piątek, 1 stycznia 2021

Pierwiosnek

Szanowny Panie,

najlepszego w Nowym Roku! Pozwolę sobie nie czekać tym razem na Pańską odpowiedź i sklecę kilka słów. Chęć mnie taka naszła, a skoro już jest, to głupotą byłoby z tym walczyć. Tak często bywa u mnie na odwrót – przyzwoitość goni, żeby odpisać, a mózg i ciało odmawiają. Zatem mamy rok 2021! Ha! Przecież to odległa przyszłość, futura i coś zupełnie niemożliwego! Czym dalej w las, tym większe podejrzenia, że świat to iluzja i jakby się zastanowić, to kupy mi się to wszystko nie trzyma. Wbrew woli, a przede wszystkim w opozycji do mojego zniechęcenia nauką Kościoła, zaczyna mi się po głowie kolebotać jakaś myśl mglista, że o ile człowiek jako istota może sobie funkcjonować całkiem nieźle bez konceptu Boga, to świadomość ludzka (czy nawet zwierzęca) bez jakiegoś kontekstu szerszego wydaje się jakąś abominacją przedziwną. Tak… sam nie wiem, o czym w zasadzie piszę. Sam Pan widzi – głowa jakaś rozdygotana. Dziwne podekscytowanie tym nowym otwarciem. No lubię zwyczajnie ten moment – umownego, wiadomo – pożegnania starego i oczekiwania na nowe. Lepsze to dla mnie obecnie niż prezenty gwiazdkowe. Szanowny Panie, oto proszę, 365 zupełnie nowych zamkniętych pudełeczek, a tam… kto wie? Pewnie sporo trocin, papieru szarego, wypełniaczy, ale tam pomiędzy… nowe płyty, książki nieprzeczytane, może jacyś nieznajomi, co się w znajomych zamienią, a może i coś, czego nawet trzecie oko, jeśli jest, dojrzeć jeszcze nie zdoła. Jednym słowem: niespodzianki! Wspaniale, czyż nie?

Sam Pan przyzna, że 2020 r. trochę zaskoczył. I to nie to, że mnie tylko. Pandemia. Nieźle. No jasne, że w Chinach to ruszyło wcześniej, a pewnie niejeden naukowiec już wcześniej to przewidział, ale jednak to było coś. No ja wiem, że może w dziwnym kontekście to przedstawiam. Ja dziękuję za takie niespodzianki – powie Pan! No ja też! Oczywiście. Nie mniej było to ciekawe na swój sposób. Widział Pan kiedyś, żeby świat tak zmieniał się w oczach? Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień czasem? Kiedy to tak wielkie masy ludzi, niemal jednocześnie, musiały zrobić krok wstecz i zacząć patrzeć na swoje życie, czy też na życie ogólnie, z nieco innej perspektywy? Po II wojnie? Ale tu mieliśmy zjawisko szersze nawet niż wojna, doświadczenie globalne. Nie tak intensywne i na szczęście nie aż tak tragiczne, ale jednak dotykające w sposób pośredni niemal wszystkich mieszkańców globu. Przedziwne, jak się tak nad tym zastanowić.

Optymistą jestem umiarkowanym, więc nawet przez głowę mi nie przejdzie, że możemy wyciągnąć z tego jakąś lekcję i tym samym może jakoś uratować tę nadpiłowaną gałąź, na której siedzimy. Durnie jesteśmy. Zwalimy to. No… ale jestem też głupcem. A głupcy mają nadzieję. Ja mam nadzieję, że może coś dobrego z tego wyniknie. Może nie dla wszystkich, ale może dla niektórych przynajmniej.

Ja na tej pandemii trochę jakby zyskałem - powiem Panu szczerze. No może nie tyle na pandemii, co na lockdownie. W końcu miałem okazję popracować trochę z domu i chociaż „home office” wcale łatwy nie jest, a pracy wcale mało nie miałem, to jednak bardzo doceniam dodatkowy czas, który mogłem spędzić z rodziną moją. Bezcenne (za wszystko inne zapłacisz kartą Mastercard).

W sumie to dzięki lockdownowi siedzę też teraz i piszę do Pana, zamiast leczyć kaca. Też pozytywne, nieprawdaż? A do tego siedzę w Nowym Sączu, a nie w Warszawie. Inaczej.

Co Pan zamierza robić w tym 2021 r. Panie Stefanie? Jakieś plany? Co by Pan sobie życzył?

Ja chciałbym przeżyć przede wszystkim, bo bez tego ani rusz. A z innych rzeczy, to jakaś podróż by mi się marzyła. Ameryka Południowa byłaby idealna. Kto wie, kto wie…

Do szybkiego mam nadzieję,

Paweł D.

