środa, 23 lipca 2014

Ten czas, co ja go miałem

Szanowny Panie,

zacząłem pisać coś o bocianach. Bo na wschodzie ich dużo. Są wioski całe, gdzie gniazdo obok gniazda – na każdym domu dosłownie. I miało być o tym właśnie. O ich długich nogach oraz o tym, jak im się udaje spać tylko na jednej. O ornitologach - ludziach spokojnych i dostojnych - i o świecie, którego nie znamy, chociaż ocieramy się o niego każdego dnia. W sensie, że rozumie Pan, że bocian stoi tak godzinami na tej łapie, nodze i ktoś pyta, że jak on tak stoi, a Pan, że… eee… i nie wiew… i że może tak, a może siak. Później miało być wytłumaczenie, że to właśnie tak.  Że środek ciężkości i więzadła, i system zapadkowy czy jakiś tam. Ale mnie Pan pogania esemesami, a ja to w pracy powolutku sobie pisałem. Powolutku. I tam na dysku gdzieś zostało. I do diabła już z tym. Za późno.

Żona na działce u koleżanki. Z synem i z psem. Wczoraj u nich byłem i jutro jadę, więc dziś wieczór dla siebie. Znaczy dla mnie. Popołudniu poszedłem oddać krew. Dzięki temu mogłem wyjść z pracy już o 14.30. Poza tym ten bus, co się w nim człowiek wykrwawia, to stoi w centrum, więc o 16:00 jestem wolny i zaraz mogę lecieć na dobre piwo do „Kufli i kapsli”, a później do antykwariatu z winylami. Ale zasadniczo to plan jest ambitny, bo później mam zakupić ze cztery Perły i lecieć truchtem do mieszkania, zaszyć się przed światem i czytać komiksy do samiutkiej nocy. Dobra, nie brzmi to może bardzo ambitnie, ale miała być książka, tylko kumpel z pracy zawalił. Bo mówi: Słuchaj, czytałem genialną jedną genialną. Nazywa się „Słonie na kwasie”. I jest o takich hard-core’owych eksperymentach naukowych… i coś tam, coś tam. Mówię: Spoko, to pożycz. Myślę sobie: Mało ostatnio czytam. Niedługo urlop. A lektura chyba ciekawa. Dziś mi przyniósł i na wychodne wręczył. Elephants on acid. Po angielskiemu. Szkoda, kurwa, że nie w suahili. No wziąłem i podziękowałem. Ale co ja niby mam z tym zrobić? Bez jaj. Miło, że we mnie wierzy, ale excuse me dear sir or madame w życiu nie przeczytałem po zagranicznemu więcej niż czytankę w podręczniku. Poziom może trochę wyższy niż intermediate. A książkę raz próbowałem przeczytać. Taką dla dzieci o krecie, czy szopie, ale to na piątej stronie chyba skończyłem. W taki oto sposób książka wypadła z planów. Ale zresztą w ogóle, cały plan się jak zwykle posypał.

Po krwi miał być burger,  była zapiekanka. W piwiarni dostałem, zamiast w kuflu lub szklance, piwo w kieliszku(wtf?). Do antykwariatu dobiegłem zdyszany, bo żydziłem na bilet i  oczywiście było tam wielkie „G”. Więc tup, tup, tup – bieguśkiem do metra, żeby nie marnować tego wolnego wieczoru. Bo jeszcze dodam, iż lekarka w busie powiedziała, że nie mogę się dziś przemęczać i muszę jeść kalorycznie, więc oczywiście wziąłem to sobie do serca. Zajebiście. Nie pójdę biegać i żadnych wyrzutów sumienia. Na ostatniej prostej do domu odwiedziłem za to trzy sklepy. W pierwszym kupiłem trzy piwka, w drugim trzy bułki, a w trzecim trzy parówki. W mieszkaniu były jeszcze trzy jajka i trzy cebulki. Dodać do tego trzy listki bazylii i mamy jajecznicę, jak się patrzy. Ale oczywiście chciałem na bogato. Dowaliłem jeszcze sera i teraz brzuch mnie tylko boli. A od piwa w głowie mnie się kreci, a przecież wypiłem dopiero jedno z tych trzech (plus to jedno w kieliszku – pies je trącał). I komiksów wcale za mocno to mnie się nie chce czytać. Chwilę poleżałem na podłodze przy otwartym balkonie i popatrzyłem jak deszcze leje. Później, to już było tylko to, że Pan mnie kazał coś napisać, to jeszcze się dopchałem rogalikiem z czekoladą i zacząłem pisać. I skończyłem.

