piątek, 5 lutego 2016

Zabawy z mięsem



Szanowny Panie,

cieszę się, że nie spoczywa Pan na laurach i  z tego Wietnamu rusza dalej ku przygodom kolejnym. Birma, Tajlandia, Nowa Zelandia? Nawet nikt z rodziny Pańskiej nie jest w stanie nadążyć za Pańskimi planami. Pytają tylko – gdzie teraz? Co dalej? Wraca? Nie wraca? Kiedy wraca? Z miejsca gdzie ja stoję, to abstrakcja, jak te zegary, co to z gałęzi spływają. Jednak jestem chyba nawet w stanie zrozumieć, że Pan to już zaczyna nazywać codziennością. I w tym momencie to faktycznie już mnie się zdaje, że mam do czynienia z podróżnikiem pełną gębą. Liczę tylko, że na Fangę wpłynie to pozytywnie, że Pan będziesz aktywnie szukał fifi-rifi i coś tam skrobał (częściej niż ostatnio). Zresztą muszę Pana ostrzec, że obecnie trochę zmieniamy w Europie politykę migracyjną, furtkę przymykamy, co przy Pańskiej karnacji może oznaczać, że będziesz Pan się włóczył po świecie niezależnie od własnych chęci (zwłaszcza, że dokumenty też lubią Panu znikać).

Zresztą, skoro Pan już tam jeździsz, to rozejrzyj się Pan – może da radę, gdzieś sobie przycupnąć, znaleźć jakiś sposób zarobkowania, popróbować życia codziennego w tych odległych krainach. Bo czy ta Polska to znowu taka świetna jest do życia? Mnie może trudno oceniać, bo nie znam nic innego, może to zmęczenie daje o sobie znać, ale jakoś depresyjnie mi się jawi ta nasza Ojczyzna ostatnimi czasy. Nie, że mam coś przeciwko „dobrej zmianie” (wszak nawet gdybym miał, to lepiej się nie przyznawać), ale już samo to, że ciągle muszę wszystko tą polityką tłumaczyć i na każdą małą rzecz ją przekładać, to jest marne. Jakoś nie wydaje mi się, żeby Kyle lub Josh z okolic Sydney żyli Trybunałami i prezydenckimi podpisami. A taki Krzysztof, Maciej lub Bartłomiej  to przecież mózgi już mają wytapetowane tymi gębami wszędobylskimi (zbieżność imion dosyć przypadkowa). Polityka – ból dupy i tyle. Jednak w Polsce jakoś każdy się do bolączek ogólnie poczuwa, a zatem do tych analnych  również, nawet jeśli w zasadzie są to przecież bardziej bóle fantomowe. No, ale bywają też takie normalne. Na przykład perspektywy zawodowe. Trochę już człowiek siedzi na tym rynku pracy, innych też obserwuje i powiem Panu, że tu po prostu nic się nie dzieje. Trupem wali z każdego kąta. Wszyscy robią co innego, ale jakby to samo. Masz tak naprawdę kilka ścieżek, którymi możesz kroczyć, ale każda to w zasadzie machanie łapami w celu utrzymywania się na powierzchni rzeczki-smródki, w oczekiwaniu na nadejście orzeźwiającej fali emerytury (która skądinąd w naszym systemie może okazać się falą błotną, cholernie nieprzyjazną). Najpierw stoisz Pan i dobijasz się do tych wiecznie  zamkniętych drzwi rynku pracy. Przebierasz się, zbierasz na łapówy dla wykidajły, tam się Pan przytniesz, tutaj coś se Pan doprawisz. Zrobisz się Pan na Kim Kardashian i jakoś Pana wpuszczą kuchennym drzwiami (w końcu). Co prawda Pan chciał do warzywniaka, a było miejsce akurat w mięsnym, ale to przecież szczegół. Najważniejsze, że będzie na spłatę długów, a w perspektywie to już na wakacje, samochód, dom, a nawet kredyt. I się wydaje, że bajer, że z górki, sukcesy i takie tam, ale gówno. Bo tu się trzeba układać z tym, układać z tamtym, a później to się i tak rozkłada wszystko na drobne i tylko druty z tego wyłażą i kłują. No i się Pan stresujesz, bo zdajesz sobie sprawę, że handlujesz mięsem, a chciałeś przecież warzywami, a w zasadzie to nie chciałeś w ogóle w sklepie żadnym pracować, ale stres i tak jest, bo schab zalega na magazynach i już go muchy obsiadły. I zaglądasz Pan przez szybę do warzywniaka, żeby obczaić, czy tam może trochę lepiej, ale tam też najazd stonki ziemniaczanej, a poza tym wszystko suche i zwiędłe, a i tak nie przyjmą już nikogo, a na pewno nie z mięsnego, bo tam już obligatoryjnie weganie-hipsterzy i gardzą masarnią. I w panikę Pan wpadasz, bo przecież na benzynę Pan mieć musisz, do tego samochodu, co sobie go Pan kupiłeś, i na kredyty, i na domy, i na wakacje (na których zjadasz to mięso, co je Pan wcześniej na promocji sprzedałeś jakiemuś frajerowi z budy z kurczakiem, co nad Bałtykiem ma „small biznes”, który w sumie też mu nie idzie. Ach… głupio tak w środku wypowiedzi kończyć, ale już się mnie nerw złapał z samego piątku.

