poniedziałek, 6 stycznia 2020

Wstęp


Szanowny Panie,

to miło, że pomyśleli Państwo o przygotowaniu drugiego egzemplarza papierowej Fangi dla mnie, ale nie jest to konieczne. W zasadzie podoba mi się nawet myśl, że jest tylko jeden egzemplarz. Pan pomyśli, jaką to będzie miało wartość, kiedy już będziemy sławni. Biały kruk. Dziękuję też Pańskiej małżonce, że w jakiś sposób rozwiała moje obawy, co do tego, że to wszystko po prostu pewnego dnia zniknie (tzn. wszystko kiedyś zniknie oczywiście, ale… you know what I mean). Zastanawia mnie tylko, czy ten mój post ostatni przyczynił się do tego jakkolwiek, czy pomysł narodził się już wcześniej i zupełnie niezależnie. Będę musiał zapytać.

A jeszcze napiszę, jak to było po tym, jak mi Pan powiedział w ogóle o tym podarku Świętego M.

Jak Pan sam pewnie zdążył zauważyć podczas naszej krótkiej videorozmowy, wigilijne spotkanie u Pana M. tradycyjnie już było lekko zakrapiane alkoholem. Zakończyło się też jakoś niezgrabnie i głupio po prostu. Pani M. obraziła się na nas chyba troszkę i razem z Pańskimi braćmi opuściliśmy dom Państwa W. w trybie awaryjnym. Wódka na święta robi swoje. Jak zwykle zresztą. Nie o tym jednak chciałem. Wróciliśmy zatem. W domu teściów ciemno już było i cisza. Wtoczyliśmy się domu i rozpełzliśmy po pokojach. Panna J. nie spała jeszcze lub przebudziła się po tym, jak cielsko moje wcisnąłem w kraniec łóżka i do ściany się odwróciłem (żeby nie zionąć w stronę mych bliskich). Zapytała, jak było. Opowiedziałem jej zatem trochę na temat wieczoru, no i oczywiście podzieliłem się wiadomością dotyczącą pierwszego, świątecznego wydania naszej wspaniałej korespondencji. Panna J. słuchała, milczała chwilkę, po czym zapytała (powoli, jakby już ze zmęczeniem): „Czy to znaczy, że też będę musiała Ci to wydać?”. Odpowiedziałem, że nie („Nie, no nie, oczywiście, że nie!”) i w zasadzie, tak też pomyślałem w rzeczywistości, bo i entuzjazmu jakby w jej głosie nie wyczułem, a i zresztą pomysł już się pomyślał, niespodzianka była i już drugi raz tego zrobić się nie da, żeby było razem pierwszym. Cieszę się zatem tym, że jest ta szara okładka piękna i te kangury, 532 strony, błędy stylistyczne, ortograficzne i wszelakie, a przede wszystkim, że tak bardzo ucieszył Pana ten prezent. To, że nazwisko moje znalazło się na drugim miejscu rozpatruję raczej w kategoriach takiego dajmy na to mrugnięcia okiem, czy też zwyczajnie żarciku wydawcy (Drugi? Poważnie?). Będę żył. Cytując klasyka: „Zawsze we wszystkim byłem drugi. Na 1500 drugi, z polskiego drugi, z nogi drugi, z dziennika drugi. Nawet jak gdzieś pierwszy byłem, czułem się jak drugi, kurwa”. Więc super, tylko Pan tego nie zgub!

Jakoś zresztą nieźle to Pani K. wykombinowała. Ładnie się to klamrami spina – dekada cała. Kim byłem w tym roku 2010?  Bez żony, bez syna, bez córki. Bez Gastra nawet. Bez tej pracy przeklętej. Bez siwych włosów na brodzie. Śmieszne to. Żal tylko, jak tak teraz patrzę, że pierwszego roku było 114 listów, drugiego 111, a potem tylko gorzej i gorzej (chociaż może czasem lepiej, ale jednak rzadziej). I ten 2019 smutny taki, z dwoma wpisami zaledwie. Chociaż może i nie smutny. Nieobecność też o czymś świadczy, też ją można jakoś czytać. Wolę jednak pisać. To znaczy, chyba nawet muszę. Bo inaczej, to mi głowa skostnieje do reszty.

Zaczynajmy zatem – do 2030 już tylko niecałe dziesięć lat.