Pozdrawiam,

Paweł D.

sobota, 19 lipca 2014

The times we had

- Что так тихо?
- Поляки пошли спать.

Szanowny Panie,

ciemnemu Tadżykowi spodobała się Kinga. Nie była zainteresowana absztyfikantem, ale ten by tylko uzasadnić swoją obecność w naszym gronie, zagadywał tych co umieli parę słów po rosyjsku, a wzroku z Kingi nie spuszczał. Nawet, gdy pijani Rosjanie przyszli szukać bitki, stanął w naszej obronie. Wyzywał ich po swojemu, rzucając przekleństwa, albo czary jakieś w powietrze. Rosjanie atakują najpierw torsem za nimi idą pięści. Co będzie im Tadżyk zwracał uwagę? Trzeba było z parku się ewakuować na betonowe schody, pod okna mieszkańców. W Petersburgu noc nie zachodzi. O północy jest jak o 20.00, o drugiej w nocy nadchodzi zmrok, ale jasny.

Wódka, rozmawiamy, piwo, tańczymy, drinki, śpiewamy, martini, śmiejemy się, czasem krzyczymy. Rosjanie rzucają z okien przekleństwami w naszą stronę, pora spać jest czwarta.

No przyznam się, że są dobre strony wycieczek zorganizowanych. żeby jednak o tym opowiedzieć, trzeba zacząć od autobusu. Trzydziestka nieznających się osób, które jadą w północną Rosję nigdy nie będzie grupą. No chyba, że znajdzie się wspólny wróg. Jak wróg to Rosja.

Nie Rosjanin, bo to człowiek trochę nieufny, ale nie jest zły. Nie może być inny, bo system na nim to wymusza. Dlatego też nie mam nic przeciwko Rosjanom. System, nawet i przyroda, a z pewnością już przestrzeń stawia granicę. Trochę paradoks, bo przecież przestrzeń ta bezgraniczna z definicji nie może ograniczać, a tu jak najbardziej. Jest tak dużo Rosji w Rosji, że jej ogarnięciem nie ma co się nawet zajmować, to granica poznania.

Odjeżdżając już z budynku granicznego wylecieć chciał ptaszek, nie mógł zrozumieć, że przez szybę się nie da. Zza szybą latał swobodnie pliszki partner, zachęcając do próby. Ptaszek widział przed sobą ogromny obszar, ale nie mógł przez tą czystą szybę się przedostać. To właśnie taki ruski sposób ograniczania.

Na granicach należy uzbroić się w cierpliwość, bo nic nie wskórasz, niczego nie zmienisz, czasu nie przyśpieszysz, rzeki nie zawrócisz. I wbrew pozorom właśnie to ograniczenie, nieprzekraczalność, niemożność zwycięstwa autobusowiczów zjednoczyła.
Wystarczyło, że przetrzymali nas około trzech godzin na granicy, abyśmy poczuli do siebie sympatię. Ale to dopiero początek smutnego końca, bo ten sam autobus stanie się przekleństwem.

Petersburg jest trochę fasadowy. To rzeczywiście Paryż północy: budy z blinami czyli naleśnikarnie na każdym kroku, kamienice żywcem z stolicy Francji, w Ermitażu obrazy impresjonistów, ale moda rosyjska. Dziewczęta trochę przebrane, w kostiumach jak na dyskotekę, a upał niewiarygodny. Nie rozpłynęły się. Koło dziewcząt starsze babcie, to reprezentatki Rosji cerkiewnej, mam wrażenie, że trochę prawdziwszej.

Fasada upada z chwilą wejścia do sklepu, w którym prócz pysznych suszonych kalmarów, rybek i ikry nie ma nic ciekawego. Honor ratuje dobre piwo i sympatyczna panna sklepowa, która śpi na stojąco o pierwszej w nocy, ale mężnie obsługuje nas, bo zachciało się nam w tych godzinach zaopatrzyć w śniadanie.

Poranne wstawanie, kolejka do kibla, autobus czeka. A mnie się nie chcę, wolę sam. I wtedy pojawia się to wewnętrzne pytanie. Skoro jestem w Petersburgu to dlaczego rezygnuję z zobaczenia najturystyczniejszych miejsc miasta? Większość zatem idzie i większa część tej większości będzie niezadowolona. Bo kosztem zdrowia, za dużo, za często, za mało czasu. Dzielą się, babki nagabują. Grupa się rozpada. I wtedy w tym autobusie w drodze powrotnej dochodzi do spięć, które na 90 kilometrów przed Warszawą wybuchają w absurdalnym pytaniu-pretensji: Dlaczego ten autobus przyjechał za wcześnie?