 

PS. W 2020 r. udało nam się dobić do 25 wpisów. W porównaniu z 2010 r. (114 wpisów) to marnie, ale jak porównać do 2019 r. (2 wpisy) to jednak znacząca poprawa.

sobota, 26 grudnia 2020

Obowiązki, przyjemności

Szanowny Panie,

mamy pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia a ja tu, zamiast szykować świąteczne śniadanie, kitram się z kawą, żeby w końcu Panu odpowiedzieć (znowu – czy zauważył Pan, że to powracający motyw w moich listach?). A miało być tak pięknie… zawsze jak już coś wyskrobię, to obiecuję sobie, że od teraz to już dzień w dzień będę pisać, tak cokolwiek, żeby z rytmu nie wypaść. No i że z odpisywaniem zwlekać nie będę wcale, że będzie w końcu, tak, jak być powinno. Serw, odbicie, i ciach, i ciach, i nabieramy tempa, piękna długa wymiana, no i od czasu do czasu, ktoś się potknie tylko (ha! To też już chyba kiedyś napisałem! Czy wpadam w pętle?). A tymczasem biegam, jak dziecko we mgle…

Wciąż się zastanawiam, czy to tylko kwestia lenistwa, czy jednak złej organizacji? A może jednak wszystko sprowadza się, do niewłaściwego ustalenia priorytetów.

Mój znajomy jeden wrzucił ostatnio na swojego walla na fejsie takie krótkie podsumowanie roku 2020. No i było, że chociaż rok trudny, bo wiadomo – pandemia, lockdown, dziwactwa, to jednak dla niego rok był dobry, bo sobie przewartościował wiele rzeczy. Porzucił etat, zaczął żyć skromnie, ale powoli, bez szarpaniny, za to skupiając się na rzeczach codziennych – spacerach z psem, ćwiczeniach i takich innych. Wspomniał o wysypianiu, dbaniu o swoje ciało, jedzeniu owsianki. Jak go znam, to pewnie pochłania sobie na spokojnie tony książek i jeszcze ma czas nad nimi pomyśleć, a nawet skomentować co poniektóre. No wpis był oczywiście trochę pretensjonalny, ale trudno żeby nie był -ktoś Panu pisze, że on zrobił tak i tak jest dobrze. No w takim momencie, w każdym z nas dumnie powstaje prawdziwy Polak i mówi z przekonaniem: ch*j Ci w d*%e! Ale jednak starałem się spojrzeć obiektywnie i powiem Panu, że pozazdrościłem. Nie było żadnego olśnienia – ja to wiem od dawna, że kariera nie dla mnie, ściganie mi radości nie przynosi i tylko gdzieś na obrzeżach systemu mógłbym zadowolenie znaleźć. No, ale automat w głowie powtarza głupio, że się trzeba dostosować, a tu kolejny przykład, że nie.

Znajomy dodał oczywiście ,  bo nie jest durniem, że pewnie jak ktoś ma kredyt i dzieci, to trudniej.

Ja nie mam kredytu i bronię się przed nim, jak przed zarazą (chyba nawet bardziej), a dzieci mam, ale zdecydowanie nie chciałbym zwalać na nie odpowiedzialności za swoje życie. Ostatnio (przez jakieś ostatnie 7 lat mniej więcej) rozkminiam, na ile byłoby możliwe w naszym przypadku jakieś „inne” życie. Pisząc „inne”, mam na myśli… no i tu pojawia się pierwszy problem. Bo nie wiem sam, jakie… Wolniejsze? Niech będzie. Na początek i to dobre. Tylko czy tu? Czy gdzieś tam?

Tu. No tak, ale tu życie jest drogie, jeśli się nie zapieprza lub nie kradnie, lub nie jest się farciarzem. Zatem życie skromne. Spoko. Tylko te wyrzuty w oczach ludzi. Mężczyzna? Leń, wstyd. Ojciec mi przy łamaniu opłatkiem powiedział, że trzeba tę pracę doceniać, bo takie czasy, że jak jest, to się trzeba trzymać. Mój szef chyba myśli podobnie, bo nam jednego dnia mówił, że mieliśmy w tym roku lepsze wyniki niż kiedykolwiek, a na następny dzień już bez słowa, obciął nam roczne premie o jakieś 25%. 

Tam. Kocham Polskę. Tę szarość murów i burkowatość serc. Nie nabijam się. Naprawdę. W sumie jednak zawsze mi się marzyło pożyć trochę gdzie indziej. Może jakaś komuna?  W Ameryce Południowej albo w Azji? Tylko daleko do dziadków? Dzieciom dziadków odbierać? Dziadkom wnuczęta? Okrutne. I niewygodne do tego. Jak człowiek tak ciągle w biegu, to ta możliwość wysłania gówniarstwa na dwa dni pod miasto, to jednak oddech. Tylko, jakby nie trzeba było tak pracować ciągle, bez tej nerwówy całej, to może i tego wolnego od dzieci nie byłoby tak bardzo potrzeba.

