środa, 4 października 2017

Żywy język

Szanowny Panie,

ten list może wydać się obrzydliwy, ale cóż… Dzień zaczynam od charczenia. Nie tyle pojedynczego, ale istnej charczej orkiestry. Nie moich, a tutejszych Flapów – jak niegrzecznie nazywają ich niektórzy, Małych – jak mówią inni, czy też Zwierzaków – co jest już dla mnie zbyt obraźliwe. Proszę tylko tą poranną, gardłową serenadą nie nastrajać się źle do moich Filipińczyków tutaj, ale muszę przyznać, że jest to coś niezwykłego. Istnieją różnice kulturowe, ale że zaczynają się od mycia zębów, świadczy o głębokich różnicach... Międzyludzkich. No bo czego można by oczekiwać od szczotkowania kości w ustach: kółeczek, góra-dół, dokładności. Można dodać nitkowanie. Z dzieciństwa pamiętam piosenkę Fasolek Szczotka, pasta, kubek. Szło tak: Szczotko, szczotko hej szczoteczko, zatańcz ze mną, tańcz w kółeczko W prawo, lewo, w lewo prawo. Po jedzeniu kręć się żwawo itd. Można zastanowić się czy po wszystkim nie wypłukać jamy ustnej specjalnym płynem. No a tutaj okazuje się, że mycie zębów w wyspiarskiej Azji wiąże się z wyciąganiem z dna duszy flegm nocy.

Proszę sobie wyobrazić siebie przy porannej obdukcji. Myciu rąk, twarzy, goleniu, nakładaniu na siebie kremu Nivea. Proszę sobie wyobrazić zapachy łazienki miłe i przyjemne, związane z mydłami, szamponami, odżywkami. I nagle pojawia się sąsiad, który zaczyna charczeć jak zarzynany świniak. A zaraz drugi, też charczący. I trzeci, czwarty. Od 0630 do 0730 rano cała łazienka zbiera flegmę w sobie i wyrzuca z siebie do jednego, długiego, żelaznego korytka umywalki. Dodaj Pan do tego dwa prysznice, które też charczą, bo Azjaci nie różnią się od Europejczyków i też lubią myć zęby biorąc prysznic: charki, chareczki, flegmy, gluty.

Czytałem, że gdy ludzie żyją jeden na drugim, automatycznie zmniejszają swój obszar komfortu. Na przykład zamknięci na wyspie Japończycy. Żyją w cienkich ścianach, niemal papierowych. Przez co głusi są na odgłosy nocy sąsiadów, poranne obdukcje sąsiadek. A weźmy z drugiej strony Amerykanów na bezgranicznych preriach. Ich komfort to zakres działki w Teksasie. Broń Boże abyś wszedł Pan nieproszony na ten teren. Przekleństwa mogą być częste, Psy mogą być szybkie, kule są szybsze i częstsze. No ale ja jeszcze nie zmniejszyłem na tyle mojego poczucia komfortu, dlatego wstaje wcześniej do mycia. Chcę mieć ciszę.

Sam początek… Charczenie. Ale później, w ciągu dnia pracy jest mnóstwo świstów, gwizdów, kliknięć, klapnięć, siorbnięć, mlaśnięć, szczebiotań, szemrań. Gdy mówią mi bym chwycił linę to podnoszą brwi do góry i cykają. Gdy chcą powiedzieć, że trzeba ubrać się inaczej do tej pracy (mamy dwa stroje: niebieski i biały) to cmokają i wywracają gałkami ocznymi. Smarknięcie może oznaczać: uważaj przesadzasz, albo to zabawne. Gulgotanie to rechotanie. Pykanie to pośpieszanie.