Petersburgowi pasuje ta maska Ermitażu, Peterhofu z dziesiątkami fontann i pozłacanymi figurami, tłumnego Newskiego Prospektu. Ale zachwyca dopiero to co prawdziwe. Białe noce podczas których się nie śpi, albo śpi mało. Zwodzone mosty, które otwierają się o pierwszej w nocy i przyciągają setki gapiów. Mieszają się tubylcy z turystami. Pierwsi na nabrzeżu, drudzy w stateczkach, zarabiających na pokazywaniu tej atrakcji.

Petersburg trochę odpowiada na pańskie pytanie, czy postępuję prawdą. Realizuje o sobie wyobrażenie, które jest trochę pozłacane, przepyszne i idealizowane, ale często pod skórą brudne, zepsute. Jest jednak coś we mnie takiego, jak w Petersburgu Cerkiew. A tam znajdzie pan prawdziwą Rosję. Synagoga nie ta bajkowa Na Krwi, ale zwyczajna, w której popowi odpowiada chór na trzy głosy. Jakby Bóg w swej trójkowej naturze odpowiadał na wołania szafarza z ziemi. A kobiety mają chusty na głowie, wszyscy stoją, całują obraz Matki Boskiej, świece, kadzidła, przeżywanie modlitwy. W Synagodze czuć wschód.

Ostatnio powtarzałem za Einsteinem, że przyszłość jest dziś. W estońskim Tallinie jest punkt widokowy na miasto. Nowoczesna architektura miesza się z tą starą i prastarą. Ktoś na murze napisał - The times we had.


Stefan W.

czwartek, 10 lipca 2014

Mydło

Szanowny Panie,

i to jest właśnie najdłuższy okres niepisania, no! Było już tyle okazji. Tyle razy mówiłem - o, to dziś! A może dziś? A może i nie mówiłem. Wypisuje mi Pan te esemesy, na imprezach rodzinnych  mnie Pan ignoruje, na ściankę mnie Pan nie wyciąga. Dobrze, zatem. Oto jestem znowu.

No i napiszę Panu oczywiście, co to się zdarzyło, a jakże. To przez Dużego i Jugola, no i całą tę historię z wyspy, którą z palca wyssałem. No tak - kłamstwo, kłamstwo. Wierutne. Paskudne. Gruba ściema. A nawet i nie. Ech, żeby gruba. Marna ściema. Ja już nie mówię o faktach, bo co też ja pamiętam z tych zamierzchłych czasów. Ale chociażby wrażenie - żeby ktoś uwierzył. A tak, sam bym sobie nie uwierzył. Pomyślałby Pan, że kiedyś, zresztą wtedy właśnie, mówiono na mnie Pinokio?

Trudno mi sobie przypomnieć, od czego to się właściwie zaczęło. Chyba ktoś mnie przyłapał po prostu na tym, jak się z prawdą minąłem. Zakładam, że nie było to coś poważnego. Pewnie coś wyolbrzymiałem albo karmiłem otoczenie historyjkami typu "A jeden mój kumpel to...". Później znowu mnie ktoś nakrył, że może coś o tym, a co to mój ojciec niby. Kilka prawd ogólnych o świecie, co to na miano prawd niczym sobie nie zasłużyły. No i proszę. Pinokio jak się patrzy. No i z tego co pamiętam, to jeszcze jakoś o nazwisko się otarło. Wie Pan, że drewniany Pinokio, czy jakoś tak... dzieciaki zawsze jakiś punkt wspólny znajdą.

A pamięta Pan, jak to wrócił z Ameryki Południowej w zeszłym roku i obiecywał, że będzie już zawsze mówił prawdę? Wtedy to mi się trochę niedorzeczne wydawało, fakt. Z drugiej strony to Pan przecież pisze, więc chyba i racja, że od fałszu musi Pan się trzymać z daleka. Ale udało się? Podąża Pan za tym? 

Ja, jak byłem drewnianym Pinokio (Pinokiem), tak pozostałem. Chyba. Bo z kłamstewkami najgorsze jest to, że zacierają obraz rzeczywisty. Chociaż może po prostu upiększają, ozdabiają, ubarwiają? O! Widzi Pan, ja to już nigdy nie mam tak, żeby coś widzieć wyraźnie. Żeby był kontur i żeby można było stwierdzić: "Oto koń. Koń jest biały". Zawsze się mydli. Koń się zamydla. Szary. Bury. W ciapki-srapki. Czy mówię jak jest? Ale jak jest? Jakby Pan mi powiedział, że żyję w Truman Show, to może bym i nie uwierzył, ale od czasu do czasu szukałbym statystów, próbował zajrzeć za dekorację. Przecież wszystko jest prawdopodobne, czy tak?