Bo powiem Panu, że już to niepisanie to jedno, ale mi się mózg zamienia w jakiś supełek żałosny. Nie przyswajam, to jedno, ale i zapominam, nie powtarzam, nie naoliwiam. W tym roku z ledwością przeczytałem 18 książek. W większości czytadła durne. Zerkam czasem łakomie na półki, jak kogoś odwiedzę (Pana chociażby), ale wieczorami, jak już nawet się wezmę (a przeważnie mi się nie chce), to zasypiam po pięciu (trzech) stronach. Gubię wątki, nudzę się, odkładam na półki i nie wracam.

Dziś podczas posiedzenia w toalecie przeglądałem „Przewodnik po świecie” (taka encyklopedia jakby). W pięć minut dowiedziałem się o istnieniu jeziora Turkana (zwanego Jeziorem Rudolfa lub morzem nefrytowym), o jego znaczeniu dla ludności zamieszkującej pogranicze Kenii i Etiopii, a także o tym, jak powstanie zapory na rzece Omo (głównym dopływie słodkiej wody do jeziora) doprowadzić może do katastrofy społeczno-ekologicznej, a nawet do wyschnięcia tego wielkiego zbiornika wodnego, którego wiek szacuje się na jakieś 4 mln lat.

A gdybym miał więcej niż 5 minut?

Gdyby nie ten moment wolności kibelkowej, to nadal bym nie wiedział o tym nic. Pierwsza myśl, która mi się nasunęła, to oczywiście siedzieć na muszli dłużej i częściej, ale też – czy to jest plan na życie? Czasami przesadzę i aż czucie w nogach tracę i później muszę się na rękach po ścianach wspinać i czekać, aż krew zrobi swoje.

Dobra, trzeba wracać. Święta, to człowiek też ma plan napięty.

Ach, święta… Nie zadzwonił Pan? Czy próbuje mnie Pan przetrzymać?

Niemniej…

Panie Stefania, spokojnych i wesołych, to już trochę późno, żeby Panu życzyć. No, to może pomyślnych powrotów? Żeby brzuch z przejedzenia nie bolał. Uszanowanie.

P.

wtorek, 10 listopada 2020

To jest Matrix a Thomas jest metalem

 Szanowny Panie,

kiedy pływałem na żaglowcu Fryderyk Chopin to mieszkałem w Kartonie. Karton to dziewięcioosobowa kajuta, w której żyje szkielet statku (załoga, która bez wynagrodzenia gotówkowego pływa po morzach świata, a w zamian pracuje na masztach, kambuzie i czyści kible). W Kartonie panuje kilka zasad. Gdy się wchodzi to nie puka, bo puka tylko ten kto tam nie mieszka. Mówi się po prostu SWÓJ i nikt niczego chować przed nikim nie musi. Po drugie, co dzieje się w Kartonie, w kajucie zostaje. A po trzecie wszystko jest wspólne, no i po czwarte kapitan nie może wejść do Kartonu. 

Słowem kajuta ma swój własny świat, swoje własne prawa, jest odizolowana od praw statku dzięki czemu mieści się w niej wszystko co nie pasuje na pokładzie. To taki schowek emocji, niedopasowań, charakterów. Poza Kartonem należy wykonywać rozkazy kapitana, słuchać się bosmana i pracować. W Kartonie i tylko tam jest się prawdziwie wolnym, w tym rozumieniu, że można pozwolić sobie na spuszczenie powietrza z nadęcia, wyluzować szelki, podciąć gumkę w spodniach, można kojować i nie oceniać. Nikogo. A zwłaszcza siebie.

Na Le Quy Donie była Szuflandia. Nasza kajuta, w której sprawowaliśmy niepodzielną władzę. Był to nasz papierek lakmusowy na codzienność. Można było się ukryć, kapitan jak wchodził to na zaproszenie. 

Na Sea Cloudzie działo się w mesie. Codziennie wieczorem odbywały się tam wielogodzinne imprezy z karaoke, alkoholem i głupimi żartami.

Na Sea Cloudzie II mieliśmy saunę i siłownię gdzie można było spuścić powietrze z codzienności. Bez zmartwień i wyrzucania sobie niedorzeczności.

W Hiszpanii pracowałem dziesięć godzin na masztach i mieliśmy Matrixa. Samochód, którym dojeżdżaliśmy do pracy. Wystarczyło, że nasz kolega puścił rano swoją składankę muzyczną i świat stawał się przyjaźniejszy. Pełny odjazd. Właściciel pojazdu ma swoje własne podejście do świata. Jego ambicje to spokojnie żyć i nie denerować sie codziennością. Co mu generalnie wychodziło, chyba że wkurzał się na rzeczy, których nie mógł przewidzieć. 

Te jego podejście było związane z paleniem dużej ilości trawki co i Panu proponuję, gdy tak czytam ten ostatni list.