Komendy najczęściej kojarzą się z wojskiem, ale jak Pan pamięta w żeglarstwie też istnieją. Słyszał Pan pewnie ode mnie Prawy foka szot luz, a zaraz potem Lewy foka szot wybieraj/wybierz. Tu też istnieją, ale w ustach filipińczyków brzmią (po tłumaczeniu): firlilirli reja w bumdumdół, albo yabada maszt atak. Są tu wszystkie szukatubatum sztaksle staw, jajaj gordingi chwytaj. Jakbym miał szukać języka żywego to właśnie wśród nich. Nie służy on jedynie posępnym zasadom gramatyki, interpunkcji i składni. Jest pełen szczebiotań, przeciągłych ziewnięć, zaśpiewów. Dźwięki wydawane są na wdechu i wydechu, i jednocześnie też. I że też się w tym nie gubię. Odnajduję się. Rozumiem. A nawet sam zaczynam używać. Są tutaj ludzie, z którymi porozumiewam się w zasadzie tylko za pomocą onomatopei. Ktoś przechodzi i krzyczy ajajajajjjj i za nim wszyscy ajajajjjj. I o co chodzi? Nie mam pojęcia.




Ukłony

Stefan W.

wtorek, 26 września 2017

W razie potrzeby, zbij szybkę



Szanowny Panie,

pokazałem ostatnio koleżance w pracy zdjęcie Antoniego, na którym jest razem z Panem - to co mi Pan je wysłał komórką (na żaglówce). Koleżanki pytają, kiedy Pan wraca? Zwłaszcza jedna.  Prosiła przekazać, że jest zainteresowana. Przekazuję zatem.

A żeby Pan się tam na morzu zupełnie od ziemi nie oderwał, to w telegraficznym skrócie…

Z Polski. Pan Prezydent przedstawia własny projekt ustawy o Sądzie Najwyższym. Alternatywa dla pomysłów PiS? Chyba nikt w to nie wierzy, ale w zasadzie, to mało kto wierzy, że ma to jakiekolwiek znaczenie. Wszak po drugiej stronie barykady stoi leży PO.  Stracimy zatem sądy! Cokolwiek to znaczy. Polska pogrąża się w chaosie dezinformacji, nadinformacji, postinformacji. Kowalski budzi się szarym świtem i nie wie, czy ma iść do pracy, czy ruszyć pod Wiedeń. Kowalska idzie na czarny marsz, a ląduje na miesięcznicy smoleńskiej, gdzie spotyka zabłąkanego Ryszarda Petru. CBA wpada do mieszkania 52-latka z Płocka, wywleka go z mieszkania, przewozi do Częstochowy, po czym orientuje się, że to nie ten człowiek. Polacy zarabiają za mało – twierdzi Rafał W. (ur. 1982 w Myszkowie).

Ze świata. Angela znowu górą (no ale to Pana na pewno nie minęło). W tych samych wyborach sukces (trzecie miejsce) odnotowało także skrajnie prawicowe AfD. Dzień później wywalili babę ze stołka przewodniczącego (mimo, że miała piękną czarną grzywkę zaczesaną na boczek). Tymczasem papież Franciszek został oskarżony o szerzenie herezji przez grupę katolickich myślicieli i duchownych. Na oskarżenie jeszcze nie odpowiedział. Pewnie lepiej, żeby sam zrezygnował. Cóż, nawet Antek wie, że był tylko jeden Ojciec Święty – papież Jan (tak mówi Antek). W Kurdystanie referendum niepodległościowe. Może w końcu doczekają się własnego Państwa?

Z domu i podwórka. Irmina wypadła wczoraj z wózka i nabiła sobie guza. Byliśmy w szpitalu -  na szczęście wszystko raczej ok. Antek nie chce chodzić do przedszkola. Trochę się nie dziwię, jak tak się stykam z tą placówką. Może jestem przewrażliwionym rodzicem, ale może w niektórych miejscach czas płynie wolniej, niż w innych, bo pachnie tam PRL-em. Zresztą w ogóle zamykanie dzieciaków, w jakimś budynku na większość dnia wydaje mi się raczej okrutnym wymysłem. Refleksja jest taka, że dzieci słoików (czyli przecież mówimy o większości warszawskiego gówniarstwa), to mają jednak przerypane trochę. Taki trzylatek, czy nawet dwulatek musi wstawać w tygodniu na sygnał budzika, zupełnie jak dorosły. Ubierać się, czy mu się chce, czy nie. Nie może się pokręcić w pidżamie i szamać czegoś na spokojnie, tylko „szybko, szybko” i „dawaj, dawaj”, bo „już późno”. Na co późno niby, dla takiego smarka? Cały czas świata ma jeszcze przecież. Doceniam dzieciństwo u boku dziadków. Rodzice szli do pracy, ale ja tego nawet nie rejestrowałem. Wstawałem, kiedy chciałem. Szedłem na dwór, kiedy miałem ochotę. Robiłem, co mi się żywnie podobało. Żadnych komend, żadnej nauki. Przecież to w sumie chore, że trzylatek ma się czegokolwiek uczyć. Powinni ich wyganiać na plac zabaw na cały dzień i tylko może przypilnować, żeby się nie pozabijały. Tymczasem w przedszkolu…

