piątek, 27 grudnia 2013

Głową w dół

Szanowny Panie,

jak przeważnie było za mało, żeby z czegoś nagrabić myśli kupkę, to teraz jest dużo. Jak było przed, to jeszcze to jakoś było do ogarnięcia, ale po, to już się okazuje, że trudno z tego spójną historię sklecić. Może jak to wszystko poosiada, to jeszcze wrócę do porodu, tego co było zaraz przed i tego co było chwilę po. Na razie to wszystko się wałkuje, pulsuje, wciąż się ugniata. Ja tymczasem nie czuję się dorośnięty wystarczająco do tego, żebym mógł o tym napisać trzy zdania składne i później nie wstydzić się ich małości. 

Teraz jest tak - Antoni Feliks D. robi to, co wszystkie dzieci robić mają w zwyczaju - oczywiście na ile znam się na dzieciach i ich zwyczajach, a nie znam się przecież za bardzo. Zatem Antoni je, śpi, płacze, siusia i robi kupy. Niby niewiele, a jednak nie tak łatwo się w tym odnaleźć. Bo Antoniego nie trzymają się jeszcze nasze głupie zasady. Nie budzi się o siódmej, nie zjada trzech posiłków dziennie i w ogóle jest całkiem wolnym człowiekiem. Tyle, że ta jego wolność wymaga kogoś, kto da cyca lub zmieni pieluchę. I tu pojawiamy się my - rodzice. Ludzie z innej rzeczywistości niż ta pełzacza. Ludzie sztywni ze świata dużych zasad. Twardych. Oczywistych. Nienaruszalnych. Teraz zaskoczeni, że ktoś gwiżdże sobie na to wszystko, co nam tak namolnie wtłaczano latami. Zasypiamy tradycyjnie o północy, aby wstać na godzinę za godzinę, później zasypiamy na półtorej, żeby wstać na pół, a robią się z tego dwie, potem jeszcze na godzinę oczy zmrużymy, a tu już trzeba zaraz wstawać. I nie twierdzę, że jego sposób na życie jest jakiś gorszy. Może i lepszy. Po prostu nam się chyba trzeba poprzestawiać, bo powiem Panu szczerze, że od tego czasu poszatkowania, to na razie czuję, jakby mnie się mózg kręcił dookoła czaszki. Chociaż może to jeszcze trochę za sprawą zatrucia z pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia.

Leżymy teraz na naszej nowej, kolorowej kapie głową w dół. Znaczy - każde w swoją stronę. Gastro z łbem na zachód skierowanym, Panna J. z głową zadartą w górę, bo czyta Imperato-ra, ja ukierunkowany jestem północnie, czyli na południe nogami, a człowiek mniejszy skośnie, czy też zupełnie inaczej. Kropki i kreski. 

Jak się obudzę już na chwilę, to coś więcej napiszę. A powiem Panu, że jednym z moich postanowień noworocznych są  częstsze wpisy na Fandze. Bo to już obciach tak cztery na miesiąc i to na dwie osoby. I wiem, wiem - to przeze mnie, ofkors. Ale będzie lepiej, będzie lepiej!

Paweł D.

czwartek, 12 grudnia 2013

Nie mrużenie oka


Szanowny Panie,

nie odzywam się do Pana. Pomyślałem, że właśnie nie kontaktowanie się z Panem będzie moim wkładem w nie zakłócanie pańskiej ciszy. Wyczułem wcześniej, że nie należy Pana nagabywać, że teraz to wasz czas! Bardzo mi zatem ubyło zajęć, bo okazało się, że ścianka wspinaczkowa, telefony do Pana i ewentualne wspólne piwo zajmowały mi sporą część dnia. Odkryłem w sobie niezwykłe bogactwo snu. Śnię o plastycznych przedstawieniach teatralnych, w których główną rolę odgrywają instalacje wodne, czy też o Picassie któremu to moja babcia na imieniny daje lewkonie. A dzisiaj o diamentach, które broniłem przed hordą znajomych, którzy chcieli mi je odebrać. Pobudki mam o 3 nad ranem i potem długo zasnąć nie mogę. Poddaje analizie swoje sny. Nie mam wiedzy Freuda, ale coś oznaczać muszą. Na razie oznaczają tyle, że wszędzie widzę wariatów: fioletowe twarze, smutne, albo bezsensownie wesołe. Słonko jak praży to psy srające na trawę, a wiatr jest za zimny i niemiły. Obdarte puszki, zapach czerwonego lakieru do paznokci, nie mrużenie oka, papiery w kieszeni, rozwiązłe sznurowadła, ćwiczenia fizyczne na boczki, kobiety nie słuchające, obgryzanie paznokci, buty w panterkę i torebka także, bywanie na bankietach, nie mrużenie znowu...