Otóż Jugol faktycznie żył. Myślę, że żyje do tej pory. Wielki był i wujem mojej koleżanki z sąsiedztwa też był. A w zasadzie był mężem jej ciotki. Z tego co wiem, to uciekł przed wojną. Zawsze mnie tylko zastanawiało, czy sam chciał, czy może tylko dla rodziny to zrobił. Dwóch małych synów mieli. Bo, wie Pan, tu łaził po ulicach trochę jakby bez sensu i popijał. Widywałem go czasem z rana, jak chwiejnym krokiem przemierzał nasze chodniki. Twarz miał zmęczoną, oczy nieobecne i zawsze zarost kilkudniowy. Może wolałby zostać i walczyć? W końcu kawał chłopa, wojak byłby z niego nie lada. Nie miałem z nim jednak nigdy jakiejś bliższej interakcji. Czasami chyba mówiłem mu dzień dobry. I tyle. 

Na Wiśle wyspa była. A raczej - na Wiśle w okolicach mojego miasteczka wyspy bywają. Czy jesienią 1995 r. można było tam jakąś zaobserwować? Istnieje duża szansa, że tak. Nie byłem na niej jednak, chyba że już pamięć mnie zawodzi zupełnie.

Z tym zawiniątkiem, jak można się domyślać, to też fikcja. 

Przepraszam zatem, siebie w szczególności, że się zaplątałem w gęstej, a co najgorzej, nudnawej obłudzie. Duży na pewno by mi nie wybaczył, jeśli bym rozpaprał go po słowach bez znaczenia i historiach bez smaku. A i sama wiślana dolina zasługuje przecież na więcej szacunku z mojej strony.  Trzeba będzie coś z tym zrobić.

(w tej skruszałości cały) pozdrawiam,

Paweł D.