Nie, nie wkurzam się na pańskie oceny mojej ignorancji. Bo w historii naszej przyjaźni nie jest nic nowego, że nie bardzo orientuje się w muzyce. Po prostu gdzie indziej przykładam akcenty. Ale wkurza mnie ta Pańska samookrytka. Co też Pan chce od podstarzałych fanów sludge metalu? Czy brzuchowaty tatuś zasłuchujących się w ten pański groove death trash metal metal jest godny potępienia? I czemu się tego wstydzić, gdy Pan widzi zbiory wspólne z tymi cudakami? Jedyne co można im zarzucić - niezmienność poglądów.

Gdy gadałem z Thomasem, właścicielem przybytku, raczej zainteresowała mnie w nim jego pasja do tego tematu. Nie wygasła. Ciągle dająca płomień. To było najpiękniejsze w tym człowieku. Kilkanaście lat prowadził knajpę, która dla wąskiej, lokalnej społeczności była kultowa. Gdzie można było wrócić do swoich przygód dziecięcych z muzyką. Sądziłem, że doceni Pan ten rodzaj człowieka. Może to mój ubogi język. Podobno obraz to tysiąc słów. Niech Pan spojrzy:

Nie jest kudłaty, ale podchmielony to już tak. Za tą swoją konsolą zapuszcza zespół, który tylko Pan rzuci w przestrzeń. To jest super. Niezwykłe że jest jakaś siła, która potrafi na całe życie, mimo przeciwności losu uformować człowieka.

 

Charles Bukowski na swoim grobie ma napisane Don't try. Zabawne, że człowiek bity przez swojego ojca, wyśmiewany w dzieciństwie za niemiecki akcent, chorobę skóry, który całe życie pisał bez sukcesów. W między czasie pracował na poczcie. Dopiero po 50-tce zaczął zdobywać uznanie krytyków. I ten człowiek na ostatnim swoim kamiennym, wiecznym zdaniu pisze Nie próbuj.

Panie Pawle nie da się uniknąć losu. Nie da się uniknąć przeznaczenia. Thomas jest metalem i nim zostanie nawet jak zamknął tę jego budę. Ja tam podziwiam jego i Bukowskiego samozaparcie.

 Thomas jest metalem. 


Ukłony

Stefan W.






sobota, 7 listopada 2020

A wy żryjcie te opiłki!

Szanowny Panie,

jest black metal, death metal, blackened death metal, trash metal, industrial metal, nu metal, groove metal, doom metal, sludge metal, niektórzy powiadają, że może być też stoner metal (chociaż to już naciągane trochę), post-metal, metalcore a nawet metal symfoniczny (który jest już strasznym gównem). Znalazłoby się jeszcze kilka zapewne (chociażby: power, viking, folk, gothic czy speed…). Zasadniczo wszystko to jednak łapie się pod szersze i starsze określenie: heavy metal. A hard to może być tylko rock.

Tyle lat w moim towarzystwie i wciąż taka ignorancja. Ech. W głowie dudni mi Ten Typ Mes: „śmieję się, ale trzeba mieć jaja, żeby z taką beztroską codzienność przyswajać”. Hard metal… a jak tam ta pana motorówka? Już jej żagla dokleili?

Heh. Nie no. W sumie to co mi szkodzi ten hard metal? Może być i hard metal. Ładnie nawet. Deep Jam, Alice in Pearls, Purple Garden, Sound Sabbath, Crazy Hole, The Black Stripes… The Rolling Beatles? Gdzieś. Kiedyś. Pod drugiej stronie tęczy. A może to już było? Bo i po co do tego większą wagę przykładać? Ot, przyzwyczajenie głupie. Nic więcej.

Jakoś nie wiem, czy jeszcze bym się w tym „Frenopatiko” odnalazł. Gitarowe rzężenie – to pewnie tak. Przy alko,  i jakby nie trzeba było z nikim gadać.  Bo sama wizja pogaduszek z jakimś podchmielonym kudłatym barmanem napawa mnie jednak wewnętrzną niechęcią. Wciąż lubię metal, ale od dawna mam dystans do metali, a już ci postarzali to w ogóle padaka. 

Z drugiej strony chyba w ogóle przestałem się odnajdywać, a dystans też mam ogólnie do ludzi. I przynależność subkulturowa, a nawet kulturowa, rasowa, czy jakakolwiek inna, ma tu chyba drugorzędne znaczenie.

Imprezy, spotkanka, kawy, herbatki - Boże, jak to nie dla mnie. Czy my kiedyś urządzaliśmy bibki na siedemdziesiąt osób? Jak to było, że do domu rodziców wpuszczałem tyle ludu? Teraz nikt by mnie do tego nie zmusił.  Chyba bałem się być nudny po prostu. A teraz to mi to tito. Plus dojrzałości. Jesteś zgorzkniały, cyniczny, ale już nie musisz być popularny. Chyba, że kłamię i odwracam kota ogonem.  Może jestem nudny i niepopularny, a żeby nie hodować sobie kolejnej traumy, to wmawiam sobie, że mi to niepotrzebne. Prędzej tak. Ale no… wie Pan… moje systemy obronne działają bez zarzutu. W pełni przekonałem siebie, że do szczęścia potrzebuję spokoju, zdrowia, może odrobinki czasu dla siebie, książki, muzyki. Ludzi? Tak, ale tylko tych najbliższych. Wie Pan – chłopak i dziewczyna, normalna rodzina. I tyle. A nie, że obcych, nowych, innych.