Ja Panu mówię, Pan się rozejrzyj po świecie, co tam dają. Może jest jakiś etat na szejka albo może króla jakiegoś? Przecież inaczej, to się nie da po prostu.

Paweł D.

wtorek, 2 lutego 2016

Najważniejsze pytania dnia powszedniego



Szanowny Panie,

długo się nie odzywałem, bo nie miałem za bardzo jak. Ostatnio było na Tahiti, a później była chwila na Majuro (Wyspy Marshala), ale tam z internetem nie była łatwa sprawa, więc nic nie pisałem. W ogóle z tym pisaniem bardzo się nie śpieszę. Postanowiłem skupić się bardziej na przeżywaniu tych ostatnich dni na żaglowcu, niż kleceniu kolejnych zdań. A zatem żyłem atmosferą żeglugi. I niech Pan popatrzy, przez absencję uderzania palcami w klawisze, naprawdę nie wiem jak Panu ten cały rejs opisać.

Spróbuje najprościej. Wstawałem codziennie o 7 rano. Jeżeli nie zmieniliśmy czasu to udawało się mi przed wschodem słońca. Wychodziłem z kajuty, którą nazwaliśmy Szuflandią. Pierwszym widokiem był bezkres. Zazwyczaj zachwycałem się ogromną przestrzenią. Płynęliśmy już czwarty miesiąc, a tu ciągle ocean. Ciągle woda.

Przyznam się, że czasami jednak w ogóle nie zauważałem tego wszystkiego dookoła. Było to tak powszednie. Pod koniec takiego dnia budziłem się jakby z mojej codzienności i mówiłem sobie, hej chłopie zobacz co tu się dzieje, gdzie jesteś, jak to możliwe że tu się znalazłeś.
To niezwykłe, że można przyzwyczaić się do cudów świata, że na kimś mogą nie robić wrażenia takie rzeczy jak na przykład: woda na Polinezji Francuskiej, albo latająca ryba wpadająca na pokład, czy też odgłos wieloryba czerpiącego powietrze w środku nocy, nie mówiąc już o setkach gwiazd na nieboskłonie, wschodach i zachodach słońca na oceanie, pieniącej się fali tuż za burtą.

Ale chyba tak jest z nami wszystkimi. Czy nie jest? Niech Pan popatrzy na swoją codzienność. Na te wszystkie wstawania poranne, szukanie skarapetek, bułka w piekarni, psia kupa sprzątana na ulicy. Szaliki. Mróz czy nie mróz? Skrobanie szyb, czy też nie skrobanie? A potem korek, tramwaj zepsuty, autobus, tłum. Praca. Kawa. Facebook. Kawa. Praca.
Codzienność, niezależnie gdzie i jak, jest zwyczajna. Kompletnie normalna. Taka o której nie ma co pisać, nie ma co się nią chwalić. Oczywiście Pan opanował to świetnie, tak że każde słowo wydaje się właściwe, wzbudza Pan tym mój podziw.
Codziennie wstawałem rano, patrzyłem w morze, jadłem śniadanie w postaci zupy mlecznej, jajówy, ewentualnie chleba z dżemem, podnosiłem banderę w słońcu, zabierałem się za sprzątanie wietnamskich kibli i ogólnych korytarzy, wyskakiwałem na alarmy do żagli, spałem w wolnych chwilach, albo oglądałem filmy. Wielkim wydarzeniem był lunch o 11.30. Czy będzie smakował i czy dostanę dwa kawałki owocu? To było najważniejsze pytanie do południa. Potem miałem zawsze zamiar zabrać się do „roboty”, cokolwiek miało to znaczyć, a kończyło się na chrapaniu w koi. Budziłem się zaśliniony około 15-16. Wtedy siadałem do pisania, co mi zazwyczaj nie szło. Szukałem zatem kontaktu z załogą. Bycie jednak przez tak długi czas w zamknięciu, oznacza czasami potrzebę odizolowania się. Ludzie żyją sobą. Swoimi relacjami, tym czym się teraz zajmują. A zatem plotkują, wymyślają, kłócą się, gadają na siebie. To strasznie nudne z perspektywy lądu, a bardzo zajmujące gdy jest się na pokładzie. W zależności od humoru i nastawienia byłem częścią tych połączonych naczyń relacji, albo też nie brałem w nich udziału.

Popołudniu było tylko jedno istotne pytanie: co jest na kolacje? Kolacja na statku wyglądała jak obiad, podawana była o godzinie 18. A zatem po sutym posiłku znów kładłem się spać i tak do 20.00. Bo o 20 zaczynała się moja czterogodzinna wachta. Czyli musiałem być na pokładzie, zrobić obchód statku itp. itd. A potem spać.

W tej całej codzienności były jednak inne dni. Wielkim wyłomem były święta Bożego Narodzenia. Przez około tydzień przygotowywaliśmy razem z szefem kuchni smakołyki na jeden, góra dwa wieczory. Zabierałem się za to, poza wachtą i trzeba było siedzieć przy garach do późnych godzin. W efekcie nie miałem sił na moje codzienne popołudniowe ćwiczenia. Potem w święta było istne obżarstwo, bo rzeczywiście mieliśmy pyszności. Każdy też kupił prezent w granicach 5 dolarów i losowaliśmy je między nami. Ja dostałem pudełko ciastek belgijskich i dwa lizaki.