Paweł D.

niedziela, 29 grudnia 2019

Fanga w nos (nie) zwykłe życie, wydanie I-sze

Szanowny Panie,

jak Pan już wie, obawy, które Pan wyraził w połowie listopada są bezpodstawne. Wnuki będę miały szanse czytać nasze listy, gdyby administratorom przyszło do głowy wyrzucić z internetu naszą Fangę. Wyszło ich pierwsze, unikatowe, papierowe wydanie, a ja jestem jego szczęśliwym właścicielem.

Długo się kłóciłem z małżonką o to, kto z nas dostanie lepszy prezent pod choinkę. Miałem wspaniały, bo bilety do Porto i Vigo na cały miesiąc kwiecień. Trudno przebić coś takiego. Zgodzi się Pan, że nie ma nic milszego sercu, jak spędzenie razem czasu na południowym-zachodzie Europy. No ale prezent się nie udał. Wygadała się moja kochana mama. Musiałem poszukać czegoś innego. Wybór padł na głośnik. By działał nam pięknie na ogniskach i przyjęciach. Jest złoty. Jest śliczny. Nie sądziłem, że można przebić taką serię prezentów. Niestety można i jednocześnie wydanie Fangi podnosi wysoko poprzeczkę. O tej poprzeczce zaraz napiszę.

Wydanie jest w szarej, twardej okładce. Na czarno-białym zdjęciu są dwa kangury. Uchwycony jest moment, w którym jeden uderza w pysk drugiego. Pod zdjęciem napis LISTY 2010 – 2019. Nad zdjęciem tytuł FANGA W NOS (NIE) ZWYKŁE ŻYCIE. A nad nim autorzy. Niech Pan się nie obraża, że moje imię i nazwisko jest pierwsze. W sumie to mój prezent. Możemy wydać drugie wydanie dla Pana, w którym będzie odwrotnie. Mam nawet pomysł, abyśmy wtedy się nimi zamienili, ale wcale nie musimy. A to z uwagi na bardzo piękną, osobistą dedykację.
 
Papier, na którym wydrukowano nasze listy jest, a jak, kredowy, gruby, lekko śliski. Dużo tych listów żeśmy do siebie przez te lata napisali. Wydrukowane zostały na dokładnie 532 stronach. Dodać należy też spis treści. Potężna księga.

Z takich miłych drobnostek jest cieniutka, perłowa wstążka wszyta w książkę, która pełni rolę zakładki. No i strona specjalnie przeznaczona na wydawnictwo. W stopce czytamy: WYDANIE PIERWSZE W TEJ EDYCJI. WYDAWNICTWO: ŚWIĘTY MIKOŁAJ. WARSZAWA 2019.

Poprzeczka jest zawieszona wysoko. Już myślę o przyszłych świętach. Spisuje sobie w notesie wszelkie zachcianki, życzenia, westchnienia. Słowem obserwuję każdy ruch, aby wyciągnąć wnioski i w przyszłym roku przebić ten prezent czymś bardziej wysublimowanym. Bo najpiękniejsza w tym prezencie jest praca jaką włożyła moja żona w całe przedsięwzięcie. Pomysłowość i dokładność. Przyznała się jednak, że nie poprawiała naszych błędów ortograficznych, nie mówiąc o tych stylistycznych. Nie miała już do tego cierpliwości. Trudno się jej dziwić.

Ten prezent ma nas przymusić do tego, abyśmy porządnie zabrali się za selekcję, edycję tych listów i je w przyszłości wydrukowali.

Pana stan ducha, pewnie już od listopada dwa razy się zmienił. Widać to po Panu, bo moja małżonka sama przyznała, że odkąd Pana zna, nigdy tak dobrze Pan nie wyglądał. Klatka jakaś szersza, włos lepiej przystrzyżony, krok sprężystszy, no i w oczach dobry błysk. Coś Pan tam zmienił w sobie. Może koszykarskie sukcesy

dały Panu lekkiego kopa? Albo znalazł Pan czas na siebie w tej swojej codzienności (nie) Zwykłego życia. Niech się Pan przyzna.

Z wyrazami szacunku
Stefan W.

poniedziałek, 11 listopada 2019

Podnoszenie

Szanowny Panie,

zapomniałem ostatnio tytułu jednej płyty i strasznie mnie to męczyło, bo przypomnieć sobie za nic nie mogłem, a i google jakoś podpowiedzieć nie chciał, bo za mało konkretne dane do wyszukiwarki wprowadzałem. Pamiętałem jednak, że zdarzyło mi się kiedyś napisać recenzję tejże płyty na blogu, który miał być uzupełnieniem audycji, która to od dawna już nie istnieje i niewielu poza mną o niej w ogóle pamięta. Zatem prosta sprawa - zajrzę na dawno nieodwiedzanego bloga i będę miał odpowiedź. Tak? Psikus. Nie ma bloga. Nie ma archiwum naszych playlist. Nie ma w bólach pisanych recenzji. Śladu nie ma. Internety wciągnęły. Czarna dziura. 