Zapytałby mnie Pan o przyjaźnie z dziesięciu ostatnich lat? Byłoby ciężko. Wszak te z lat młodzieńczych poumierały lub ledwo zipią. No, a przecież to były te prawdziwe, na całe życie. Więc co tu gadać o takich niesprawdzonych, gdzie nie było wspólnych wrogów, ważnych doświadczeń, wielkich przygód i tym podobnych…

Och, głupcze. A to, to po co niby? Latasz z wywalonym jęzorem i się próbujesz łaszczyć do pierwszej lepszej duszy. O ile sensowniej byłoby napisać list do kolegi i wysłać go do KOLEGI, a nie w niebo rzucać. Krzyczeć, że „paczcie, paczcie! To ja! JA! TU JESTEM! HALLLOOO! KOCHAJCIE! KOCHAJCIE!”.

Racja, racja. Pycha. Udawanie, że nie zależy. Och, to takie niegodne…

Nie, Pawle - to zwyczajnie żałosne. Teraz będziesz próbował to rozrzedzać słowami, zakopywać? Zrzucić na co? Na to, że się w głowie poprzestawiało? Żeś stary? Żeś tępy? Chciałbyś, wywłoko, żeby ktoś uwierzył, żeś warty. Bo produkt nie musi być skończony, wystarczy, że daje poczucie, że mógłby być lepszy. Przyznaj, że boisz się nawet paszczę otworzyć, bo tam takie nic, że aż przeciąg.

GŁASZCZ! GŁASZCZ! Przyjaciele, co? No dawaj grabę! Będziemy się kolegować? Tylko ja nie mam za dużo czasu, ani chęci. Czy to Ty możesz zabiegać, zagadywać, być lojalnym i opiekuńczym? I co Cię interesuje? Kim jesteś? Oj, zresztą, to mnie nie interesuje tak naprawdę. Podrap za uszkiem, podaj miskę. Głaszcz. Tylko odsuń się trochę, nie tak blisko, daj oddychać! Boże! Nie pchaj się tak!

Panie Stefanie, chyba, kurwa, ja rzeczywiście wciąż sam jestem jednym z nich. Głupio mądry, przykładnie zbuntowany, kochający wolność, ale tylko taką opartą na pewnych nienaruszalnych zasadach. Tak kocham klasyfikować, szufladkować, nazywać. Czarna, włochata góra kompleksów. Jebani metale!

Ave satan!

Paweł D.

PS. Jeszcze jest progressive metal, glam metal, a nawet avant-garde metal (chociaż do tego ostatniego, to nawet nie umiałbym przyporządkować żadnego zespołu… może Fantomas? Ale, cholera wie…)

niedziela, 1 listopada 2020

R.I.P. Frenopatiko


Szanowny Panie,


wczoraj wieczorem spacerowałem po świetle latarni, który odbijał się w kamiennym bruku Vigo. Z nieba spadał taki drobniutki deszcz, który wielu ignorowało. Kilka osób jedynie otworzyło parasolki. Jesień w Galicji jest mokra. I ciepła na razie. Będzie padało aż do następnego lata. Podobno też wiało. A taki deszczyk to nie deszczyk. Mżawka jesienna, niegodna uwagi w noc dedykowaną Śmierci. Ciepła noc. Rozgrzana dodatkowo gorącymi kasztanami zawijanymi w gazetę w tubkę. Kłębiaste wełny chmur zasłaniające niebieskie iberyjskie niebo nastrajają do poezji i muzyki. Stąd tutaj tylu pisarzy i ulicznych grajków. W co drugim domu mieszkał galicyjski pisarz, w co trzecim muzyk. Znam już wielu współczesnych. Jest taka knajpka, którą nazywam Pod Kogucikiem, w której grają bolero. Musiałby Pan to zobaczyć. 

Chadzam tam na wermuta. Słucham kontrabasu, gitary i Sinatry - tak go nazywam. Na łapach i nogach wytatuowane sceny z książki Autostopem przez Galaktykę, kolczyk w nosie i uszach, tusza jak u świętego Mikołaja, do tego świetny głos. Gdy milknie uwagę wszystkich przykuwa kontrabasista Alex z dredami, lekko pijany. Chce soku, bo po wczorajszym wieczorze głowa boli. 

Ech... Wszyscy mówią, że w zły czas przyjechaliśmy do Vigo. Że jest tu tyle festiwali muzycznych, tyle wydarzeń kulturalnych, wystaw, imprez. Dzieje się non stop. A teraz wszystko sprowadza się do kilku ulicznych grajków i jednej knajpki z bolero. Jak impreza dobrze się rozkręca, to kucharz Kogucika rzuca garami i przyłącza się do grajków, w ręku dzierży flet poprzeczny. Policja rozgania towarzystwo po godzinie słuchania muzyki. Nie może być w knajpie więcej osób niż trzydzieści. Plus wprowadzono godzinę policyjną o 2300. 