Po świętach był Nowy Rok. Mieliśmy spędzić go na Wyspach Marhsala, ale niestety tajfun, który krążył nad tymi wyspami spowolnił nasze dotarcie. Spędziliśmy Nowy Rok na morzu. Najstarszy członek załogi, czyli doktor i najmłodszy członek załogi, czyli jeden z Wietnamczyków mieli bić w dzwon pokładowy po cztery razy. Było odrobinę szampana, fale, ciemna noc. O północy kończyła się mi wachta, więc w Szuflandii zrobiliśmy sobie after party. Napompowaliśmy balony, wypiliśmy po dwa piwka, trochę przekąsiliśmy i poszliśmy o drugiej w nocy spać.





Innym wyłomem z codzienności była kąpiel na środku oceanu przy flaucie. Mimo braku wiatru i zafalowania, ocean buzuje. Wystarczyło wskoczyć do wody, aby przekonać się, że fale wyglądające z pokładu na nic nie znaczące, są w istocie ogromnymi górami, z których spokojnie można byłoby zjeżdżać na saneczkach, gdyby fizyka na to pozwalała. Kąpiel miała swoje zwroty, przede wszystkim niektórzy musieli przekonać się wewnętrzenie co do wskoczenia do wody. Strach przed ogromem, ale też rekinami jest dość duży. Druga rzecz to skoki do wody z bukszprytu. Trochę podkręciliśmy ambicję pana Romana, naszego mechanika i w końcu też skoczył, a że jest już panem o wieku rozsądnym, to zrobił duże wrażenie na wszystkich.

Ląd pachnie ziemią, ogniskiem, mokrą trawą. Te wszystkie zapachy czuć z morza na parę mil i jest to uczucie, które można przyrównać do tęsknoty za miłością życia, matką dawno niewidzianą, kochanką. Słowem coś bardzo bliskiego i ostatecznego jest w ziemi, lądzie i gdy marynarz poczuje ją w nozdrzach to zachowuje się jakby dopiero wtedy świat stanął mu otworem.
Dlatego też tak trudno było nam wytrzymać trzy dni na kotwicy przed wejściem do portu w Wietnamie. Nie mogliśmy przycumować, bo wiało za mocno. Codzienne sprzątanie było koszmare, niektórzy Wietnamczycy popłakali się z tęsknoty za rodzinami, a ja chodziłem jak struty szczur. Tuż na wyciągnięcie ręki był nasz cel podróży, a my nie możemy postawić nogi na lądzie. Chyba nie można wymyśleć gorszej kary dla kogoś, kto nie może doczekać się rodzinnego domu, albo końca wojaży. W końcu jednak zeszliśmy i co się wydarzyło potem, to już inna opowieść.

Ukłony
Stefan W.


czwartek, 31 grudnia 2015

Rok świstaka

Szanowny Panie,

złożę Panu może na początek życzenia noworoczne... Pomyślności! Albo lepiej - szczęścia! Bo wiadomo, że jak się ma pecha, to nic człowiekowi w życiu już nie pomoże.

Zapewne już przygotowuje się Pan do imprezy sylwestrowej i mam nadzieję, że już wkrótce dowiemy się, jak  i gdzie witał Pan rok 2016 (głównie w tym celu odbijam piłeczkę na Pana część stołu).

Rok 2015 zmienił się tymczasem w starca sędziwego i dziś już na wieczny odpoczynek schodzi. Jak to się stało, Pan mi powie? Kiedy? Dopiero co szkrab taki raczkował, a ja wciąż i wciąż myliłem się, wpisując do dokumentów wszelakich czternastkę na końcu. A tu patrz Pan - już go nie ma prawie.
Chcąc nie chcąc zbiera mi się na podsumowania i przyznać się muszę, że nie wypadają one najkorzystniej. Może dlatego, że rok temu zrobiłem sobie całkiem długą listę postanowień. Plany okazały się jednak nazbyt ambitne. Nie wiem czemu - obiektywnie były raczej do ogarnięcia.

Zatem szybkie podsumowanie:
Zmienić pracę - no cóż. Nie. Wciąż biurko to samo i krzesło to samo. Przedwczoraj dzwonił do mnie co prawda jakiś gość, że prowadzi rekrutację i miał propozycję, ale ostatecznie go zbyłem. Lojalność ponad szczęście osobiste - oto moja dewiza! ;) Punktacja: 0

Przeczytać 52 książki. Taaa. Doszedłem do 18 (plus jeszcze zacząłem kilka). Jak na mnie, to i tak nieźle, ale to jakieś 33% zakładanej normy. Czyli jednak... Punktacja: 0

Napisać książkę. Napisałem dwie strony i doszedłem do wniosku, że nie mam na nią pomysłu. Punktacja: 0

Podciągnąć się 50 razy na drążku. W sensie, żeby dojść do poziomu, żeby zrobić to za jednym razem (oczywista sprawa). Nie załatwiłem sobie nawet drążka, więc zakładam, że nie doszedłem do takiego poziomu. Punktacja: 0