To może zamiast pisać podaruje prezent urodzinowy Aleksandra w urodziny cioci Blanki :) Najlepszego dla chrzestnej mojego najmłodszego brata.




Miłego oglądania

Stefan W.

niedziela, 8 grudnia 2013

Poczekalnia

Szanowny Panie,

a my czekamy. Panna J. czyta, przegląda fejsunia, szuka szafek i poleguje. Ja trochę się krzątam, to wyniosę worek ze śmieciami, to znowu coś przeprasuję. Jak dorwę się do komputera, to jakiś komiks połknę, jak nie, to kilka stron książki przemęczę. W głowie próbuję ułożyć sobie recenzję płyty Stone Temple Pilots z 2010 roku, ale jakoś nie idzie. Poleguję. Gastro ospały. Też poleguje i to przez cały czas prawie. W piątek nad Polskę nadciągnął Ksawery i przyniósł trochę zimy. Dziś było ładnie, ale popołudniu trochę śniegiem sypnęło. Nie przysypało nas niby jakoś całkiem, ale ja się czuję tak, jakbym zapaść miał w sen dłuższy. 

Torby mamy spakowane. Jest tam całe mnóstwo rzeczy. Ja oczywiście nie wiem, co dokładnie. Zamierzam improwizować, jak przyjdzie coś tam z nich wyjmować. Wiem, że nie ma tam na pewno moich kapci, a być powinny, ale ja kapci po prostu nie mam. 

Za niecałe trzy godziny będzie już ten dzień, co to już jest tym dniem terminowym. Niby nic to nie znaczy, ale Panna J. powiedziała, że zamierza w terminie. Oczywiście niewiele chyba w tym przypadku od niej zależy. Patrzymy ciągle, czy brzuch już opadł. Mnie się zdaje, że jakby się trochę spłaszczył tylko. Panna J. twierdzi, że opadł. Ja tam nie wiem, nie widzę. Staje ona przed lustrem, bokiem, gładzi się po brzuchu i patrzy. Tylko że lustro stoi na ziemi, więc nie wiem, czy się perspektywa nie zmienia? Skurczy nie było jeszcze żadnych, więc paniki nie ma. 

Trochę podziębieni jesteśmy. Mnie głowa tylko boli, ale Panna J. ma katar i ból gardła. A wie Pan, że ciężarne strasznie chrapią? Chciałem sprawdzić dlaczego, więc zacząłem wpisywać w googla: "dlaczego..." ale od razu wyskoczyło "dlaczego mężczyźni kochają zołzy". No i wpadłem w burzę złotych myśli i wyblakłych oczywistości, którymi nawet miałem się tu z Panem podzielić, ale pomyślałem, że szkoda miejsca na serwerach. Ale już chyba wiem, czemu mężczyźni kochają zołzy (nie żebym wcześniej nie wiedział - zołzy są po prostu fajne). No więc straciłem te piętnaście minut życia, ale później dowiedziałem się też, co też z tym chrapaniem i to podobno od nacisku na przeponę, estrogenu, który powoduje obrzęk śluzówki nosa, a może też być od większej ilości tłuszczu w organizmie i zatrzymywania wody. 

No i tak leżymy. Znaczy byliśmy na spacerze dłuższym, ale teraz to leżymy. Wiem, wiem, miałem iść z Panem na ściankę. Bym się ruszył, to by mi i dobrze zrobiło. Nawet sam miałem do Pana już zadzwonić, ale... w końcu pomyślałem, że chyba jednak nie chcę iść. Bo przecież tu czekanie na mnie czeka. Polegiwanie. Podjadanie. Poddenerwowanie - paradoksalnie pomieszane z zamuleniem i odrętwieniem. Szkoda mi z tego rezygnować. 