piątek, 30 maja 2014

Dorośli to idioci

Szanowny Panie,

wczoraj wieczorem Duży zabrał nas do siebie. Nie zaprosił, bo to nie w jego stylu. Burknął zwyczajnie żebyśmy szli za nim i nikt nie oponował. Nie było po co. Mieszka całkiem normalnie, w zasadzie nie wiem czego się spodziewałem. Wyobraziłem sobie, że skoro jest tym kim jest to pewnie jego życie pozaszkolne musi być wyjątkowe. A tutaj pokój zupełnie taki jak mój, z tym że zamiast plakatów Pearl Jam na drzwiach miał rugbystów wykonujących jakiś dziwny taniec przed swoimi przeciwnikami. Podobno to od wujka z Nowej Zelandii, jak wyjaśnił to dalej niż Australia, czyli nie do wyobrażenia.
Zielusowi najbardziej podobały się komiksy Asteriksa. Duży miał ten najnowszy z wyprawy dookoła Galii i powiem szczerze, że do tej pory to najlepszy odcinek. Ja tam lubię Idefiksa, bo jest mały i odważny, czyli jak ja. Duży pochwalił się też kasetą ze Spidermanem i stąd wybuchła dyskusja. Zielus upierał się przy Obeliksie, Masa twierdził, że najlepszy jest Batman. Rodzice Masy są najbogatsi w mieście, mają lodziarnie i cukiernie oraz piekarnię. Mnie najbardziej smakują ich lody. Masa wyobraża sobie, że sprzęt Batmana to i on może mieć. Duży i Trzmiel obstawali, że Spiderman da radę wszystkim. Kłócili się zajadle i Duży nawet wpadł w furię. W końcu jednak wszyscy napadli na mnie. Bo miałem rozstrzygnąć spór, więc powiedziałem szczerze, że wszyscy są gówno warci. Żaden szanujący się bohater nie może być opity napojami magicznymi, ukąszony zmutowanym pająkiem, albo mieć kasy jak lodu na sprzęt, który podnosi jego sprawność o tysiąc procent. Przy nich wszystkich moja mama wygląda na największą bohaterkę, bo potrafi wstać o 4 rano żeby ugotować zupę na obiad przed pracą. A mój tata bez żadnych super mocy może podnieść pień swojej wielkości i przenieść na drugi koniec ogrodu. Teraz myślę, że w zasadzie to potrzebuje do tego jednak łyku piwa. Kumple powiedzieli, że jestem idiota bez wyobraźni i zupełnie nie umiem się bawić. Mówili też coś o tym, że rzygać się im chce, gdy słyszą takie dyrdymały, ale szybko skończyli, bo Masa poszedł sikać i znalazł w łazience pod wanną pismo.
Były to gołe baby. Same gołe baby muszę powiedzieć, że nie są złe i naszym dziewczynom z klasy dużo jeszcze brakuje do tego typu figury. Niestety Duży przyznał się, że wie gdzie rodzice chowają kasety.
Zapomnieliśmy o wyższości Spidermana nad Batmanem. Trzmiel stanął na czatach w oknie, a Duży zapuścił kasetę. Były tam dwie panie i jeden pan, którzy kotłowali się w łóżku i na stole, dopóki nie przyszedł pan w zbroi, który wszystkich uciszył i zabrał te dwie panie, żeby go rozebrały i opatrzyły rany. Masa w tym momencie poodwracał wszystkie święte obrazki w pokoju, bo uznał, że nie może się skupić.
Potem film zmienił scenografię z średniowiecznej na komiksową. O dziwo zobaczyliśmy swoich idoli: Batmana, Spidermana i nawet Obeliksa, którzy razem zajęli się Falballą. Nie wiemy co się stało potem, gdy dołączyła do nich Kobieta Kot, bo odtwarzacz wkręcił taśmę. Duży był przerażony. Nawet Zielus nie potrafił wyciągnąć kasety, więc atmosfera zgęstniała. Rodzice mieli być w domu w przeciągu pół godziny. Duży zmalał. Cała reszta najchętniej czmychnęłaby do siebie, ale nikt nie miał na tyle odwagi, zresztą nie zostawia się kumpla w potrzebie. Za pomocą patyków do nakłuwania mięsa, widelca i noża udało się nam w końcu wyciągnąć kasetę. Taśma była jednak do niczego. Trzmielu krzyknął, że widzi przyjeżdżającego poloneza Dużego. Ten zupełnie stracił rezon. Latał z tą kasetą po całym mieszkaniu. W końcu dał mi ją do ręki. Wtedy chwycił ją Masa. Trzmielu informował, że polonez szuka miejsca do parkowania. Masa usiadł przy stole i cierpliwie odklejał naklejkę informującą o filmie z kasety. Załapałem. Przyniosłem szybko kasetę Dużego o Spidermanie. Trzmiel mówił, że już idą z zakupami. Ojciec Dużego był doprawdy ogromny. Masa przykleił równo naklejkę z kasety dorosłych na kasetę o Spidermanie. Duży wziął ją i wsadził w ukryte miejsce rodziców. Prawdziwą kasetę zwinęliśmy i wsadziliśmy do plecaka Zielusa. Nie opierał się.
Jak tylko rodzice weszli to pożegnaliśmy się i każdy poszedł do domu.
Nie przyznałem się chłopakom, bo widziałem że zafascynowani są tym filmem dla dorosłych, ale załamałem się. Toż to idioci. Dlatego też postanowiłem nigdy nie dorastać.

Tylko jak?
Stefan W.

P.S. To był najdłuższy okres niepisania. Ale wracamy :)