7:30-8:20 – dzieci się zbierają;
8:20 – dzieci myją ręce;
8:30-9:00 dzieci jedzą śniadanie;
9:00 – 10:30 zajęcia grupowe (dzieci mają nawet podręczniki!!!);
10:30-11:00 dzieci zbierają się do wyjścia na dwór (jeśli jest przyzwoita pogoda oczywiście);
11:00-11:30 dzieci krzątają się po placu zabaw (nie za szybko, żeby się nie poprzewracały);
11:30-12:00 dzieci wracają z placu zabaw i się przebierają;
12:00-12:30 dzieci jedzą obiad;
12:30 – 14:00 dzieci odbywają obowiązkowe leżakowanie (wszystkie dzieci leżakują! – dostaliśmy maila nawet z takim pogrubieniem i podkreśleniem);
14:00-15:30 dzieci nudzą się indywidualnie (nie ma już wychowawczyni, więc o wyjściu na dwór nie może być mowy);
15:30 -16:00 dzieci wpychają w siebie podwieczorek;
16:00-17:00 odbiór dzieci za pokwitowaniem.

Ciężko oprzeć się wrażeniu, że głównie to żrą i leżą, czyż nie? Dobrze chociaż, że Antek ma apetyt.

Wiatr, las, skok, bieg, deszcz. Sami robimy z siebie niewolników Panie Stefanie – nie potrzeba nam do tego żadnej zewnętrznej siły.  Żeby wyjść z domu i po drodze wyrzucić śmieci, muszę pięć razy użyć klucza. Pięć razy! Żeby zejść do własnej piwnicy po cokolwiek i wrócić do mieszkania, musze użyć zamka siedem razy! Nie wychodząc nawet z budynku. Na skróty już przez podwórko mało które przejdę, bo wszystko pogrodzone. Na około trzeba łazić, miasto tylko z gęby się zna, bo tylko na fasady się człowiek patrzy. Dziesiątki kodów należy zapamiętać. Chów klatkowy.

Czy w tym autobusie jest jakiś młotek?

Pozdrawiam,
Paweł D.

niedziela, 24 września 2017

Tylko Kraby

Szanowny Panie,

statek jak zegarek. Dziesiątki elementów, sektorów działa niezależnie. Bo co ma wspólnego rejon dajmy na to odpowiedzialny za maszty z barem? Albo pralnia z restauracją? Niekiedy jest do siebie bliżej jak np. zmywarki z kuchnią, czy też maszynownia z elektrownią. No ale każdy sektor i tak działa na swój rachunek. Jest dosłownie jak w mieście. Biuro projektowe i księgowe. Notarialne i bar. Filharmonie i kluby. Teatry i biznes. Kościoły i gazety. Tylko, że tutaj wszystko na znacznie mniejszej powierzchni. A przez to znacznie większą rolę pełnią korytarze - ulice żaglowca. Niezależne sektory działania połączone są korytarzami, niczym arteriami życzeń, zadań do wykonania. Muszę przygotować łodzie, a tam trzeba ręczników, aby było wygodniej i schludniej. Idę do pralni. Znajduje się na dnie statku. Ciężkie drzwi. Para i wilgoć uderzają w ciało. Muzyka odrzuca na kilka centymetrów. Wszystko jest głośne. Ludzkie twarze, mięśnie. Wiatraki furkoczą. Jest tam dziewczyna drobna jak zabawka. Laleczka. Jest tam facet z poskręcaną twarzą, wiecznie uśmiechnięty. I młody szef, który cały czas prasuje. Ma kitkę na głowie. Stoi boso.