Pozdrawiam,
Paweł D.

piątek, 29 listopada 2013

Siedem dni bezsennności

Szanowny Panie,


dzisiaj spałem pół godziny przed treningiem koszykówki. Karol skręcił nogę, moja drużyna przegrała wszystkie cztery mecze. Graliśmy jednak odważnie i włożyliśmy w to mnóstwo zdrowia. Myślałem, że jak się zmęczę to pójdę szybko spać. Nie poszedłem. Leżałem całą pierwszą godzinę dnia na kanapie i wraz z kotem nie mogliśmy zasnąć. Ona miauczała, mruczała, a nawet rzygała na dywan, a ja leżałem i przywoływałem sny. Nie przyszły. To tydzień. W tym tygodniu przespałem jedną noc. A to i tak dlatego, że byłem nawalony po spotkaniu z bosmanem A. Znaczy, że bez alkoholu nie mogę spać. Nie wiem. A może dlatego, że zbłądziłem? Za długo sobie pozwalałem na tą niewyjaśnioną sytuację mieszkaniową, w jakiej się znajduje. Liczę, że właśnie o to chodzi, bo od poniedziałku mieszkam w Warszawie na Mokotowie. Nie stać mnie na to, ale i tak zamieszkam, bo muszę coś zacząć robić. Chociażby pisać. Niech będzie nieprzynoszące dochodów pisanie. Codziennie jedna strona, można by od tego zacząć? Bezsenność przychodzi po prostu z bezczynności. Moja bezczynność jest tak pełna, że mój organizm nie potrzebuje ładowania baterii. Po prostu się nie wyładowują. I niech Pan nie mówi, że to przez ten serial... bycie tatą, podejmowanie decyzji, ich rozpatrywanie jest wciągające i pouczające, ale nie może być aż tak nastrajające, że nie mogę zmrużyć oka. Pod oczami robią się kamienie, a nie piasek, powieki stają się ciężkie, głowa boli, zaczyna chcieć się rzygać. Nie dobrze. Ręce są zmęczone, nogi także. Kręgosłup jest pochylony bardziej niż zwykle. Kolejny dzień rosnącego brzucha uważam za zaczęty. Jest piątek, za godzinę będę w samochodzie, kierunek Kraków. Może tam się wyśpię, daleko od kanapy i serialu Friday Night Lights.

A jak wrócę to już spać będę normalnie, pić mleko, ganiać i ćwiczyć, pisać codziennie jedną stronę. Skupię się na tym co ważne. Aby zasłużyć na nagrodę. Na razie nie śpię! Może w Krakowie?

Stefan W.

piątek, 15 listopada 2013

Gastro, kret i kot

Szanowny Panie,

Panna J. ma już brzuszek jak bańka mydlana. Duży i okrągły. Nadziwić się nie można, że tam siedzi ktoś. I to zasadniczo nie wiadomo jeszcze kto. Możemy już mówić o płci, imieniu i tak ogólnie, że człowiek. Ale co to będzie za człowiek? Zagadka.