Przyznaję - trochę w panikę wpadłem. Może Fangi też już nie ma? Sprawdziłem. Jeszcze wisi. Głupio tak, jakby ją zamknęli z braku aktywności. Dlatego też piszę - może to opóźni wszechmocnych administratorów blogspota w ich procesie wymazywania tej naszej wirtualnej relacji. Swoją drogą, to jakbyśmy pisali zwykłe listy, to przynajmniej mógłby potem jakiś wnuk sobie znaleźć i poczytać kiedyś. A tak? Zejdzie się któremuś z nas, nikt tu nie zajrzy przez kilka chwil i ciach - utną. I nie będzie. 

Wie Pan, że od czasu, kiedy napisałem tu do Pana coś ostatnim razem (chyba więcej już niż rok temu), to nic, ale to nic zupełnie nie pisałem. Pustki. Żadnych dowodów na istnienie. Żebym choć Insta miał i się dzielił ze światem codziennością niecodzienną, kolorową, na wypasie. Zdjęć prawie nie robię nawet dla własnych potrzeb. Może ta Fanga jednak i miała trochę sensu? Gdzie się obnażać? Ekshibicjonista leży sznurkiem obwiązany w piwnicy i płacze. Płaszcz jego szary, na hak odwieszony czeka na czasy lepsze, które przyjść wcale nie muszą. Stary płaszcz, nie wiadomo czy się nadaje jeszcze do czegoś w ogóle. 

Dziś 11 listopada. Dobry dzień na nowe początki. Jeśli Pan zatem pozwoli? 

W piątek upodliłem się straszliwie. Niby żadna nowość, ale jednak. Nie robię już tego, co do zasady. Sam akt picia nadal lubię, ale dzień następny... to już nie dla mnie. Stany bliskie depresji. Wszystko, co dobre, uciekło z ciała, a już nie te czasy, że można to po prostu przespać. Bo na godzinę 11 trzeba dzieci na koncert zabrać, a żeby się udało to przed 9 trzeba wstać. Nicnierobienia nie ma po prostu. Zatem znowu sobie obiecuję zmądrzeć. 

Jak zmądrzeć? 

Jeśli może mi Pan coś podsunąć, to proszę, to jest ten moment. Przyznaję, że ja jeszcze sposobu nie znalazłem. Czy czytanie wystarczy? Ale jak dobierać lektury? Ja czytam już tylko w toalecie praktycznie, a ta deska to jednak uda odgniata, więc za długo nie daję rady. Czy nadszedł czas, żeby zatrudnić life coacha? A może stary dobry psycholog by tu pomógł? Na pewno im dają jakieś patenty na zhakowanie rzeczywistości. Tu gdzieś na Łowickiej jest coś, co się nazywa Studio Rozwoju, czy jakoś tak. Iść? Ja to jakoś najbardziej ogarniałem w wieku 13-14 lat. Co ja teraz pamiętam z takiej chemii czy fizyki? No, ale nawet z historii pamiętam już coraz mniej. Nazwiska wylatują z głowy, daty. Co i rusz łapię się na tym, że w rozmowy się nie włączam, tylko z tego względu na to, żeby ze swoją głupotą i ignorancją się nie zdradzić. 

A co u Pana? Jesień, zimno i pada, czy wciąż niczym niezmącony optymizm?

Z wyrazami szacunku,
Paweł D.