Zrobić 100 pompek. W takim sensie, jak  powyżej. To było akurat stosunkowo łatwe i gdybym miał troszeczkę więcej samozaparcia... ale nie miałem. Punkty: 0

Wystartować w maratonie. Nie wystartowałem. Zatem: 0

Być najlepszym zawodnikiem na naszych czwartkowych spotkaniach koszowych. Poziom porażki w tej kategorii podkreśla fakt, iż na ostatniego przedświątecznego kosza przyszedł szóstoklasista - mały i chudy - i robił z nami, także ze mną, co tylko chciał. Punkty 0 (do kwadratu)

Nauczyć się robić tatuaże. No, to był jeden z tych najważniejszych planów. Obiecałem nawet jednej koleżance, że do końca roku jej zrobię dziarę (tak na dobry początek wspaniałej kariery). Koleżanka nowej dziary jednak nie ma (no chyba, że jakoś inaczej to ogarnęła). Ja nawet nie spróbowałem, a mój rozwój w tym względzie skończył się na szkicach ołówkiem (o czym poniżej). Punktacja: 0

Rozrysować się. W sensie - tak konkretnie. żeby były fundamenty pod te tatuaże. Plan był taki, żeby codziennie robić przynajmniej ze 3 szkice. Zrobiłem może ze 30, ale tak ogółem przez cały rok. Panna J. mi ogarnęła na wiosnę lekcje rysunku i to było ekstra, ale jak od września już sam miałem się zapisać na nowy semestr, to tu kończy się grudzień, a ja nadal na zajęcia nie chodzę. Oczywiście jest wiele trudności (a jakże). Punktacja: 0

Pójść na operację nosa i zacząć oddychać jak człowiek. Pracuję nad tym, ale bardzo powoli. Po trochu to oczywiście wina naszej służby zdrowia, ale czy tak do końca, to pewnie nie... Wielkie zero wygląda tak: 0

Rozkręcić jako dodatkowe źródło zarobkowania mały handel płytami winylowymi (tak bardziej dla przyjemności, niż dla kasy - no, żeby na piwo było od czasu do czasu). Stan sprzedanych płyt na rok 2015 - oczywiście: 0

To pierwsze 11 postanowień, które przychodzi mi do głowy (było ich więcej i nawet je spisałem, ale nie mam teraz tego pod ręką). Zakładam jednak, że gdyby coś się udało, to bym pamiętał. Nie mniej wynik końcowy, z tego co tu mamy: 0/11.

Cóż, nie było jednak gorzej niż w 2014 czy 2013, ani też 2012 i 2011. Raczej trzymam poziom.


Może na 2016 ogarnę sobie jakiegoś trenera osobistego, co? ;)

A Pan jak widzi ten dogasający rok?

Paweł D.

PS. No i zapomniałem o najważniejszym. Miałem regularnie na Fangę coś wpisywać. Tak przynajmniej ze 3, 4 razy w miesiącu. Sierpień 2015 r. był pierwszym miesiącem w historii FWN bez żadnego (!) wpisu. Tak, tak - i już mamy 0/12.

czwartek, 17 grudnia 2015

Dzień świstaka

Szanowny Panie,


wstaje codziennie o piątej rano. Budzik dzwoni. Mam się podnieść, bo od piątej do ósmej piszę. Otwieram oczy i widzę wschód słońca. Kładę się na chwilkę. Obiecuję sobie, że dosłownie momencik. Śpię. Budzą mnie o 7:20. Za dziesięć minut śniadanie, potem bandera, wachta. Nie ma czasu nawet mieć do siebie pretensji, że po raz kolejny nie dałem rady.

Za burtą błęktine wody Polinezji Francuskiej. Tuż obok brzeg atolu Fakarava, drugiego co do wielkości archipelagu Tuamotu. Wygląda jak mierzeja Wiślana, albo lepiej Helska. Tylko że nie przyłączona do lądu, a zwyczajna łacha piachu na oceanie, do której przyczepiły się kokosy, wypuściły korzenie, wyrosły palmy. Podejrzewam, że właśnie tymi korzeniami te atole się trzymają, no i może jeszcze tym, że leżą dobrze obsadzone rafą koralową, która chroni je przed bijącą falą. Drzew jak wszystkiego innego jest bardzo mało. Miękka woda. Jakby miał Pan zanurzyć się w poduszkę pierza. Cieplutko i przyjemnie. Wystarczy włożyć głowę pod lustro i dojrzy Pan setki rybek.
Wszystko jest wąskie, ciasne i niepewne. Są tutaj atole, które ocean zalewa i potem nic po nich nie ma, a były siedliskami ludzi. Archipelag biało-zielonych półksiężyców, zdobytych przez polinezyjczyków. Wygrali oni z naturą, pokonali ją i dopłynęli na czółnach, małych katamaranach do każdego z nich. Zasiedlili na oceanicznej łasce.

Wachtę zaczynamy od sprzątania, a raczej nadzorowania Wietnamczyków. Nie bardzo chce się im machać szmatą. Nie dziwię się, ale też nie ma wyjścia. Siedzę więc nad nimi i sprawdzam czy kible są czyste. To samo robiłem wczoraj i przedwczoraj i jeszcze wcześniej. W zasadzie cały czas sprawdzam te kible, a potem maszty, później maluje, odrdzewiam, w między czasie wysłuchuje zdań różnych ludzi na różne tematy. „Codziennie” to nie jest dobre słowo. Tutaj nie ma czasu tu jest zawsze to samo, taka sama rzeczywistość. Słońce, chmury, woda.