Albo potrzebuję wylać zaolejoną wodę. Idę do maszynowni. Wielka. W takiej jeszcze nie byłem i chociaż zdaję sobie sprawę, że w zasadzie to jest mała, w porównaniu z tymi ogromnymi statkami handlowymi, mnie się wydaje za duża jak na żaglowiec. Są tam korytarze i taka mnogość schodów jak na pewnym obrazie, albo filmie Labirynt z Davidem Bowiem. Inżynierowie tam wiecznie dłubią i mimo pracy w smarach są przerażająco czyści, zresztą sam dział jest wyjątkowo schludny. Najłatwiej zaobserwować kucharzy. Kuchnię mają na środku statku i czasem mam wrażenie, że cała jednostka została dobudowana wokół ich garnków i patelni. Praca tam się nigdy nie kończy. Cały czas słychać garnki, ubijaną pianę, lepione przysmaki, układane ciasta. Są kucharze od śniadań, sosów, załogi, Ci co gotują dla Filipińczyków. Tacy co to ą, ę. I ci zwykli co przybijają grabę, gdy się koło nich przechodzi. Szef kuchni po pracy zawsze gra w szachy z pomywaczem. Nazywamy go Kasparowem. Pomywacza nie szefa. Bo nikt na statku nie jest z nim w stanie wygrać w grę królów.



Życie na żaglowcu płynie swoim rytmem. Często wpada w schematy, które zlewają dni w jeden wielki czaso-pociąg zwany kontraktem do odbębnienia. Schematy dają bezpieczeństwo załodze. Jesteśmy jak dzieci, które potrzebują stałych pór posiłków, spania, wstawania, zabawy, nauki etc. Gdy nam się zabierze schematy działania - gubimy się. Po co zmieniać, skoro działało. Ale nowe szybko staje się stare. Na drugi dzień wszystko wraca na swoje tory. Stres koi się alkoholem, albo karaoke w mesie, albo tym i tym. I w dodatku jedzeniem. Jak na przykład krabami gotowanymi w garnku. – Bo – Jak powiedział jeden z załogantów. – Gdy jest się w Albanii to tylko Kraby.

Ukłony
Stefan W.

A tu jedno zdjęcie tak dla smaczku:


niedziela, 27 listopada 2016

Dziura w głowie

Szanowny Panie,

spróbuję prosto, bo inaczej jakoś nic nie chce wyjść ze mnie. U mnie wszystko w najlepszym porządku. Pan A. rośnie raczej zdrowo, co bardzo mnie cieszy. Dawno już nie jest dzidzią, co trochę jest niesamowite. Zawsze myślałem, że jakoś to dłużej trwa ten okres dziedziństwa totalnego, a jednak nie. Trzylatek to już chłopak. Chciałbym jakoś sobie to wszystko ułożyć tak, żeby bardziej jakoś uczestniczyć w jego codzienności. No chciałbym pracować mniej. O tym Pan jednak dobrze wie, więc nie będę tym Pana teraz zanudzać. Panna J. też czuje się nieźle. Przynajmniej fizycznie, bo jednak tak do końca dojść nie potrafię do tego, co w Jej duszy gra. Taka już kobieta-zagadka. Z drugiej strony może to ja za mało ogarniam. Tak czy inaczej – dziecko drugie nosi dumnie w brzuchu wielkim. Tak zwana Dzidzia D. nie ma jeszcze imienia żadnego. Myśleliśmy o Matyldzie, ale nie wiem czy nie za długie to imię do naszego długiego nazwiska. Może Apolonia? Irmina? Może jeszcze jakoś inaczej? Jakoś do żadnego nie jesteśmy przekonani. Z Panem A. jakoś łatwiej poszło. Dzidzia D. jest prawdopodobnie dziewczyną. Ruchliwa to dziewczyna. Przeciąga się i kopie. Czyżby w mamę poszła i na zawodniczkę MMA się szykowała? Kto wie, kto wie. Na razie Dzidzia D. jest dla mnie wciąż bardziej abstrakcją niż rzeczywistością. Sytuacja ta ma niestety parę poważnych minusów. Przede wszystkim ten, że jakoś nie spieszy mi się z szykowaniem niczego na jej przybycie. Uchylam się od obowiązków jak mogę, a perspektywa kolejnych torchę mnie przytłacza. Jak pomyślę znowu o tym łażeniu przez pół nocy z dzieckiem na ręku, nerwowe potrząsanie oseskiem i nieskończone czekanie na ciszę i spokój, sen... cóż.