poniedziałek, 9 lipca 2018

Starszy kolega


Szanowny Panie,
jechałem dwa dni temu na Warmię. Wyjechałem godzinę do północy, a na miejscu byłem po drugiej. O takich porach towarzystwo na drogach jest dość ubogie. Od czasu do czasu ciężarówka najwyżej. Jej pojawienie rozświetli świat, by po chwili pomknąć w swoim kierunku. Co tu dużo kryć, najbardziej obawiałem się Morfeusza. Mógł nasłać na mnie, wbrew mojej woli, sen. I zwierząt, które nocą z chęcią wyskakują na drogę. Dlatego też nie jechałem za szybko i dlatego też słuchałem głośno muzyki, która miała skupić mój umysł, aż w końcu nadano słuchowisko radiowe, w którym redaktor rozpoczął temat starszego kolegi.
Opowiedział o swoich doświadczeniach. Okazało się, że czasem na drodze życia natrafia się na starszego człowieka, który na nas wpływa, kieruje, otwiera, albo nam po prostu imponuje. Najważniejsza jest w tym przykładzie różnica wieku. Bo jakoś automatycznie młodszy korzysta z wiedzy starszego. Weźmy młodego A., który bawi się w piaskownicy. Obok starszaki. A. za wszelką cenę próbuje zainteresować ich sobą, więc naśladuje ich zachowania, albo przechwala się. 
Pomyślałem o dwóch kolegach, którzy spadli do naszej klasy, bo nie zdali przedmiotów. Wyróżniali się. Fizycznie: byli znacznie wyżsi, masywniejsi, psychicznie: inaczej mówili, inne rzeczy ich interesowały. Przede wszystkim zupełnie inaczej gadali z naszymi koleżankami i one inaczej ich traktowały. A przecież byli tylko o rok starsi. Miałem wtedy wrażenie, że ten dzielący nas wiek, jest jakiś szczególny, taki w którym przekracza się rzekę z wodą wiedzy życiowej. Jakby w ciągu tego roku przeszli chrzest, który sprawił, iż byli atrakcyjniejsi dla społeczeństwa naszego rocznika.
Potem przypomniałem sobie koleżankę i kolegę z pierwszej redakcji. Dziewczyna nie mogła znieść moich dziennikarskich wypocin. Usiadła ze mną pewnego popołudnia i spędziła na tłumaczeniu, z rozrysowywaniem włącznie, konstrukcji tekstu. O dwadzieścia lat starszy kolega z tej samej redakcji, miał inną metodę na wyuczenie we mnie umiejętności języka pisanego. Codziennie rano, w trakcie prasówki, kazał czytać mi nekrologii i szukać w nich zabawnych zwrotów. Gdy coś znalazłem, wycinał nekrolog i wieszał go na ścianie za sobą.
A czy Pan miał, albo ma takich starszych kolegów w swoim życiu? A może to Pan jest takim kolegą dla kogoś? Do radio zadzwonił mężczyzna, który opowiedział o swoim starszym, o cztery miesiące, koledze. Są przyjaciółmi od 1946 roku. Ten słuchacz nie zdał w szkole z klasy do klasy. Jego kumpel oblał rok później, tylko po to, aby razem podeszli do matury.
Ukłony
Stefan W.

piątek, 6 kwietnia 2018

Zaszczyt za zaszczytem

Szanowny Panie,

jest 5 kwietnia, a Pan mnie czelendżuje, że do 8 niby mam odpisać? Jeśli moja średnia to jakieś 2,5 miesiąca? Śmiałe posunięcie. Ale przyjmuję wyzwanie - też mogę szybko. 

Najłatwiej zacząć od koszykówki. Cóż, wydaje mi się, że zdąży Pan jeszcze na koniec sezonu i może zagra z nami dwa majowe spotkania, co? Ja właśnie jestem po meczu. Niestety, o ile pod wieloma względami czuję się całkiem w porządku z tą naszą zbliżającą się trzydziestką piątką, to koszykówki to nie obejmuje. Ten sezon był dla mnie fatalny - być może najgorszy od kiedy zabraliśmy się za te piaseczyńskie czwartki. Trzeci tydzień z rzędu moja drużyna dostała w kość i w dodatku byłem chyba najgorszym popychadłem w składzie. Liczę, że to ogólny poziom się podniósł, a nie ża ja nie domagam. Plus taki, że pogoda zrobiła się przyzwoita, to może zacznę znowu porankami chodzić na boisko, żeby porzucać sobie przynajmniej. Wstyd byłby przecież straszny, gdyby Pan wrócił i jeszcze by mnie ograł. Nie do pomyślenia zupełnie! Oczywiście wiadomo, że nawet przy niemal całkowitym braku formy powinienem sobie spokojnie z Panem poradzić, ale co jeśli akurat będzie Pan miał dzień? A przecież Pan to ma dzień, co trzeci dzień albo i co drugi, bo toto w czepku urodzone. Poćwiczę na wszelki wypadek. 