Natava został odkryty przez Magellana w 1520 roku i przez jego ludzi nazwany Wyspami Rozczarowania. Nic na nim nie ma. Odkrywca płynął przez Pacyfik pięćdziesiąt dni. Skończyły się zapasy jedzenia. Pożywiali się skórą maczaną kilka dni w słonej wodzie. Jak znaleźli szczura to dwóch się o niego pozabijało. Woda - żółta zupa. Dziąsła bolą. Trupy od razu wyrzucają do morza. Bo choroby, ale przede wszystkim Magellan chce ludzi uchronić od grzechu kanibalizmu. Dopływają do Natava i tam nic nie znajdują. Żadnego pożywienia, ani nawet kropli słodkiej wody. Porażka.

A po wachcie jem lunch, bo tu nie ma obiadów. Potem prysznic i na chwilkę kładę się spać. Tylko momencik, aby poczytać książkę. Śpię. Zrywam się o 16. Coś słodkiego. Mam mało, więc sobie dzielę, aby starczyło do następnego portu. Po ubywaniu słodyczy poznaję, że to kolejny dzień, kolejne 250 mil morskich za mną. Wszystko inne takie samo.
Puka Puka. Ma trzy kilometry kwadratowe i 600 mieszkańców. Niestety nie zatrzymaliśmy się. Zwyczajem jest to, że co wieczór młodzież spotyka się na jednej z plaż i oddaje miłości. Kochają się w blasku księżyca i gwiazd. Śpiewają. Bo miłość to zabawa. Bo nie ma tabu. Każdy z każdym. Nie podchodzą do tych spraw jak pies do jeża.  Seksem należy się cieszyć. Ale my płyniemy obok.

Jeden za drugim atol. Widać je na GPS, bo ledwo wystają z wody więc okiem nie dojrzy Pan. Jest noc. Ja już po pisaniu popołudniowym, oglądaniu filmu, kolacji. Teraz czeka mnie półtorej godziny ćwiczeń cielesnych. Schudłem do 89 kilogramów, czyli sześć kilo mniej niż gdy się mustrowałem.  Tyle ostatnio ważyłem na początku studiów. Chłopaków jeszcze nie ma. Na pokładzie dudni tylko wentylator, są gwiazdy. Orion jest nad horyzontem, gdy skończę wachtę będzie na środku nieboskłonu. Po godzinie wychodzi Krzyż Południa. Widać też Byka, Syriusza i Plejady. Reszty nie poznaję. Słyszę oddech wieloryba. Tuż przy burcie się wynurza i prycha. Potem wraca w czeluści.

Fangataufa. Francuzi zrzucili na wyspę bombę wodorową. Ci idioci chcieli być tak silni jak reszta idiotów z bombami atomowymi. Rozwalili piękną wyspę. Leży poniżej równika, tak że z perspektywy Francji, nie ma możliwości jej dostrzeżenia. I tak już tam pływać nie można. Prawie dwieście razy próbowali tych bomb na tej wyspie. Aż 10 lat temu dali sobie spokój.

Kładę się kwadrans po dwunastej w nocy. Sprawdzam czy jest nastawiony budzik na piątą rano. Mam się obudzić, aby od rana pisać.

Rapa iti. Marc Libin z Bretanii jako dziecko miewa sny w dziwnym języku. Uczy się go na jawie. Naukowcy nie wiedzą co to za język i nie potrafią go zlokalizować. Gdy ten jest już po 30-tce wpadają na pomysł, aby Libin napił się piwa z marynarzami w ich tawernach. Tam robi przedstawienie i mówi w języku ze snów. Jakiś barman, stary marynarz, twierdzi że słyszał podobny dialekt na Polinezji. Wskazuje nawet kobietę, która mieszka niedaleko tawerny, a pochodzi z jednej z takich wysp. Okazuje się, że język Libina to język Rapa z wyspy Rapa Iti. Marc przeprowadza się z kobietą na atol, by posługiwać się swoją niezwykłą mową.

Budzik dzwoni o piątej rano. Wstaje, ale kładę się ciężko na poduszkę. Poleżę jeszcze chwilę. Wstanę zaraz. Momencik. Budzą mnie o 7:20 na śniadanie...

Fakarava. Wpływa się w wąską cieśninę tylko przy wysokiej wodzie. Atol tworzy zamknięty prostokąt o długich bokach. Jest lotnisko, jest droga a na niej samochody. Domy mają ogrody, płoty i bramy. Dzieci jeżdżą po jednej drodze, pomiędzy dwoma kościołami: chrześcijańskim i mormonów. U tych drugich garnitury, sukienki, powaga. Ci pierwsi na luzie, na dworzu, a nie w dusznym kościele. A niektórzy nawet w wodzie słuchają mszy i piją piwko. Śmieją się. Widzę kwiaty, kokosy, jest boisko do koszykówki i tam można złapać internet. Pracownicy miejscowego lotniska wyszli na przerwę i piją w porcie, grają na mandolinie własnej roboty i bębnie ze stroną z kosza na śmieci. Zapraszamy ich na nasz pokład. Dają tam koncert.