Dziś siedziałem przez jakieś czterdzieści minut, słuchałem muzyki i gapiłem się w okno. Jaka to komfortowa sytuacje, kiedy można przez chwilę niemyśleć i nierobić.

W piątek byliśmy na koncercie Kalibra – było dwudziestolecie albumu „Księga Tajemnicza. Prolog” (moim skromnym zdaniem jeden z najlepszych polskich albumów ever). Dziwnie to jednak wyszło. Zamiast dwadzieścia lat młodszy, poczułem się jednak dwadzieścia lat starszy. Prawie czterdziestoletni raperzy jakoś nie przekonują już tak bardzo. Pewnie jest to cały czas bardziej autentyczne niż na przykład nowa Metallica, ale nie jest to już to.

W czasie jak tak niepisałem długo, długo, zastanawiałem się, czy to w ogóle wypada blogować. Fajnie blogować o jedzeniu, może o nauce, o muzyce – o czymś konkretnym. A tak jak my, tak o sobie i o niczym właściwie, toż to jakieś durnowate. Ja w zasadzie nie mam nic do powiedzenia o niczym, jak się tak zastanowię. Ot, jestem sobie, przemykam się jakoś przez to życie, wiedzę na temat świata mam w zasadzie bardzo ograniczoną, to i o czym?

Dalej jest napisane tak: w lesie są brzozy, w rzece są ryby, słońce wschodzi i zachodzi. Zimy są zimne, lata gorące.
Ojej, zimy są zimne, lata gorące. Toż wszystko prawda.
Byle czego się nie pisze. Pisanie to nie gadanie.

Może gdybym trochę miejsca zwolnił. Trochę zwolnił. Mrożek powiedział kiedyś, udzielając wywiadu, że pisze, aby się nie nudzić. Bo jak wstanie, nie wie co ze sobą zrobić, to siada i pisze, tak, co by czas jakoś zagospodarować. Stwierdził też, że aby mogło coś przyjść, to najpierw trzeba zwolnić miejsce, trzeba się wyłączyć, uspokoić się i otworzyć sobie głowę.

A to mi się od razu przypomniało, że z Lemem też słuchałem wywiadu i opowiadał, jak to Philip K. Dick (autor m.in. „Raportu mniejszości” i „Łowcy androidów”) pod koniec życia ubzdurał sobie, że on (to znaczy Lem), nie jest prawdziwym, pojedynczym człowiekiem, tylko trzema osobami (takimi super mózgami) na usługach KGB, które to dążą do rzucenia USA na kolana. Dosyć to zabawne, nieprawdaż?


Paweł D.

środa, 21 września 2016

Jakim cudem?