czwartek, 10 kwietnia 2014

Majaki

Szanowny Panie,

pierwsze kilka szpadli poszło nadzwyczaj gładko. Duży energicznie machał drzewcem, w pewnym radosnym zatraceniu, którego wtedy nie mogłem do końca zrozumieć. My staliśmy dookoła, patrząc tylko. Niemi - czekaliśmy. Pamiętam jeszcze to dziwaczne uczucie, które mnie wtedy dopadło. Ekscytacja, ale… hamowana przez coś, sam nie wiem, jakby wstyd jakiś. Bo oto z ziemi wyłonić miał się skarb. Cóż innego? I przecież chciałem, rzecz oczywista, żeby było to złoto lub szlachetne kamienie, albo może drogocenny obraz czy chociażby jakaś broń, karabin lub skrzynia granatów. Wiedziałem, że chłopaki też na to czekają – na skarb. Coś, co majaczyło u celu każdej z naszych wypraw, od kiedy nasze drogi skrzyżowały się po raz pierwszy w murach szkoły podstawowej. Tyle że właśnie, do tego momentu były to majaki – wytwory naszych dziecinnych wyobrażeń o wielkim, tajemniczym świecie. Teraz mieliśmy stanąć z tymi marzeniami twarzą w twarz i chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, jak duża i ważna jest ta chwila, to coś powstrzymywało mnie od tego, żeby po prostu poddać się temu podnieceniu. Nie byłem już przecież w pierwszej czy drugiej klasie. Mogłem szwędać się z chłopakami po dolinie, ale przecież już nie po to, żeby szukać krasnala na garncu złota. Wiedziałem, że oni czują to samo. Dlatego nikt się nie odzywał. Żaden nie chciał się rozpruć, rzucić czegoś zbyt naiwnego, narazić się na śmieszność. Żaden nie chciał nawet spojrzeć na drugiego, żeby nie wyszło, że ma twarz zbyt napiętą i wzrok niespokojny. Chciałem bardzo, żeby Masa poleciał czymś w swoim stylu, co przebiłoby ten balon nadęty. Śmiech! To by nas wyswobodziło z łańcuchów chwilowego zakłopotania. Masa, o dziwo, milczał jednak. Ja sam już szukać zacząłem w głowie czegoś nonszalanckiego, co zmyło by ze mnie podejrzenie dziecinności, ale nerwy nie pozwalały się skupić i wszystko wydawało mi się głupie lub sztuczne. Ślinę przełknąłem i postanowiłem nie mówić nic, nie wychylać się. Niech Duży kopie, niech wykopie. Niech nam się ukaże to, co Stary ukryć postanowił przed ludzkim okiem. I Duży kopał. Kopał zawzięcie. Pomyślałem, że wstydu nie ma i wierzyć mi się nie chciało po prostu, że Masa nie smagnął go jeszcze żadnym szyderstwem. Nagle na nosie poczułem coś mokrego. Za chwilę na ramieniu i jeszcze na karku.
- W mordę jeża, chyba się teraz nie rozpada? – stęknął Trzmiel, spoglądając w niebo.
Staliśmy tak w kółku nad Dużym, który w dole już siedział prawie po uda i głowy zadzieraliśmy do nieba.
- Ty no, mocniej coraz, ulewa będzie – stwierdził z absolutną pewnością Zielus. - To chyba lipa z tym kopaniem, co? – zwrócił się do Dużego z odzyskaną w jednej chwili swobodą. - No… chyba, że już kończysz? – dodał po chwili z wolna, widząc, że Dużemu jakoś się nie spieszy, co by się z dołu wygramolić – Trafiłeś już na coś? Ej, chłopaki, bo to jest urwanie chmury jakieś. Ja bym się zastanowił, czy nie będziemy mieli problemu, żeby wrócić na ląd – cedził zachrypniętym głosem, trochę jakby z przestrachem, że może na tchórza wyjdzie. Trzmiel, Masa i ja popatrzyliśmy po sobie, ale żaden z nas chyba nie mógł się zdecydować, czy dalsze kopanie to coś, co wypada, trzeba, i to za wszelką cenę, czy może właśnie coś, co tylko dla hecy, od niechcenia i na przekór Staremu. Wiedziałem, że na mnie trochę liczą, że ja niby zawsze taki rozsądniejszy. I oczywiście, pewnie, Zielus miał rację. Lało jak z cebra. W strugach deszczu moja wesoła pomidorowa wyspa szybko zszarzała i wnet wydała się nieprzyjemna i odpychająca. Do tego jeszcze zerwał się wiatr, który zmienił życiodajne gałęzie jabłoni w kostropate, czarne badyle, kołyszące się złowrogo na wszystkie strony. Trzeba było się zbierać, ale widziałem, że Duży nie patrząc na nas już wcale, znowu zabrał się za kopanie. Z sekundy na sekundę było mu jednak coraz trudniej, bo woda natychmiast znalazła drogę do zagłębienia, rozmiękczyła grunt i zmieniała ziemię w jedną błotnistą masę. Zielus, podenerwowany tym naszym milczeniem, postanowił zagrać w otwarte karty:
- Zabawa zabawą, ale czy wy macie po pięć lat?! Jak Stary tu coś ukrył, to jego sprawa. To i tak nie wasze. Co wy, okradniecie go, czy jak? Zresztą cholera wie, co to. Pewnie gówno jakieś i  tylko czas na to tracimy.  - No właśnie, cholera wie co, dlatego się chcemy przekonać. A ty co, już peniasz? – odparował Masa, chyba po prostu z wrodzonej przekory.
- Nie pierdziel, on ma rację. Najwyżej tu wrócimy innego dnia. Jak deszcz nie ustanie i woda na rzece się jeszcze podniesie, to będziemy w czarnej dupie – Trzmiel jakby wracał do swojego naturalnego stanu permanentnej paniki.
- Kolega ma rację. To nie miejsce na zabawy – dziwny, niski głos uderzył w nas jak lodowata fala i zmroził krew w żyłach. Zielus wydał z siebie stłumione „Łaaa!” i prawie się przewrócił, a pozostałym też nie wiele brakowało, żeby w przestrachu absolutnym czmychnąć stamtąd, jak najdalej. Tyle, że nie było gdzie uciekać. Z zarośli prosto w naszą stronę podążał potężny mężczyzna. Nikt inny, jak tajemniczy znajomy Starego. Szedł równym krokiem, jakby nigdy nic. Patrzyłem na niego w zupełnym osłupieniu. Miał na sobie tylko spodnie, a zwinięta koszulka i buty związane ze sobą sznurówkami, zwisały przerzucone przez lewe ramię. Wydało mi się głupie to, że wcześniej pomyślałem o nim jak o grubasie. Faktycznie miał może brzuch, ale teraz sprawiał bardziej wrażenie jakiegoś mocarza, drwala może. Był wielki, przynajmniej o głowę wyższy od mojego ojca – który przecież też mały nie jest – z szerokimi ramionami i długimi łapami, jak u niedźwiedzia. Przez chwilę zakołowało mi się w głowie i mało brakowało, a ze strachu zwróciłbym drugie śniadanie. Mężczyzna stanął przy nas, spojrzał na dół, na Dużego, rozejrzał się po naszych bladych twarzach i zarządził:
- Do łodzi. I czekać tam na mnie – odstał chwilę, obserwując, jak  ruszamy w stronę brzegu, po czym wyciągnął rękę do Dużego w geście, który nakazywał oddanie szpadla. Po przejęciu narzędzia, kiwnął głową w naszym kierunku, tak żeby Duży nie miał wątpliwości, gdzie ma podążać, a sam wskoczył do dołu. Idąc w stronę łodzi, za plecami słyszałem tylko głuche, miarowe uderzenia. Ich częstotliwość wskazywała na to, że mężczyzna kopał ze dwa lub trzy razy szybciej niż Duży.