Temperatura podskoczyła. I jeszcze zmiana czasu była, co ogólnie oznacza, że w bólach zrodziło się coś, co już i wiosną chyba da radę nazwać. Pan to może i zakłada grubą bluzę, jak termometr do dyszki dochodzi, ale tu się wszyscy właśnie rozbierają przy takich odczytach z ciepłomierza. Ja się na rower przesiadłem, co jest całkiem gites. Podkręcam "volume" na 2/3 mocy, wskakuję na mojego Gianta i popylam wzdłuż Wołoskiej. Trochę jest irytujące, jak byle pindzia z Mordoru mnie wymija na rozklekotanym Veturilo, ale co mi tam, jak na słuchawkach Smashing Pumpkins i słońce na twarzy. Płynę do pracy, jak grecka armada na Troję (przynajmniej z nastawieniem tym samym). Inhaluję ołów z uśmiechem na twarzy. Znaczy zna mnie Pan - to bardziej taki uśmiech wewnętrzny, bo na zewnątrz raczej trzymam fason i robię miny typu "ryba w potrzasku". 

Na resztę sezonu bezśnieżnego (bo nie przesadzałbym z określeniami typu "lato" na przykład, po tych mizeriach, które zdarzały się ostatnimi czasy) mam plan wejść na kila polskich górek.  Weszliśmy ostatnio z A. i I. na Łysicę, co oznacza, że A. ma już zaliczone dwa szczyty z Korony Gór Polski, a I. jeden (najniższy, ale liczy się sam fakt).  W ogóle to ta Korona Gór Polski to lista najwyższych szczytów ze wszystkich pasm górskich Polski. I teraz zagadka? Ile ich zatem jest? Pewnie Pan strzelasz w jakąś siódemkę, może dziewiątkę, co? Ale nie, jest ich dwadzieścia osiem! Nie wiem, może ja po prostu orłem z geografii nie byłem, ale Rudawy Janowickie, Góry Kamienne, Beskid Makowski? Nie uwierzę, że znalazłby Pan to na mapie (takiej bez napisów rzecz jasna) - ja bym za Chiny nie znalazł. Tak czy siak, bierzemy się za ogarnianie tematu. Większość tych wzniesień jest jednak na dalekim zachodzie, więc trzeba będzie robić takie przedłużone weekendy, ale niewykorzystanych dni urlopowych trochę w zapasie mam, więc może z pięć w tym roku by się jeszcze udało - zobaczymy. 

Co do Pana oczekiwania na to zwykłe europejskie miasto, to ja się nie dziwię wcale. Jakbym miał z tymi samymi ludźmi siedzieć przez tyle czasu na takiej zamkniętej przestrzeni, to bym zbzikował totalnie. I oczywiście Pan Konrad jakieś dyrdymały plecie, bo myślę, że kilka osób jednak na Pana czeka tu na miejscu. Pana Mama wspominała coś o uroczej damie z Urzędu Skarbowego. A i podobno kilku dzikich lokatorów z kamienicy w Płońsku pytało o Pana, bo mają zastrzeżenia, co do czystości zajmowanych lokali. Home, Sweet Home, jak to powiadają. 

Paweł D.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Nieoczekiwana codzienność


Szanowny Panie,

nie mogę się doczekać… Nie mogę się doczekać drzewa w Lizbonie. Nie mogę się doczekać spacerów w deszczu. Nie mogę się doczekać słodkiego wina. Gorzkiej kawy i ciastka. Nie mogę się doczekać poczucia dowolności. Wyboru drogi. Różnych godzin wstawania. Ile ja będę czasu spędzał na taką prozaiczną przyjemność jak wybór śniadania? W sałaty pójść, sery, a może kanapkę i jajko, ewentualnie jajecznice na pomidorach. Ile czasu na nie decyzyjność. Białym winem zacząć dzień. Wczesnym świtem wstać. Bo mogę, a nie muszę. Nie muszę się bawić dobrze. Nie muszę się nauczyć czegoś. Nie muszę się starać. Grać. Nadymać. Poszukiwać. Wynajdywać. Wymądrzać. Nie muszę się poznawać. Jedyne co muszę to oddychać. A i tak z automatu mi idzie. Jakoś tak nie myślę o oddychaniu. Samo przychodzi. A to jedyne muszę, by żyć. Żyć, żyć, żyć.