Szanowny Panie,

kiedy byłem młodszy, sklep w Kozienicach pachniał skórką wypiekanego chleba, nabiałem i tanimi perfumami Bożenki, tam pracującej. Spółdzielczy sklep dostał od jakiegoś koncertu produkującego chipsy kolorową ściankę, na której wypisane były nowe rodzaje produktów dostępne za ladą. Ten słynny koncert od napojów gazowano-cukrowych też dał swoją ściankę i Zielona Budka dała. W sumie to każda szanująca się firma produkująca spożywcze smakołyki inwestowała w kolorowe zawieszki na ściany. Upstrzony był ten sklep jak jakaś choinka. Porównanie do drzewka wigilijnego jest w sumie bardzo adekwatne. Myślę jednak o choince trzymanej po sezonie, takiej która stoi dzięki bombkom, łańcuchom i świecidełkom. Ten sklep też trzymał się na tablicach, reklamówkach i gdyby obedrzeć go z tego wszystkiego zostałyby tylko nagie, gołe, jak matka zrodziła ściany. Pewnie by sklep się posypał.
Społem wydawał się mi ogromem, był wręcz wrotami osiedla, na którym odegrało się moje dzieciństwo. Kupić można tam było: mrożony mus truskawkowy w kubeczkach plastikowych, gumy do żucia Donald, ale też Turbo. Były batony, wafle, andruty, wreszcie moja ulubiona oranżada w proszku. W tych murach były wszystkie smaki dzieciństwa, od których co prawda psuły się zęby, ale wtedy jeszcze mnie tak bardzo zęby nie interesowały.
Dużo bardziej zajmujące było łapanie kotów, które dostały się na sąsiedni mur. Albo obserwacja wojny mrówek czerwonych i czarnych. Wyprawy do psy przybłędy, który mieszkał na skraju lasu i wszystkie dzieciaki go dokarmiały, wspólnie wybudowaliśmy mu budę, taką ziemiankę. Łaziliśmy po polach i ganialiśmy w lesie po linii frontu. Były podchody, albo ogniska. Spaliśmy w sianie i wtedy odkryłem, że jestem na nie uczulony. Rzucałem się kamieniami z synem sąsiadów (rozbił mi łeb), brat wbił sobie w nogę gwóźdź, kradłem marchewki sąsiadom z ogródka i jadłem je z ziemią. Wydarzeniem były narodziny psiaków i kolejnych kociąt. Oglądałem E.T. i zjadłem całą tubkę pasty do zębów, bo mi smakowała. Dziadek Władek badał mi puls i nie można było za głośno gadać i bez sensu sapać. Robił tłustą zupę z kością. Bracia się popłakali jak kazał im to zjeść. Miał plamy na rękach i złoty zegarek. Robiliśmy sztuczki magiczne. Dostaliśmy statek piracki z Lego. I to wszystko w jeden dzień, jakby nie miał końca.
Jakim cudem?

Ukłony ponownie
Stefan W.

piątek, 26 sierpnia 2016

Mu



Szanowny Panie,

myślę czasem, że to przejebane urodzić się krową taką, co służy tylko do dojenia. Co ta krowa winna, że jej matka akurat była z takiej hodowli masowej. I co też później taka krowa ma też zrobić, żeby się wyrwać z tej rzeczywistości, w której przyszło jej wzrastać – beznadziejnej bez dwóch zdań.  Jak żyję, nie słyszałem o ucieczce krowy z hodowli. Ciekawe, czy taki cielak dorastający przechodzi przez okres buntu? Jak też wyglądać może bunt takiego trawo-przeżuwacza, co mu przyszło żyć w boksie tak ciasnym, że się nawet obrócić nie może. Takie bydło to tylko płacze. Łzy takiej krowie ciekną, jak ją na ubój prowadzą i muczenie jej staje się jakieś rozpaczliwe i żałosne.  A jak ją doją bez umiaru, to w ogóle chyba nic nie robi.  Tak  żyje i nie żyje, i tyle. Nawet nie wiem, czy im imiona nadają w tych metaoborach.  Gdyby popchnąć świat, zamieszać nim, potrząsnąć. Gdyby cielak Adam się zbuntował. Gdyby siły miał dużo, jak pięć cieląt lub jeszcze lepiej, jak tysiąc wielkich cieląt. Megalotaurus Adamus – z kosmicznego mleka zrodzony. Taurus Wspaniały. Taurus Niszczyciel Światów. Z wielkiej litery pisany. 

Cielak Adam przeciągnął się leniwie, wybrańcem się poczuł i postanowił świat zbawić lub przynajmniej zobaczyć, co  za murem znaleźć można.  Z prawa na lewo stąpać począł. To się w jedną stronę zakołysze, to w drugą. Prychnie pogardliwie, na przytup kopytkiem sobie pozwoli nawet. I jak w końcu nie łupnie... Te barierki metalowe, to jak papier się gięły, tyle Panu powiem. Pan Mieczysław i pan Mirosław jak to zobaczyli, to w popłochu uciekli. Raz, dwa i już – tyle ich było widać.  Pan Edward zaklął pod nosem i zakrzyknął „Ech, do licha! Żadne bydło mi tu z obory chlewu robić nie będzie!” Za widły schwycił i dorzucił buńczucznie: „Po moim trupie!”. Zimny trup Edwarda K. (58 l.) padł na obory alejkę cementowaną, za unijny piniądz rzecz jasna zrobioną, po kosztach, żeby jeszcze właściciel przyciąć mógł na tym co nieco. Cielak Adam w dupie miał Unię, Mirków, Mietków i Edwardów. Ścianę - bieloną dopiero co, ostatnio -  przebił łbem, jak taran jakiś. I już był na zewnątrz, a odchodząc zakrzyknął tylko do swoich: „Zamiatajcie stąd, siostry, braciszkowie! Ku pastwiskom wyśnionym!”. Krowy w boksach tylko łbami pokiwały, przyszłości niepewne. 