 Bruk mieni się światłem latarni a ja czuję się opuszczony. Odkrywam, że nie umiem spędzać czasu samemu ze sobą. Jadać bez towarzystwa nie lubię, gadać do siebie też nie bardzo. Jak milczeć to tylko w grupie. Chodzę na tym mokrym kamiennym bruku, a dookoła mnie biegają dzieci wymalowane, przebrane. Cukierek albo psikus. Rodzice zabierają je do knajpek, aby podjadły panierowanego kurczaka, który wygląda jak ludzkie palce.

Dużo tu też na ulicach psów, zwłaszcza chartów. Chociaż nie ma gdzie tu biegać i tylko jeden niewielki park w samym centrum. Wielu mieszkańców Vigo adoptuje te psy ze wsi. Podobno po przegranym wyścigu, charty są uśmiercane, a nawet żywcem obdzierane ze skóry. Aż trudno uwierzyć. W związku z tym wielu ludzi adoptuje te zwierzaki, aby nie czekał ich tak straszliwy los.

Fryzjerka, która wczoraj ścięła moją morską burze włosów i znów wyglądam grzecznie, mówi, że nigdy nie słyszała o święcie Samhain. To taki celtycki pierwowzór Halloween, do którego tutejsi narodowcy nawołują. Tak naprawdę, zazwyczaj jest jak w Polsce, kwiaty i znicze na cmentarze plus spotkania rodzinne. Tych ostatnich tego roku zabronili. Zamknęli miasto, aby wirus nie rozprzestrzeniał się na okoliczne wioski. 

Godzina policyjna i zamknięte miasto. Naprawdę smutno jest na tych brukach. Jeszcze rano było fajnie. Ostatni raz skorzystałem z karnetu na siłownię i saunę. Pierwszy raz też byłem w solarium (żeby spróbować jak to jest), potem poszedłem na gorzką gorącą czekoladę i churrosy. Deszcz mży. Czekolada rozlewa się ciepłem po cielsku. Piękne te moje ciało. Jak te dziewczyny na ulicach kolorowe (bo starsze też się poprzebierały). Śmierć. Wszyscy tam dążymy. W jedną stronę. Ulicą lekko w dół biegnącą. Knajpki pozamykane, bo nie warto otwierać. Ja sam chodzę. I chcę się po prostu napić. Mam dwa i pół euro w kieszeni i postanawiam pójść do Frenopatiko.

To jedno z moich ulubionych miejsc w Vigo. I piszę o nim dlatego, że jestem pewien i Panu się by spodobało. Znalazłem ten adres, gdy pewnego razu wyszedłem z Mszy Świętej w kościele, by się powłóczyć po mieście. Tuż przed pierwszą popołudniu, a ja słyszę porządne łojenie gitar. Wchodzę do ciemnego pomieszczenia. Na ścianie wisi trumna, z niej wyskakuje trup. Zamek Draculi. Ściany odrapane. Kukły, wisielce. Grają na małej scenie. Jakiś galicyjski hard metal. Pytam się barmana, co tu się dzieje. A on ze spokojem odpowiada, że to ich Niedzielna Msza. No i wsiąkłem. Przychodzę tu co tydzień. Thomas - barman, zna wszystkie odmiany muzyki metalowej. A także wszelkie zespoły na świecie grające taką muzykę. Chętnie go przetestuje, jak Pan nie wierzy, więc proszę w komentarzach przesłać nazwy kilku zespołów, które znane są nielicznym wtajemniczonym.

Stała klientela też już mnie rozpoznaje. Gadamy sobie o codzienności. Większość nawalona jest już około drugiej popołudniu w niedzielę. Na koszulkach takie napisy jak: Accept, Death, Kursk, Maromalo, Bat, Manilla Road Mystafication. 

Thomas prowadzi ten przybytek kultury długowłosych buntowników wspomaganych alkoholem od szesnastu lat. Jest to jedna z tych zapomnianych scen undergroundowych. Niestety 16 listopada tego roku musi ją zamknąć, bo budynek grozi zawaleniu. Szesnastego listopada będzie wielka impreza z tej okazji. Mnie pewnie już tu nie będzie. A Thomas płacze po pijaku, że kończy się mu życia sens.

Frenopatiko po staro-galicyjsku oznacza Dom Zły, albo Dom Wariatów.