Tak. Tej Lizbony nie mogę się doczekać. Oczekiwania jak Pan widzi mam wielkie. Bo żadnych nie mam. Właśnie największe moje oczekiwanie. Nie sądzę, abym miał tam niezliczone przygody, że każdy dzień będzie nieoczekiwanie niecodzienny. Nie sądzę, że zakocham się w mieście, że spędzę noc na słuchaniu ochrypłego fado. Że stanie się… Coś w moim życiu. Nie. Ja tam jadę po to, aby pożyć sobie. Aby po przespanej lub nieprzespanej nocy wstać. Aby kłaść się na golasa w łóżku odrobinę szerszym od moich ramion.

Cała ta moja Portugalia taka będzie. Bo potem pojadę na południe, aby kąpać się w morzu. W morzu! Ja codziennie niemal kąpię się w morzu. Na Karaibach! W Ameryce Środkowej! W Grecji! Niezliczonych wyspach! Morze jest codziennie, jest jak ogród za oknem. Widok zwyczajny. Zwyczajne cuda. Niezwyczajne chwile. Mam chwilę. Tylko mgnienie oka. Tylko tyle co nic! Jutro mam cały dzień wolny. Od tygodnia nie miałem całego dnia wolnego. Muszę go uczcić. Przejść się po butikach. Wydać pieniądze. Jakiś suwenir. Może zadzwonić do kogoś. Pogadać. A z pewnością muszę pójść na plażę. Piękną! Niemal zamkniętą zatokę. Niemal wewnętrzne, słone jezioro, obrośnięte palmami. I tam się wykąpię.

Za niecały miesiąc kąpać się będę na południu Portugalii. I ta przecież moja kąpiel w ciepłym oceanie, nie będzie niezwykła w mojej codzienności, ale jakże przyjemna. Codzienność, w której morze jest jak ogród za oknem, nie powinna się nudzić.

Czemu zatem zerkam kątem oka na kalendarz. I liczę. I dni, godziny, minuty. Liczę. Ta codzienność. Nieosiągalna codzienność dla wielu mi znanych ludzi, jest dla mnie już tak zużyta, że oglądam się na zwyczajne portugalskie miasto, jak na święty Gral, utęskniony Raj. Czemu nie potrafię zapomnieć o przyszłości. Nie oczekiwać. A żyć, żyć, żyć. Tym teraz, tym co jest. Tymi ludźmi z którymi mi przyszło spędzić ostatnie siedem miesięcy. Czemu nie potrafię…

I przecież wiem. I przecież Pan mi powiedział, że tak szybko ten czas minął. I ostatnio Konrad też mi mówił, że nikt nie czeka. Że nie ma po co wracać. Że nic się nie zmieniło. I żebym został tu. Co rozumiem przez to moje życie. Tą codzienność morską, inną, nie szarą, a dla mnie taką zwyczajną. Jak zwyczajny jest ogórek w mizerii.

Ja myślę, że Portugalia niezwykła będzie przez zwykłość. Słusznie Pan napisał, że wszyscy czegoś po czymś oczekują. Mówisz hasło Lizbona, myślisz co podpowiada wyobraźnia. A rzeczywistość swoje. I ja niczego dlatego się nie spodziewam po swojej rzeczywistości. Bo czy ona jest codzienna! Szara! Niebieska! Jest dla mnie taka zawsze jaka właśnie jest. I nic nie zmienię w tym względzie.

Ukłony
Stefan W.

P.S. Dziewiątego kwietnia wypływam w drogę powrotną. Może uda się Panu odpowiedzieć do ósmego, bo potem dopiero w Portugalii będę miał dostęp do internetowego świata. A przecież w Portugalii już nic nie będzie takie samo. (nie konsekwenty jestem w tych swoich myślach chwilowych).




wtorek, 3 kwietnia 2018

Miasto-Ciasto

Szanowny Panie,

z pewnością nie jest łatwo opisać sztorm, ale na moje oko to poszło Panu nawet nie najgorzej. To znaczy, oczywiście nadal nie mam pojęcia, jak to jest przeżyć sztorm, ale wiem już, że napewno nie chciałbym go przeżyć (to znaczy, jak już by dopadł łupinę, na której bym płynął, to oczywiście chciałbym przeżyć, ale... wie Pan o czym mówię). Wierzę też na słowo, że mimo tych strachów, mimo zamkniętej przestrzeni i wciąż tych samych ludzi, znajduje Pan tam wolność. Cieszę się z tego, bo to musi być wielki skarb. Czuć się wolnym. Niezwykłe. Cóż, wolność jest tylko dla tych, którzy mają odwagę po nią siegnąć, a że większość ludzi to jednak tchórze, to pewnie należy Pan do wąskiej grupki szczęściarzy. Chociaż nie mogę chyba napisać "szcześciarzy", skoro sam właśnie zauważyłem, że to nie jest kwestia szczęścia, tylko odwagi. Ach, to zresztą taki trudny temat - czym jest ta wolność? Pisarze tego szukają i filmowcy, poeci, niepoeci, wielcy i Ci najzwyklejsi. Jak tu nie wpaść w banał? Pewnie najlepiej się za to nie zabierać. No to się zabiorę...