Wyszedłem wieczorem z Gastrem na spacer. Standardowe siku przed psa spaniem. Tak, żeby do tej siódmej wytrzymał i nie jęczał mi nad uchem. W kurtę się odziałem, w kaptur opatuliłem, bo i chłód jakiś na dworze. Kilka kroków od furtki tylko zdołałem zrobić, gdy kątem oka ujrzałem jakąś kulkę czarną na granicy jezdni i trawnika. Jeż - pomyślałem natychmiast. Tylko jakiś malutki. Głupie jeże. Zawsze wieczorami zaczynają te swoje spacery po zaułkach miast. Nie mogą naprawdę siedzieć w tych swoich ogrodach, gdzie bezpiecznie? No nic - powiedziałem w duchu - przecież tępy chyba nie jest i wróci zaraz na to swoje zielone. Szedłem więc dalej, spoglądając tylko kontrolnie na małe, czarne coś. Jeż? Za mały i za czarny chyba. Kret! Dopadło mnie nagle. Kret. Ślepy krecik. Sam na ulicy. I jakoś wcale nie podążał już w stronę trawnika. Krecie-matołku, wracaj z ulicy! Już się we mnie coś przełamało i ruszyć w stronę kreta chciałem, co by przenieść go na trawnik, gdy nagle, jakby worek z samochodami się rozpruł. Jeden, drugi , trzeci. A ten czarny, jak głupi jakiś, zamiast w lewo, to w prawo. Z ulicy skraju, ku osi jezdni. A tu teraz ciężarówka. O nie, nie, nie! Mnie ciśnienie się podniosło. Patrzeć na to nie chciałem, bo pewny byłem, że zaraz świadkiem się stanę rozpłaszczenia kreta na asfalcie. Wzięła jednak maszyna kreta między koła. Pierwsza. Bo już zbliżały się następne. Biec już chciałem, ale tu Gastro, naprzeciw TIR-y, a w środku moje odrażające niezdecydowanie. Ale kret nagle jakby zmądrzał i na węch chyba od środka jezdni się oddalać zaczął. Przemknęły ciężarówki - koła o centymetry tego małego-czarnego minęły, ale podmuch sam kreta przekoziołkował kilka razy. Szybkim krokiem w stronę zwierzaka podszedłem, gotowy już psychicznie, żeby złapać go i odnieść w miejsce bezpieczne albo chociaż nakierować na ten trawnik, co jak ziemia obiecana,  na ślepego cierpliwie czekał. Nie wiem tylko, czy z nerwów, czy też z czystej tępoty mojej, Gastrowi za mało smycz ściągnąłem. Gdy tylko znalazłem się na długość kroku od kreta, pies mój ruchem błyskawicznym czarnego w zęby chwycił. Ja przerażony zakrzyknąć zdążyłem tylko i szarpnąć smyczą w tył - kret z paszczy Gastra wyleciał, do góry poszybował, zakręcił się w powietrzu kilka razy i na asfalt opadł. Psa przez łeb zdzieliłem i zganiłem go ostrym słowem. Usiadł spokojnie. Ale co z tego? Kret na plecach leżał. Jeszcze łapkami lekko poruszał, ale niemrawo jakoś. Przewróciłem go na brzuch  i obserwować zacząłem, czy po chwilowym szoku, nie pójdzie przed siebie. Ale nie poszedł. Nic nie zrobił, tylko ruszać się przestał już zupełnie. O ja głupi! Zabiłem kreta. Znaczy Gastro zabił, ale przeze mnie. Gastro! Ty paskudniku! Po coś to zrobił?! Pokrzykując tak do psa, zdałem sobie sprawę, że ktoś na mnie patrzy. Drugą stroną ulicy przechodziła dziewczyna i wyraźnie mnie obserwowała. Nic dziwnego - podchodzi do ulicy, odchodzi, krąży, na psa krzyczy - albo dziwak, albo coś podejrzanego robi. Ale co mnie tam dziewczyna, gdy przede mną na ulicy kret leży - martwy chyba. No bo może nie? Może tylko poturbowany, w ciężkim szoku? No to już rękę wyciągnąłem, żeby go podnieść, gdy ni stąd, ni zowąd w mózg uderzyło mi tylko jedno słowo: toksoplazmoza. Ja nie wiem oczywiście, co to jest dokładnie, ale Panna J. nie ma na to odporności, a to jest w ziemi, a krety są z ziemi, więc ciąg skojarzeń i tak, rękę nad kretem zatrzymałem. Pomyślałem, że teraz to dziewczyna z naprzeciwka już na pewno ma powody, żeby mnie podglądać. No dobra - pomyślałem znowu - wezmę go przez foliową torebkę. Trochę to jakieś nieludzkie, ale jeśli nie żyje, to i tak mu nie zależy na ludzkim traktowaniu pewnie, a w ogóle to w końcu jest - czy też był - kret, więc myślę, że klepałoby go, czy przez torebkę go niosę, czy nie. No to zaniosłem go na taką betonową wylewkę pod płotem, zaraz obok czyjegoś ogrodu. Wiem, mogłem go od razu w trawie położyć, ale pomyślałem, że jeśli żyje, to na pewno się ruszy, kiedy ja odejdę, więc jak będę wracał ze spaceru i go już nie będzie, to trochę mnie się humor poprawi i sumienie mi zbieleje odrobinę. Oddaliłem się, ale oczywiście z daleka zerkałem w stronę miejsca, gdzie zaszły dramatyczne te okoliczności. Zaraz na miejscu pojawili się ciekawscy. Najpierw dziewczyna. Udawała, że niby przypadkiem przeszła przez ulicę - trochę dalej, tak na przystanek niby - ale zaraz, krok po kroku, znalazła się tam, gdzie ja jeszcze dwie minuty wcześniej byłem. Poczułem się jak początkujący złodziejaszek, którego przyłapano w sklepie, jak właśnie pod kurtkę wpychał sobie latarkę lub komplet sztućców. No patrz dziewczyno, patrz do woli - leży tam ten kret. Martwy. Zadowolona? Dżizas.
Bardziej zaniepokoił mnie drugi ciekawski - wielki, szary kocur. Jak mały-czarny nie żyje, to co mi tam, niech sobie dachowiec bezcześci jego zwłoki. Ale co, jeśli przeżył, tylko jest niemrawy, poturbowany i nie poszedł jeszcze w trawę? Wtedy kot niechybnie dokończy dzieła. Nie ma wątpliwości. Cholerny świat! Trzeba biec, kreta ratować! Znowu. Dalej Gastro! Przepędzić kocura nam trzeba. Szary-mruczący krążył wokół wiadomego miejsca, a kręgi te zdawały się zacieśniać z sekundy na sekundę. Chwilę później byliśmy już przy kocie. Gastro wyskoczył do przodu, tym razem panowałem jednak nad sytuacją, więc nie było szansy, żeby dachowca dziabnął. Szczekać tylko zaczął - tak po swojemu, trochę jak baba. Szary się najeżył w momencie, tak że optycznie nagle stał się większy ze dwa razy, po czym czmychnął na płot, a zaraz potem za płot, i tyle tylko go widzieliśmy. Kret leżał za to na miejscu - tam, gdzie go zostawiłem - nadal nieruchomy. Popatrzyłem na niego jeszcze przez moment. "Chodź Gastro, idziemy do domu" - powiedziałem do psa i powoli, ciągnąc nogę za nogą i łapę za łapą, oddaliliśmy się od małego-czarnego.