Cielak Adam kończynami niemal nie poruszał. Był okrętem. Przez morza traw płynął tempem równym, leniwym.  Pola. Nieba. Słońca. A nawet wyspy pośród gwiazd (tak, to Ścianka). Światło było takie, jak wczoraj pod wieczór. Letnie, ale już sierpniowe. Pomarańczowo-brązowe. Powietrze - przyjemne, lekkie. Cielak Adam oddychał głęboko, przeżuwał świat z wolna. Zniknął z radarów i w pędzlu miał ludzi-oprawców. 

Tylko przecież krowy miał zbawić. Taurus Wybawca mieli na niego mówić. Jako zbawcę zapamiętać. Ale mały człowiek – ja – inaczej pokierowałem jego losami. Chuja-egoistę z niego zrobił, co tylko zakrzyknąć umiał do sióstr swoich, braciszków, żeby łańcuchy zerwali. A to bydło przecież było zwykłe, słabe. Dokonać tego nie mogli bez Cielaka Adama, który miał siłę tysiąca bydląt. Źle ta moc trafiła. 

Nie szuka Pan sensu, prawdy. 

Pozdrawiam,
Paweł D.

niedziela, 21 lutego 2016

Na wywczasie w Wietnamie

Szanowny Panie,

Pan mnie tak wspaniale popędza. A ja przecież potrzebowałem odpocząć od pisania, myślenia, działania. Chciałem się oddać wczasom, urlopowi. I tak te ostatnie dwa tygodnie traktuję. Spędziłem je z siostrami W. i to było zupełnie coś innego niż do tej pory. Nie było namiotów, lasów, jedzenia ulicznego, różnego rodzaju ekstremalnie tanich atrakcji. Nie. To był wywczas.

Toż słowo zupełnie wyszło z użycia. Nikt nie jedzie na urlop, wszyscy podróżują.

Kiedy Pana otoczenie mówi o polityce i uchodźcach, moje o zdobytych doświadczeniach drogi. Nikt nie zwiedza, wszyscy odkrywają. Portale podróżników, blogi pełne pięknych zdjęć i kolorów. My odkrywcy jesteśmy szczególnym rodzajem ludzi. Tylko nieliczni potrafią przyznać. - Droga, no właśnie droga, coś o czym zapominamy - opowiadał brytyjczyk Sam na plaży w Hoi An, który w drodze jest już trzeci miesiąc. - Bo jak ta nasza podróż tak naprawdę wygląda? Kupujemy w agencji bilet. Kierowca przyjeżdża po nas do hotelu. Zanosi nawet nasze plecaki. Zaprowadza nas niemal za rękę do drzwi autobusu. Tam wsiadamy, śpimy, jedziemy. Jesteśmy na miejscu.
I kierują się w stronę hostelu zarezerwowanego przez internet na hostel world, ewentualnie Tripadvisorze. Nie ma nic z przypadkowości, nic z niezorganizowania, nic z przygody. Ale ile z odkryć... przede wszystkim widoków. Bo backpackersi to kolekcjonerzy widoków. Cykanie zdjęć jest czymś tak naturalnym, że aż wstyd nie robić. Po co jeździć jeżeli nie cykać? Najlepiej siebie na wysięgniku rozkoszy, czyli samojebce. Sprzedają tego tu pełno. Ludziska cykają wszystko: jedzenie, picie, spanie, kochanie, dziewczyny, chłopaków, swoje nogi. Staruszki proszą o zdjęcie i dolara za zdjęcie z nimi. Pani na stoisku z truskawkami chce zdjęcie, ale za pieniądze. Robią też zdjęcia nam. Bo jesteśmy inni. I to chyba szczęście, że tu jesteśmy. - Wszyscy turyści jadą do Angkor Wat - mówi mi recepcjonista w hostelu, w którym się znalazłem. Ma poczucie dumy w głosie. I pewnie uważa, że też tam pojadę. I pewnie się nie myli. A może jednak nie?