Ukłony

Stefan W.

sobota, 24 października 2020

Goździki

Szanowny Panie,

z początku miałem przepraszać za to niepisanie. Jakoś czuję, że ten wyjazd chyba dla Pana jakiś bardziej samotny, że może chętniej by Pan pozwolił sobie na jakiś dialog, a tu jak kamień w studnię. Do dupy z takim kolegą, pewnie Pan pomyślał nie raz. A może i nie, bo czegóż innego się po mnie spodziewać. Nie mniej przeprosin nie będzie. Bo to zupełnie nie moja wina. Całkowitą odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi moja małżonka, no i córka, i syn jeszcze. W 100%. Ich to wina, niech się Oni tłumaczą przed Panem, jeśli by Pan chciał to roztrząsać. No Panie, wyjście na plac zabaw w sobotnie okołopołudnie – 2 godz. Nie przesadzam. Tyle to trwa. Próbuję wczuwać się w nadzorcę niewolników, wyimaginowanym pejczem popędzać towarzystwo, ale tylko kwiczę gniewem, tłukę raciczkami to tu, to tam. Niczego to nie przyśpiesza, tylko ogólna niechęć się piętrzy. Antoni wściekły, bo poszliśmy w lewo, zamiast w prawo. Justyna w myślach na barykadach, obcasem PiSowski łeb miażdży. Irmina luz. Do drugiego skrzyżowania. Potem foch. Omija mnie szerokim łukiem.

Kitram się teraz w ciemnym pokoju, jak sztubak. Może akurat klocki, obiad, książki, czy co tam innego, wystarczą przez chwilę. Może niczyja potrzeba mnie nie sięgnie i nie wciągnie.

Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że mimo tak długiego czasu od ostatniej fangi, to niewiele mam Panu do przekazania. Musi Pan wiedzieć, że dosyć często zdarza się, że łażę, siedzę w pracy, czy też coś innego robię i w głowie układam sobie, co też mógłbym do Pana napisać. No i wychodzi mi, że to błahostki jakieś, bez znaczenia rzeczy, puchy straszliwe.

Stoję w fartuchu na skraju kuchni. Pyzaty, w okularach. W jednej ręce biały kubek, w drugiej szmatka. Wilgoć zbieram, do szafki suche już odkładam. Radio brzęczy. W nocy pod domem Jarosława K. szwadrony policji. Obywatela bronić trzeba było. Kobiety wściekłe, dziki tłum. Wypierdalać. Jebać PiS. Były też hasła inne, ale te, kto by zapamiętał? Na pociętych kartonach: wojna. Dziś Ona znowu tam – idzie, krzyczy. By lepiej było.

Później na spacerze z dziećmi. Siedzę na skraju piaskownicy. Piasek klepię. Babko, babko, udaj się, bo jak nie, to cię zjem! Ciemno już. Piątek to chyba, chociaż nie wiem na pewno. W pandemii chyba mniej latarni włączają, żeby ciemniej było i mniej przyjaźnie, żeby szybko robić, co swoje i wracać szybko. Twarzy nie widać żadnych. Jesień, to i od razu ponure te stroje. Ostatnie bure myszy w zakamarkach znikają.  No dobrze, może czasem i żółte, i niebieskie też. Takie kurty pikowane na przykład przywdzieją. Pasuje taka, jak masz czterdzieści i jak masz czternaście. Ach, Boże mój, czemuż tak nijak? Pan może teraz myśli, że ja bym chciał, żeby to zrobić z klasą? Jak dawniej? Żeby damy w sukniach i dżentelmeni we frakach? Parasolki, buty od Kielmana, gładko zaczesani, z przedziałkiem, czy jakoś tak? O nie, nie, proszę! Myślałem bardziej o bufoniastych czerwieniach, o cekinach, błyszczących zieleniach, złotej farbie na twarzy, o półmetrowych szponach, o weneckich maskach. Płynąć przez miasto w białych falbanach. Kilkanaście centymetrów ponad chodnikami. Sunąć dumnie, zagarniać spojrzenia, a czemu by nie?

W domu cisza. Krzątam się. Zadzwonię talerzem, zaszuram krzesłem, to przesunę, to zagarnę, coś postawię, coś przewrócę. Pranie włączę, będzie szumieć. Lub zmywarkę. Panna J. pracuje, albo i już nie. Nie pytam. Dzieci oglądają bajki chyba. Postoję przed lustrem. Te boczki takie oporne. Macam je i ściskam. Skąd toto się bierze? Paskudztwo. A mniej jem… jadłem. Cukru trochę mniej i chleba jakby mniej. To znaczy wcześniej, bo teraz znowu jem. Oglądam się z boku i z przodu. Wciągam brzuch i wypuszczam. Oceniam, czy to jest szansa jeszcze kogoś oszukać, że to ciało jest lepsze niż jest.

Dziennik. Gazeta prawna. Pierwsze cztery nagłówki o koronawirusie. Duda chory. W kuchni nad kawą komórkę scrolluję. O, jest i o protestach. Dużo było ludzi. Kilka tysięcy podobno. No, ale może kłamią.