Ciekawe, co by z nim było, gdybym nie zwrócił na niego uwagi i po prostu zostawił samemu sobie. Na pewno pożyłby dłużej, przynajmniej o chwil kilka, ale jak to mawiał mój dziadek: "A co by było, gdyby tu było oko?"

W bańce mydlanej siedzi ktoś. Nie większy wiele niż mały-czarny. I trzeba go będzie trzymać z daleka od osi jezdni i bronić przed ostrymi kłami psów wszelakich. Niepokój.

Paweł D. 


wtorek, 5 listopada 2013

Przyjemność ziewania

Szanowny Panie,

weekendy powinny być trzydniowe. Dzięki temu, któryś z dni laby staje się kwintesencją odpoczynku. Nie chcę powiedzieć lenistwa. Lenistwo zakłada, że mamy jakąś pracę do wykonania, której z czystego lenistwa właśnie nie robimy. W sobotę robiłem kompletnie "nic". Znaczy się nie miałem w głowie jakiś niewykonanych zadań, wyrzuciłem je z myśli. Po prostu spałem ile mi się chciało, bez poczucia straty czasu. Ubrałem się wtedy gdy miałem ochotę, bez świadomości straty poranka. W końcu "nic" nie robiłem. Nie pisałem, nie szukałem zajęć. Nie chciało mi się czegoś. Z płaszczyzny "nic" wyszło "coś". Zachciało mi się sprzątać... posprzątałem, chciałem wyjść z psem... wyszedłem, w końcu zobaczyć się z M&M, to ich zobaczyłem. Nie z musu, ze społecznego przymusu, ze świadomości straty. "Nic" nie muszę, więc może mnie się zachce, a może nie. Jak zachcę to zrobię, jak nie, "nic" się nie stanie. Nie jest konieczne, nikomu życia nie uratuje, nikt też nie straci życia, a już najmniej ja. Bo robię co chcę, czyli "nic", albo "coś". To zupełnie inna postawa. Zawsze miałem, że muszę udowodnić sobie, a potem innym. Że w końcu wyzwanie, zadanie, celowość działania. A tu "nic" takiego nie ma miejsca. Chcesz rób, nie chcesz nie rób. Nie ma dobrego wyjścia, nie ma lepszego, oba są takie same. A nawet nie... Lepiej nie robić "nic", kiedy się nie chce, bez wyrzutów sumienia. Bo jeżeli robisz "nic" to już "nic" więcej zrobić nie możesz. I zostać możesz jak długo chcesz w tym stanie, nawet nie "odpoczynku" z początku listu do Pana. Bo odpoczynek to oddech po skończonej pracy. A tu "nic" nie muszę, "nic" nie robię, i nie mam żadnego z tego powodu problemu. Po prostu jest "nic", więcej "nic" i stąd dopiero może być "coś", ale nie musi. Zupełnie "nic" nie musi. I jak już potem jest "coś" to wynika z tego, że się chce, a nie że "coś" trzeba. Super sprawa. O oddechu napomknąłem.