Jako podróżnicy jesteśmy śmieszni. Mamy za duże plecaki na sobie i często też małe na brzuchu, bo bez laptopa mało który z nas jest w stanie się poruszać. Do tego klapki, bo za gorąco na normalne buty, często nakrycie głowy. Nie pijamy drinków z lodem, bo nie chcemy się posrać. Nie po to podróżujemy, żeby siedzieć w kiblu... Bo nie "toalecie", tutaj to słowo nie pasuje. Prędzej ten: kibel.

W ręku mamy smartphona, a w drugiej przewodnik z Lonley Planet. Biblia "podróżników". Zawsze w tylnej kieszeni, a raczej nie. W kieszeni nie zmieściłaby się. Encyklopedia miejsc do spania, restauracji do spożywania, widoków do robienia zdjęć, agencji do polecenia. To chyba jedyna encyklopedia, którą jeszcze drukują na papierze. Wszystko inne jest na małych ekranikach smartfonów, ale LP nie. Ono musi być grube, szerokie, z pięknym zdjęciem na okładce. To LP dyktuje gdzie iść, co zobaczyć i w jaki sposób. Jak coś się znalazło tam, albo tripadvisorze to na pewno przyciągnie ludzi.


Nie masz LP to sobie kup. Nie masz aparatu, wiele tracisz. Nie nocujesz w hostelu to gdzie? Kolega B. podróżuje z namiotem, jeździ autostopem i nie wydaje dziennie więcej niż 7 dolarów. Śmieje się ze mnie, bo jeżdżę w kapeluszu panamski i wyglądam jak cholerny "turysta". Cóż mam powiedzieć? On jest blondynem z rudawym odcieniem w kraju azjatyckim, z wielkim plecakiem wyposażonym w najnowszej technologii namiot i nadmuchiwaną ciśnieniem powietrza karimatą. Jada z garnuszka, w kórym przygotowuje sobie strawę, a myje zęby pastą o takim stężeniu, że wystarczy dosłownie jej kropka na szczoteczce do zębów. Chłopak ma fioba na punkcie przestrzeni w plecaku. To wszystko też czyni go turystą, no chyba że ma to "coś"!

Zawsze chciałem w podróży jak najbardziej wniknąć w miejsce, w którym się znajduję. Wolę posiedzieć w jednym mieście miesiąc, niż zobaczyć całe państwo w dwa tygodnie. Nigdy jednak nie będę podróżnikiem, jeżeli mojej wyprawie nie przyświeca cel. Zawsze to będzie urlop, wczasy. Nawet jeżeli będą polegały na spaniu w środku lasu, pośród dzikiej zwierzyny. Cel się liczy. A dopiero po jego osiągnięciu zauważymy, że to droga była najważniejsza.

Wczasy to wypoczynek. I niestety nigdy go nie osiągnę, gdy myślę o sobie jako o podróżniku. Widziałem taką scenę. Para wychodzi z taksówki. - Cholera jasna, mówi facet do swojej dziewczyny po polsku, wiedziałem że przepłacimy. Nigdy się mnie nie słuchają. Kurwa, ale tu drogo.
Nastawienie się na tanie podróżowanie, wcale nie czyni z nas podróżników, a raczej dusigroszy. A zatem życzę sobie więcej luzu jeśli chodzi o budżet w trasie. Ale także celów! Panu też, bo przecież osiągnięcie czegoś jest cholibcia satysfakcjonujące. I coś dla Pana:

https://www.youtube.com/watch?v=jKRtdus7CY4

Obiecał Pan sobie, więc nie widzę przeszkód.

Pozdrawiam
Stefan W.