Nie zabiorę się - dupa. Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. Może wiedza, to wolność, bo gdybym był mądrzejszy, to mógłbym napisać tu coś błyskotliwego. Rozważania długie i mądro-mądre. Z drugiej strony, gdybym był durniem zupełnym, to wcale by mnie to nie interesowało i nie miałbym z tym problemu. Wolny byłbym od uporczywości powracających pytań, o to co mogę ja, co mogą ludzie, co może ludzkość.  Pomyślałem przez chwilę, że głupim jednak łatwiej manipulować, ale w sumie to przecież wcale tak być nie musi. To tylko kwestia kunsztu manipulatora. Więc wiedza nie ma znaczenia. Pieniądze? Trochę myślę, że tak. Trochę, że przecież wolę myśleć, że nie. Bo i nie w wielu przypadkach przecież. Może zatem o Lizbonie.

Zacznę od tego, że zostawiliśmy tam dla Pana coś. Jest w dziupli, w tym drzewie, które widać na zdjęciu. To jest chyba jedyne takie ogrodzone drzewo w Jardim do Pronciple Real (taki tam mały park, w którym dziwnym trafem zdarzyło nam się spędzać trochę czasu). Drzewo jest niedaleko takiego kiosku okrągłego.


Obok tego kiosku była ławka, na której Panna J. udawała Wańkę-wstańkę. Pod drzewem raz obozowali młodzi Niemcy, a innym razem jakiś bezdomny, co go jakaś młodzież przegoniła ze stolików dla szachistów (najlepiej zacienione miejsce w tej częśći Lizbony, jak nam się zdaje). Każdy na te stoliki czatował. 

Nie ma tam znowu tak dużo zieleni. Myślałem, że jakoś więcej. Był Pan tam zresztą, widział pewnie więcej ode mnie. Objadaliśmy się tam trochę za dużo, jak na mój gust. Byliśmy raz w restauracji takiej normalnej. W sensie nie, że bardzo dobrej, tylko że dla turystów. Jesteś głodny, łazisz, i myślisz "a czemu nie?", a potem myślisz, że jak na te pieniądze, to wcale nie tak smacznie, krępująco i jakoś bez sensu. W ogóle to trochę się już przyzwyczaiłem, że zdarza mi się bywać w miejscach, gdzie są kelnerzy lub kelnerki, ale nadal nie jest to moje środowisko naturalne. Nie lubię być obsługiwany. Stresuje mnie dawanie napiwków. Lubię zwykłe sklepy, ewentualnie bary-budy, w których idziesz, zamawiasz i płacisz, a później ktoś zakrzykuje twój numer, odbierasz jedzenie, zjadasz i wychodzisz. 

Na szczęście pogoda była dobra - dużo piliśmy wina pod gołym niebem. Czasem Porto. Jeden dzień zaczęliśmy od wizyty w Muzeum Sztuki Współczesnej w Belem (jeszcze nawet chwilę czekaliśmy na otwarcie), a potem przenieśliśmy się na ławeczkę w parku, gdzie upijaliśmy się Porto, zajadaliśmy miejscowe wypieki, chipsy i obgadywaliśmy ludzi różnych. Na przykład o Panu rozmawialiśmy, ale szczerze powiem, że nie pamiętam, co dokładnie. Później szliśmy wzdłuż Tagu, mnie się kierunki pomyliły, a Panna J. tłumaczyła, dlaczego nie posłałaby dzieci do harcerstwa. 

Na targu jedzeniowym oszukaliśmy jednego Pana na dwie kulki z kurczaka, czy też raczej z tuńczyka (nazwy tego czegoś nie pamiętam). Oszukaliśmy bardziej z lenistwa, niż ze złej woli, bo chcieliśmy inne, on nam nałożył dodatkowe, a że był zarobiony, to nie chciało nam się już tłumaczyć, że dał nam za dużo. Brzmi to źle, ale czy my znowu jesteśmy tacy dobrzy?