Przez dłuższą chwilę staliśmy na brzegu w oczekiwaniu, co będzie dalej. Masa zaproponował po cichu, że może by tak wskoczyć do łodzi i uciekać z tej wyspy, ale jakoś nie mogliśmy się zdecydować, żeby złamać rozkaz wielkoluda. Duży pozostał z boku i w ogóle nie brał udziału w dyskusji. Gapił się w wodę i był… naburmuszony. Tak, to jest odpowiednie słowo. Przez chwilę wydał mi się jakiś mniej straszny, a może nawet trochę żałosny. Myślę, że musiał jakoś wyczuć, co mi do głowy przychodzi, bo w jednej chwili przeszył mnie wzrokiem i już wiedziałem, że między nami to jeszcze nie koniec.

Po jakiś czterech minutach pojawił się znajomy Starego. W ręku niósł niezbyt duże zawiniątko. Mogło to być jakieś pudełko lub szkatuła, ale nic więcej nie dało się stwierdzić poprzez warstwę brudnych szmat. Mężczyzna dostrzegł oczywiście, że każdy z nas  próbuje prześwietlić wzrokiem to tajemnicze „coś” i mogę przysiąc, że przez ułamek sekundy dostrzegłem na jego kamiennym obliczu jakąś drwinę lub po prostu rozbawienie. Nie zamierzał jednak nic tłumaczyć bandzie szczeniaków. Wsadził nas na łódkę, sam zasiadł przy wiosłach i za parę chwil byliśmy już w zaroślach nieopodal portu. Ani podczas przeprawy, ani już na brzegu nie odezwał się słowem. Przycumował tylko łódkę do jakiegoś wystającego z ziemi korzenia i poszedł w swoją stronę. Żadnemu z nas też jakoś nie przyszło do głowy, żeby go zagadywać, czy też iść jego śladem. W nastrojach zupełnie nijakich ruszyliśmy w stronę miasteczka. To znaczy ja, Zielus, Masa i Trzmiel. Duży jakby zapadł się pod ziemię.

