeli znajdę się w wesołym towarzystwie to jakoś to przeżyje. 

Teoria deski Galtona, już wiem że tak się nazywa pomysłodawca, podoba mi się tak bardzo jak teoria chaosu. Nie możemy przewidzieć niektórych zachowań w przyrodzie, ale właśnie z tego chaosu powstaje Świat. W chaosie tkwi sens istnienia. To tak jak popatrzeć na las. Las jest piękny, drzewa rosną tam gdzie upadnie nasiono. A potem popatrzeć  na las zasadzony przez człowieka. Las pod linijkę. Brrr... aż mroźno się robi.  Niekiedy człowiek wstanie rano i już wie, że nie powinien robić kroku dalej. Planuje sobie spędzić pięknie dzień, ale założy przyciasne spodnie i już się wszystko posypało. To przykre, kiedy traci się pewność siebie. W moim przypadku jest tak, że jak już podejmuję decyzję i na przykład idę w stronę, którą wybrałem to nagle się potykam. Jakby jakaś siła mówiła mi, a dokąd się śpieszysz, czy aby na pewno słuszną drogę wybrałeś? Cholera nie wiadomo czy słuszną, ale jakąś i to ja wybrałem, więc odczep się świecie, chaosie, czy co tam jeszcze. Kurdę, a ile razy w ogóle nie wybieram i po prostu daję się ponieść? Czy świadomie czy nie pewnie i tak najczęściej wypadnę na środku deski G. Może zatem jak mam kiepski dzień to rzeczywiście lepiej nie wstawać? Darować sobie. Tylko po co? - zapytał się mnie ktoś mądry. 

No po co?

Stefan W.

P.S.
Jadę tutaj:


niedziela, 2 lutego 2014

Ciepły wiatr

Szanowny Panie,

jakoś nie uwierzę, że podświadomie tęskno Panu do kredytu na 25 lat. Chyba popłynąłeś Pan - do kredytu? Ja wiem, że kredyt może człowieka wtrącić w wegetację, która w swojej marności może być całkiem poukładana, ale proszę zauważyć, że jednocześnie dochodzi tu pierwiastek niepewności jutra, strachu przed ubóstwem, przed utratą dorobku życia. Kredyt odbiera opcje. Ja na ten przykład kredytu boję się jak ognia i w życiu bym go nie wymienił z harmonią w jednym zdaniu. No i masz. Są. W jednym zdaniu. Ja, dureń! 

No tak. Takie słowo na h. nie jest może i złe. Hamak, harpun, hak. Mocne jakieś to H. Techniczne, czasem ostre. Nawet harmonia - trochę techniczna, czyż nie? Na tyle techniczna, że jakoś w kościach głęboko coś mi podpowiada, że nawet nie ma tak wiele wspólnego z wychowaniem dzieci, czy z dobrym związkiem. Może wystarczą ćwiczenia fizyczne, medytacja, jakiś magiczny wywar, dużo słońca, świeże powietrze? Że wiesz Pan, wywołasz odpowiednie reakcje chemiczne i w głowie się Panu pojawi - O, toż to harmonia, jak w mordę strzelił!

A jak już Panu potrzeba stabilizacji, to jednak nie polecam zostawać w tej zimnej Polsce. Widział Pan Polaka żyjącego w harmonii? Jeśli tak, to znaczy, że stanął Panu na drodze kłamca, pijak lub wariat. My, Polacy, to właśnie rwiemy lub wegetujemy - no taki już nasz urok. Bo jak to mówią w polityce - sorry, ale taki mamy klimat. Ja lepiej proponuję Panu skorzystać z innej opcji... O masz! Chciałem Pana skierować na stronę, na której jeszcze kilka dni temu pisali, że rząd w Portugalii rozdaje domy i ziemię za darmo. A dziś już sprostowanie... że nie rząd, tylko organizacje społeczne i nie rozdają, tylko pomagają, i oczywiście nie dom dostać, tylko przedsiębiorstwo założyć. Ech, wy dziennikarze!!! A już z Panną J. roztaczaliśmy wizję wypasania owiec nad oceanem (lub przynajmniej w jego pobliżu). No to zostaje jednak rwanie w kraju Mieszka. Do diabła z harmonią! 

Paweł D.