Czasem łapałem się na tym, że nie wiemy, co ze sobą zrobić. Że powinniśmy zrobić więcej, przeżyć to intensywniej, bo jesteśmy urwani z łańcucha przecież. Czasem myślałem, że jest ok, bo możemy pić kawę i czytać książki w swojej obecności. Czasem czułem, że nie powinniśmy odczuwać nudy, a kilka razy, że mogliśmy przecież zorganizować to lepiej. Za mało wiedziałem, za mało. Przed wyjazdem przeczytałem jeden reportaż ("Samotność Portugalczyka" - beznadzieja). Więcej jednak dowiedziałem się z wpisu na wikipedii o Salazarze. Ale Salazara nie czuć wcale w Lizbonie. W jednym muzeum, był jeden obraz, który przedstawiał Salazara wymiotującego Państwo, jeśli dobrze pamiętam, a możliwe, że pamiętam źle. Raz skakaliśmy przez mur i to było dobre. I było jeszcze dobre, jak zjeżdżaliśmy z góry taką mini-rykszą, że niby motorkiem z kierowcą i dwoma miejscami. Ale to było w Sintrze. Sintra jest ciekawa - polecam. Były tam wielkie tuje, które wyglądały, jak gigantyczne ślimaki, a jedna wyglądała, jak kobieta. 

Lot powrotny był okropny, bo lecieliśmy nad burzą. Puszka na niebie. Ludzie w środku i Bóg tym trzącha i jak zechce, to zrzuci. I to spadnie, a dzieci sierotami będą. Z głową wciśniętą w siedzenie przede mną dużą część podróży spędziłem. Czułem, że może to już, bo tak ten moment w czasie nawet idealnie pasował. 

Za dziećmi tęskniłem dużo i często. Nie tylko w czasie nienaturalnego przenoszeniu swojego ciała w przestworzach, ale i w momentach całkiem zwyczajnych. W ogóle poczułem trochę przez ten wyjazd, że faktycznie na chwilę  obecną jestem przede wszystkim ojcem i mężem. Powie Pan, że rychło w czas taka refleksja, przecież to już lata całe. Głowa bywa czasem niespójna. Czas, w którym rozmyślam i czas, w którym żyję, to dwa różne czasy. Różne wymiary. 

Dzień przed wyjazdem padało. Nie przez cały dzień, ale jak już wracaliśmy chwiejnym krokiem pod ramię do hostelu, to padało całkiem nieźle. Trudno się szło. Wcześniej trudno się siedziało. Pub był ciemny. Taka rockowa speluna typowa. Wszędzie są takie same. To mógł być Olsztyn lub jakaś Bydgoszcz, a nie Lizbona. Leciało tam Black Sabbath i Alice In Chains, i inne hity z satelity, które zatruły mi młodość jakimiś nienazwanymi obietnicami. Piwo-siki, co tu dużo pisać, jak w pizzerii pod Czerskiem. Była rozmowa. Panna J. już miała dosyć, a ja jeszcze piwo domówiłem. I tak, jak chwiejnym krokiem się wracało, tak na następny dzień się chwiejnie leciało. Głowa ciężka, suwenirsy na szybko kupowane. Pub Rock to się chyba nazywało. Mało światła. W dobrej dzielnicy pubowej, może Pan tam przypadkiem się zabłąkać, z nami tak właśnie było. Przypadki chodzą po ludziach. 

Wszyscy pytają, jak Lizbona? Oczekując odpowiedzi, że Lizbona jest fajna. Bo chyba jest. Jest Tag. Miasto powinno mieć rzekę jakąś albo inną wodę. 

Dawno już tyle nie chodziliśmy, chyba nawet schudłem. A tam górki, dołki, górki, dołki. Jak tam jechać, to bez dzieci. Weź tu Panie wózek tak wciągaj i ściągaj. 

Brzuch mnie boli od przejedzenia. Lany poniedzialek był przed północą. Miło było Pana zobaczyć - wygląda Pan zupełnie nie polsko, ale dobrze. Dziwi mnie, że te wyjazdy Pańskie tak szybko teraz mijają. Wydaje mi się, jakby dopiero, co Pan wyjechał, a Pan zaraz wraca. Może jeszcze Pan zdąży odpisać, przed powrotem. Może jeszcze przed Lizboną? 

Czekam na odpowiedź i pozdrawiam,
Paweł D.