Śniadanie o 7.30 są naleśniki. Czasem Grzesiu nas rozpieszcza.  O 8 spotykamy się na banderze, a potem wachta. Cztery godziny pracy.

Tutejsze małże wytwarzają czarne perły. Są całe ich hodowle. Drogie po 250-150 euro. Mam dwie półlitrówki czystej ze sobą. Moja nadzieja na to, że uda się mi wymienić na te perły. Kończę. Teraz moja kolej zejścia na ten atol.


Trzymaj się Pan.

Stefan W.


sobota, 5 grudnia 2015

Ktokolwiek wie...

Szanowny Panie,

może i trochę mam wyrzuty sumienia za tego esemesa (esemesy) lub za jego (ich) brak, ale nie znowu, że jakoś przesadnie. To chyba bardziej kwestia medium. Esemes jest niezobowiązujący i tak ja go odczuwam. Przez co jakoś bardzo często czytam tak na szybko i myślę, że odpiszę zaraz lub później, a nie odpisuję wcale.  I ja niby wiem przecież, że tam ktoś jest po drugiej stronie, kogo nazwać należy stroną dialogu, ale trochę tak mam poczucie, jakby to sam telefon jakiś tekst z siebie wyrzucał, ot tak. Nie mniej - przepraszam. To jest jednak nieładnie na pewno z mojej strony. Przy okazji przeproszę może Pańskiego brata Aleksandra, bo też mu ostatnio nie odpisałem, a może to przeczyta... No każdy ma jakieś wady, nie? Pan na przykład nie ma fejsbuka, a założę się, że i snapchata też. Jakby Pan miał, to może nie musiałby Pan tylu tych esemesów pisać (przecież to średniowiecze). O!

Co do tych Pańskich teorii, to właśnie widzę tu wpływ Zorby. Jakieś na impresjach zbudowane trochę. Jakby nici pajęcze. Niby materiał mocny, struktury gęste, ciekawe, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że jak wlezie w to jakiś muł właśnie - osobnik wielki, ciężki - to zerwać je może bez wysiłku większego.  To nie krytyka bynajmniej. Dawno już odkryłem, że z Zorbą wiele Pana łączy (czemu wyraz nawet na Fandze dałem), dlatego nie dziwi mnie to, że ten jego pogląd na świat, sposób odbioru pewnych zjawisk i budowania sobie w reakcji na nie życiowej filozofii z pewnością wydać mógłby się Panu słusznym, a przynajmniej pełnym uroku. Chociaż urok odnajdzie tu pewnie wielu, łącznie ze mną. Ilu jednak będzie w stanie pójść za nim? Garstka. Przyszło mi na myśl słowo "idealiści", ale nie umiem nawet stwierdzić, czy jest zasadne. Chyba z wiekiem powoli głupieję, bo coraz trudniej mi widzieć rzeczy jasno i klarownie. Tym bardziej trudno mi jakoś wspiąć się na taki poziom, żeby podyskutować z Panem na temat grzechu na przykład. Na marginesie muszę jednak zaznaczyć, że wypowiedź - Dobę nam tu lało, a że jest nas ponad sześćdziesiątka facetów to i grzechów się zebrało. Naturalna sprawa - jakoś bezwiednie przywodzi mi na myśl film "Brokeback Mountain". Widział Pan? Uważam, że bardzo dobry.

Wracam jednak do Zorby. Na chwilę. Bo chociaż Pan piszesz niby o nim prawdę samą, to jednak - o ile dobrze pamiętam, a film nie wypaczył książkowego obrazu tej postaci za bardzo - było w nim przecież to nieszczęście ukryte, a zachowania jego jawiły mi się często jako kompulsywne, tak charakterystyczne dla ludzi, którzy coś zagłuszają, czy zagłuszyć próbują. Jak Pan już przeczyta do końca, to niech Pan mi napisze, czy on był szczęśliwy w ogóle.

Ech. Boję się, że Pan może odebrać to moje paplanie jako pesymistyczne. Bo i Greka chcę uziemić, skrzydła mu podciąć.  Ale nie chcę, nie chcę. Niech sobie Grek lata.  W Pańskich teoriach - niech Pan nie myśli - też kłamstwa nie węszę. Nawet naiwności - wszak proste rozwiązania są najbardziej skuteczne. Prawdopodobnie. Raczej. Może. Chyba. Pod pewnymi względami. Z pewnego punktu widzenia. Biorąc pod uwagę...  Tak. Nie czepiam się Pańskich teorii. Po prostu jakiś teoretyczny rozgardiasz mnie dopadł. Krążyłem i krążyłem, podrastałem, dojrzewałem, coś tam czytałem, czegoś tam się uczyłem i ostatecznie jestem durny. Nie, że to jakieś wielkie odkrycie albo że jakoś mnie to boli szczególnie. To znaczy boli. W pewnym sensie (a jakże). Bardziej jednak wydaje się męczące po prostu. Czuję się ofiarą społeczeństwa informacyjnego albo po prostu ery informacji wszędobylskiej acz niepewnej. Nie wiem, czy Pan mnie zrozumie, bo to po części z tym fejsbukiem, co to go  Pan nie ma, jest powiązane. Proszę jednak nie tryumfować w myślach, bo to że Pan udajesz, że tego nie ma, to nie znaczy, że tego nie ma.  W celach badawczych mógłby Pan tam kiedyś zajrzeć. Jest to żywy obraz tego, jak wielkim pierdolnikiem może być istota zwana człowiekiem (może dlatego jest to ciekawe - nie wiem). I nie też zaraz, że widzę to źle. Dla badaczy zjawisk społecznych pewny raj. To, co mnie w tym boli, jak i w całym internecie i mediach współczesnych, to mniej więcej to:


No tak - wszyscy są kurwa mądrzy. Same tęgie głowy. I nie chodzi mi tu tylko o ISIS, Syrię, terroryzm, czy Islam. To tylko jaskrawy przykład. Panie, ja podejrzewam jednak, że to nie jest możliwe, żeby ludzie byli tacy pewni wszystkiego, a ja taki z dupy zupełnie niepewny niczego.

A w ogóle to ma Pan jakiś pogląd na politykę imigracyjną Polski na przykład? Czy nie zajmują Pana wcale takie rzeczy obecnie?

Paweł D.

niedziela, 22 listopada 2015

Pod postacią mułów



Szanowny Panie,


leje. Ale jak pada? Ja już dawno czegoś takiego nie widziałem. Coś jakby pod niebo podwieszono ogromny dzban wody i jakiś łobuz zrobił w nim kilka dziur na brzegu. Dzban wisi na sznurku i się buja, bo raz chlasta wodą jakby ktoś strzelał z karabinu maszynowego, a raz pada, ale mniej. No i tak już dwudziestą czwartą godzinę. Kapitan zły chodzi, bo on jest zły, gdy ma wrażenie, że my się obijamy. A przecież deszcz, to i szklana pogoda. A zatem robotę nam znaleziono, czyli szycie. Nie dla mnie, bo nie znam się na tym zbyt dobrze, zostawiłem sprawę koleżance, która potrafi i ma cierpliwość do igły.

No i po wachcie. Głodny jestem jak wilk. Obiad za dwie godziny, będzie smażony z warzywami ryż. Staram się zapchać masłem orzechowym i herbatą bawarką. Masło orzechowe jest słodkie i słone zarazem. Znaczy pyszne. Sam Pan rozumie. A może nie? A może to już moje rozumienie, które chcę Panu narzucić. Ale trzymając się chronologii myśli, herbata bawarka kojarzy się mi z naszym kolegą Bartkiem G., który w takich herbatach gustował. Ciekawe co u niego? Napiszę do niego smsa. Nie odpowiedział, może Pan mi doniesie? Chociaż nie mogę na Pana liczyć, bo nie odpowiada mi Pan na moje smsy dotyczące swojej osoby. Trochę Pan się obronił tym wpisem fangowym, ale musi Pan wiedzieć, że było mi przykro. Sumienie Pana nie rusza? 

Wracając do deszczu. Woda z nieba, nie powie Pan, ale ma moc oczyszczającą. To chyba boski zamysł, aby w ten sposób grzeszników z ich piekielnych myśli i czynów rozgrzeszyć. Jakbym był Bogiem, tak bym sobie to obmyślił. Wyobrażam sobie, że rodzic kocha swoje dziecko bezgranicznie, co dopiero Bóg. Pozwolił się nam rozmnożyć na ponad siedem miliardów, musi brać odpowiedzialność za całe plemie. Nie będzie nas rozliczał z groszówek, trochę pogrzeszymy, poużywamy życia, co z tego? Żeby mieć jednak czyste sumienie, wymyślił deszcz, starczy na niego wyjść, gdy się ma myśli pełne psot, a na karcie uczynków, kilka małych i większych grzeszków i już jest się czystym. Ja tak przynajmniej robię. Gdy trochę więcej nagrzeszę, wychodzę sobie dłużej na deszcz, gdy mniej tylko na chwilę, aby stać się wilgotnym.

Dobę nam tu lało, a że jest nas ponad sześćdziesiątka facetów to i grzechów się zebrało. Naturalna sprawa. Ale przecież deszcz nie dotyczy tylko ludzi. Wie Pan, że przepłynąłem cały ocean i morze Karaibskie. Żadnych wielorybów, choćby delfinów... Kpina. A jak tylko zaczęło lać, jak sobie popatrzyłem na wodę od razu zobaczyłem i delfiny, i łeb walenia. Wyszedł pyskiem do góry. Walenie mają bardzo udane podbródki. Jakby nie miały nic przeciwko, bym podrapał jak kota po karku. Waleń zatem wyszedł pyskiem nad wodę, mój pierwszy raz z tym ssakiem. Dotychczas widziałem tylko ogony, nigdy łba. Wyszedł na deszcz, by oczywiście oczyścić się z grzechów. Tylko czym taki zwierz może grzeszyć? Zabójstwem, kradzieżą, pychą, cudzołóstwem, tchórzostwem? Jestem pewien, że może jakąś formą tego ostatniego przewinienia. Taki waleń i zresztą każdy zwierz poczucie mieć winy może tylko i wyłącznie z powodu straconych szans. Grzech rodzi się nie w sumieniu, ale w brzuchu. No bo jeżeli jesteś głodny, masz do siebie żal, że nie zjadłeś gdy miałeś 
okazję. 