Zapowiadają strajk i kolejne wystąpienia. J. siedzi chyba na jakichś forach. Zbiera pewnie argumenty do merytorycznych dyskusji, które gdzieś tam na horyzoncie. Dużo czyta, co by umysł był jak brzytwa. Prolifersi jeszcze się cieszą. Od trzech dni zaśmiecają internet tym swoim tryumfem. Może nie czują, że w zaciszu mieszkań warszawskich osełki poszły w ruch. A i w innych miastach też już się kobiety szykują. Ma być wojna. Może tych klechów starych na taczkach w końcu wywiozą? Może zburzą ten patriarchat przestarzały. Iskra tylko i zacznie płonąć. Wszak zawsze tak jest.  Antek w szkole. Irmina się przebudziła, coś jej trzeba będzie na śniadanie przygotować. J. chyba już „status” ma. Zadania rozdzielają i do pracy. J. jak robi, to nie gada. Zakasa rękawy i zasuwa. Nie ma czasu na pogaduszki, czy nawet na to, żeby o jedzeniu myśleć. Tak łatwo się odcina. Ja próbuję swoje zrobić też, ale łatwo się rozpraszam. Pracuję w kuchni. Kanapkę sobie zrobię, kawkę, to z Irminą pogadam, to coś do garnka wrzucę. Jak sekunda się znajdzie, to zajrzę na „Vinted”, może ktoś akurat się chce pozbyć koszuli jakiejś lub może jakieś spodnie wypatrzę.

Zasypiam ostatnio nieźle. Głowa do poduszki i już mnie nie ma. Nie myślę o złych rzeczach, a i o dobrych staram się za dużo nie myśleć.

Z wyrazami szacunku,

Paweł D.

środa, 29 lipca 2020

Jeż i zając

Szanowny Panie,

nie mogę zasnąć. Włączona pralka na trzy godziny, cały czas wiruje. Jutro będę cierpiał z tego powodu, bo hiszpańskie domy, nie są polskimi i ściany u nich cienkie. Słowem cały blok słyszy, że piorę. Tak, będę cierpiał. A teraz nie śpię, bo przecież muszę wyciągnąć wszystko z bębna.

Opowiedzieć Panu bajkę? Jest późno. Za 20 minut pierwsza w nocy. Opowiem. Na dobranoc. Nie wymyśliłem jej samej. Bracia Grimm napisali ją, a jest o jeżu i zającu. Cała historia jest prawdziwa, z dwoma oficjalnymi morałami i jednym moim.

 Cicho. Sza. Czas zaczynać.

Był sobie jeż. Lubił wieczorami dreptać po ogrodzie i wynajdywać różne smakołyki. Pewnego razu zaszedł aż na pole. Przebywał tam zając, który nigdy wcześniej jeża nie widział w tych okolicach. Zaśmiał się od razu.
- Nigdy nie widziałem tak krótkich nóg. Wyglądasz bardzo śmiesznie.
Takie obejście oburzyło jeża i mruknął tylko o tym jaki to zając jest niegrzecznym.
- Na pewno nie umiesz się ścigać. - Powiedział zając, który lubił prędkość.
- Moje nogi idealnie nadają się do biegania. - Rzucił jeż bo nie mógł pozwolić sobie na taką impertynencję.
- W takim razie zmierzmy się.
- Oczywiście. - Zgodził się od razu jeż.
Umówili się na następny poranek. Zając poszedł szukać marchewek, a jeż do swojego domu. Czekała tam na niego małżonka, której zaraz opowiedział o zakładzie.
- Nigdy nie dogonisz zająca. - Jeżowa znana była w całym ogrodzie z niedowierzania.
- Oczywiście, że dogonię i ty mi w tym pomożesz - Powiedział jeż. A całość zabrzmiała bardzo tajemniczo.

Następnego ranka jeż z zającem stanęli na linii startu na największej polance w ogrodzie. Gdy gołębica gruchnęła START - ruszyli. Zając szybko wyprzedził jeża, a ten od razu po starcie ukrył się w krzakach. Gdy zając dobiegał do mety, jeżowa która wcześniej schowała sie przy linii mety krzyknęła "już jestem!".

Zając zdziwił się bardzo. Jeż i jeżowa są bardzo podobni dla zająca. Wzburzony zażądał rewanżu. Tym razem jeżowa stanęła do wyścigu. Po chwili zając biegł ile sił miał w nogach, jeżowa schowała się w krzakach, a jeż z linii mety krzyczał już jestem.
Zając żądał rewanżu siedemdziesiąt siedem razy i za każdym razem przegrywał. W końcu wyczerpany się poddał.

Od tamtej pory żaden zając nie ściga się z jeżem.

A morał z tego taki, żeby nigdy nie śmiać się ze słabszych i mniejszych.
Drugi morał żeby za żonę brać sobie kobietę ze swojego stanu. Niech jeże będą z jeżami.

A trzeci morał jest taki, że ile by zając sił w nogach nigdy nie dobiegnie do mety, jeż zawsze jest w domu, bo ma wokół rodzinę i przyjaciół.

O taka historia.

Stefan W.