Czy Pan wie jak ważne jest ziewanie? Ja nie wiedziałem. Może inaczej, czy Pan wie jak ważne jest dla mnie ziewanie? Pan ziewnie sobie raz to może i dla Pana będzie tak ważne jak dla mnie. Bez powstrzymywania, głośno z zamkniętymi oczami. Ziewam do nieba, znaczy do góry. Rozprężam się, wyciągam ręce w bok, zagarniając jak najwięcej przestrzeni. Mięśnie brzucha na chwilę "ziewnięcia" rozprężają się i już nie trzymają tłuszczu w ryzach w okolicach pępka. Podrapać się po brzuchu, boczkach wystających z "prawidłowej" rzeźby ciała. Ziewnięcie wyswabadza z masek, strojów, rozpręża na sekundę, na chwilę. Podczas ziewnięcia jestem najbardziej sobą. Nie udaję. Teraz jak o tym piszę, to ziewam i ziewam. Dobrze. Za jego pomocą uzupełniam tlen, ten dochodzi do mózgu, dzięki czemu pobudza komórki te szare i nie szare. Strzyka w kręgach. Przyjemność ziewania.

Silvia Matos i jej farma, na której miałem największą przygodę życia. Tylko 2 minuty o farmie, z muzyką. Kamera Sony GW55.


Wbrew moim myślom z soboty i niedzieli, w poniedziałek perfidnie zaplanowałem sobie cały miesiąc. Jakbym zupełnie zapomniał, że postanowiłem robić "nic" i ziewać, gdy tylko przyjdzie mi na to ochota. W poniedziałek wieczorem, według planu miesiąca, miałem biegać, we wtorek pójść na ściankę, albo biegać, ale do wtorku nigdy nie doszło, bo w poniedziałek plan spalił na panewce i poszedłem leżeć w wannie, napuszczając sobie co jakiś czas gorącej wody. Na szczęście "nic" zwyciężyło, a plan podarłem.

Pozdrawiam

Stefan W.

sobota, 2 listopada 2013

Bębniarz

Szanowny Panie,

Pan mi już szukasz tematów, ale ja nie wiem, czy to o tematy chodzi. Że można o wszystkim. Pewnie można. Jak się człowiek postara. A widzi Pan, ja o temacie już nawet nie wspomnę. Nie napiszę, że nie czuję się kompetentny w żadnej dziedzinie życia. Albo właśnie napiszę - tak, nie będę męczył sztuki, szargał jej i brukał, bo mnie mało interesuje, co też u niej. Bombardują mnie ludzie, że to tu, a tamto tam, i że to, i tamto, a nawet fuzja i przemiana, i odkrycia, i Ci niesamowici, a tamci, to już... Ale nie oni nieokreśleni. Właśnie ten konkretny. On. I faktycznie jest On, i drugi, i trzeci. Dzieje się dużo. Tyle, że nie ogarniam. Mógłbym usiąść i poczytać, i wiedzieć. Ale musiałbym siedzieć i czytać. Nie napiszę co robię, bo czuję kłucie w głowie, jak sobie pomyślę, że w zasadzie to nie robię, a markuję. Udaję, że coś robię. Ale zajmuje mnie to dużo. Zajmuje mnie całego. Więc płynę. Zawsze z prądem, jednak jakby trochę wolno, i kiedy zdarzy mi się z kimś porozmawiać, to czuję ten fizyczny opór moich myśli.

Forma. Z formą też kiła. Niby chcę i czuję, że mogę, ale jak tak pomyślę, to trudno mi nawet zbudować zdanie pełne, złożone i logicznie poprawne. Rwę myśli i kamufluję, chomikuję i upycham pustkę po kątach. Pan sam spojrzy na ilość "i". Bo I to, I tamto. i I. I i. I i i i. 

Muszę Pana odblokować. Więc robię to. Nie bez oporów. I nie bez zazdrości. Bo przecież nie po to zaczynałem z Panem pisać, żeby teraz to miało wyglądać w ten właśnie sposób. Ale boję się, że brak zastanowienia nad sprawami świata zje mnie zupełnie. I będę odbębniać. Jak pracę. Na dziewiątą, i do siedemnastej. Nie. Tfu. Wypluwam już, wypluwam! 

A wie Pan co zrobiła Panna J? Ona to jest dopiero! Ale to opowiem Panu, jak się spotkamy...

Paweł D.