Ludzie nie są zbyt mądrzy, gdyby byli, nie komplikowaliby tak spraw na świecie. Głodny więc jedz. Zmęczony więc śpij. Zakochany więc kochaj. Zły więc nienawidź. A nie, że jedzą o konkretnej godzinie, nie śpią gdy mają ochotę, itd. Waleń miał pewnie do siebie pretensje, że się nie najadł, wyszedł na deszcz, żeby z tego grzechu się oczyścić i już więcej głupot nie popełniać. Taka jest moja teoria. Oczywiście, że nie jest najlepsza i może trochę pogmatwana...

Przyznam się szczerze, że nastroiłem się do tworzenia teorii. Przyczyną jest Grek Zorba. Czytam sobie książkę. Ma dobre i słabe momenty, ale wszystkie niuanse przyćmiewa postać Zorby. Mieć takiego bohatera w głowie, albo spotkać w życiu, marzenie. Zorba jest piękny. Bo on chwyta ten świat i go nie puszcza. Trzyma się tej ziemi, tych krągłości, kantów. Czerpie z nich. U niego nie ma duchowości. Jest duch. Działa, gra, kocha, zdradza, pracuje, całym sobą czerpie z życia.
Wie Pan, że ja zbieram bajki? Uważam, że jak ktoś potrafi opowiedzieć mi bajkę to należy takiemu komuś poświęcić parę chwil dłużej. Dlatego tak długo czytam tę krótką książkę. Historie Zorby są jak bajki, więc staram się je sobie dawkować.

„Kiedy przemierzałem jako domokrążca Saloniki, często zdarzało mi się odwiedzić dzielnice tureckie. Mój śpiew oczarował pewną bogatą muzułmankę do tego stopnia, że straciła sen. Zawołała starego hodżę i w jego dłonie nasypała złotych monet: - Aman – mówiła do niego. – Zawołaj Greka domokrążce, niech tu przyjdzie. Aman, muszę go zobaczyć. Nie mogę już dłużej... Hodża odszukał mnie i rzekł: - Chodź ze mną grecki młodzieńcze! – Nie pójdę! – Zaprotestowałem. – Dokąd chcesz mnie prowadzić? – Córka paszy, czysta jak źródlana woda, oczekuje cię młodzieńcze, u siebie, chodź! Ale ja wiedziałem, że nocą zabijano chrześcijan w tureckich dzielnicach. - Nie pójdę! – powtórzyłem. – Czyżbyś nie bał się Boga, giaurze? – Dlaczego tak mówisz? – Zapytałem. – Bo wiedz, młody Greku, kto może połączyć się z kobietą i nie uczyni tego, popełnia wielki grzech. Jeśli ona wzywa cię, abyś dzielił z nią łoże, a ty odmawiasz, duszę swoją skazujesz na zgubę. Kobieta będzie tęskniła do dnia sądu ostatecznego, a jej westchnienia pchną cię do piekła, choćbyś był nie wiem kim i nie wiem jak wiele dobrego uczynił. – Zorba westchnął. – Jeśli istnieje piekło, pójdę tam nie dlatego, że kradłem, zabijałem czy cudzołożyłem. Nie, nie! Wszystko to mi dobry Bóg wybaczy! Znajdę się tam, ponieważ tamtej nocy kobieta oczekiwała mnie w swoim łożu, a ja nie przyszedłem.”

Samo życie. Nie korzystanie z możliwości, które dobry Bóg podsuwa pod sam nos, jest po prostu grzechem nie do wybaczenia. Nie mówiąc oczywiście o kobiecej naturze, której zadanie takiego smutku, jest równoznaczne z siarkami piekieł. A jeżeli piekła nie ma? Może jest tak, że dusze ludzkie wracają po śmierci na Ziemię. I w zależności od tego kim byli, tym są w kolejnym życiu? Na to pytanie Zorba też ma odpowiedź.

„- Gdyby było to możliwe, wszyscy mężczyźni, którzy wyłamali się ze służby – nazwijmy ich dezerterami z frontu miłości – wróciliby na ziemię, wiesz, pod czyją postacią? Pod postacią mułów!”

Oby te piekło jednak istniało, bo już lepiej takim typom, aby znaleźli się w kotle niż jako muły pasali się po trawnikach wsi. A może my też tacy jesteśmy? My dwaj? Proszę niech Pan zrobi rachunek sumienia. Ratujmy się w razie czego. Nie jest za późno. 

Ukłony

Stefan W.

P.S.
Nie mam dla Pana zdjęć z bulaja, bo nie było czego fotografować. W zamian wrzucam dwa zdjęcia z dwóch wysp. Pierwsze jest z Gran Canarii, a drugie z Wysp Świętych koło Gwadelupy na Karaibach. Przy tym widoku wyłem do nieba, to bardzo zdrowe i oczyszczające wyć do nieba, kwestia poczucia szczęścia.
A tych trzech rycerzy, to oczywiście El Grande, pierwszy oficer, Grzesiu, kuk no i ja. Wracamy z plaży, na której trocheśmy wypili, obserwowali startujące samoloty i ukryli skarb dla przyjaciela, który przypłynie na tę wyspę w okolicach lutego.