Na początku byliśmy cicho, jakby każdy chciał sobie poukładać w głowie, co i jak. Zaraz jednak któremuś wymsknęło się na głos:
-Myślałem, że się obsram, jak on się pojawił.
I zaraz zaczęły się śmiechy i poszło dalej: „Ale co tam było?”; „A kto to jest?”; „Powie Staremu?”; „Powie starym?”; „Przypłynął po zawiniątko, czy po nas?”; „Wpław!”; „Olbrzym!”; „Wielki!”; „Widziałeś te łapy?”; „To zbir jakiś”; „Morderca?”; „Myślałem, że nas potopi!”; „I ja!”.
I znowu śmiech i humory nam wróciły nawet trochę. Kiedy na skarpę się wdrapywaliśmy, to i deszcz przestał padać, a zza chmur wyjrzało słońce.
-Ale dziwnie gadał, nie? – zauważył Trzmiel.
-Ta, dziwny akcent, trochę jak jakiś Rusek – dodałem. I jakby mnie coś olśniło. Ja go znałem przecież! To znaczy, nie zupełnie znałem, a nawet nie znałem w ogóle, ale już raz go kiedyś widziałem. Na podwórku u mojej koleżanki z sąsiedztwa. Jak mogłem o tym zapomnieć?! Ojciec powiedział mi wtedy, że to Jugol. Że przyjechał do Polski, bo ma żonę Polkę i dzieci ma, a u nich teraz wojna w Jugosławii. Ale nie przyglądałem mu się za dobrze, bo co mi tam jakiś Jugol, nie? I co tam wojna? W Jugosławii? No i zapomniało się. Sam nie wiem czemu, postanowiłem nie mówić chłopakom, o tym moim objawieniu. Zresztą – po co? Było po sprawie. Na wyspie nic już nie zostało. Niedoszły skarb rozpłynął się w tym małym potopie. Wielki facet zabrał, co jego i zniknął. Tyle z tajemnicy. My mieliśmy popołudnie pełne wrażeń i przygodę na miarę klawych czwartoklasistów, ale tu już przecież szósta klasa w rozkwicie. Czekały na nas „poważne” sprawy. Prawdziwe. Im trzeba było stawić czoła. 

***

Ja tylko dodam, że to przez Pannę J. to opóźnienie oczywiście i przez mojego szefa, i pracę, i brak drugiego laptopa, i przez poranne wstawanie, i obowiązki, i oczywiście nie ma tu nawet odrobiny mojej winy. Niech Pan wie. No.


A w ogóle, to chyba nie możemy teraz na Fandze ciągnąć tej bajki tak w nieskończoność? Może wrzucimy ją gdzieś w drugie miejsce, a tu znowu będzie swobodny ekshibicjonizm i pokątne filozofie? Hę?

Paweł D.

środa, 19 marca 2014

Wyspa pomidorowa

Szanowny Panie,

no nie miałem wyjścia, bo te strzelanie z kapiszonów tak mną zawładnęło, że po prostu straciłem rachubę czasu. Zresztą, czas jest tak dla mnie abstrakcyjnym pojęciem, że nie ma co się nawet zastanawiać. Jak to możliwe, że godzina lekcyjna, czyli nie pełna, trwa zawsze tak długo, a podwórkowe ganianie, na które zazwyczaj z zegarkiem w ręku mam trzy bite godziny, tak krótko? Bardziej odpowiednią miarą czasu od wskazówek zegarka są dla mnie rodzicielskie nawoływania do odrabiania lekcji. Ustaliłem z chłopakami, że za pierwszym krzykiem, to nie ma nawet co przerywać zabawy, za drugim to już trochę naciąganie liny cierpliwości, więc warto odkrzyknąć, że już się słyszy. Trzecie nawoływanie to poważna sprawa, bo zwykle wiąże się z wyjściem szanownego tatusia na podwórko. W takich chwilach, lepiej się pośpieszyć. Co poniektórzy, jak na przykład Zielus, to zaiwaniają w try miga na hawirę, bo inaczej pas idzie w ruch. Ja się nie boję dopóty, dopóki moja mamusia nie zacznie krzyczeć. Wcale jej nie trzeba pasa, po prostu moralnie przegrywam z jej rozumowaniem popartym logicznym argumentowaniem. Idzie mi tu o szlaban na każdą dziedzinę życia i obowiązkowe spożycie mdłego szpinaku oraz gorzkiej cykorii, w wypadku nagięcia jej cierpliwości do granic wytrzymałości. Tymczasem jednak kapiszony. Chłopaki popalać sobie mogą do woli, Trzmiel pić EB pod spożywczakiem z pryszczatymi ósmoklasistami, a dziewuchy wdzięczyć się do kogo chcą, ale jedna rzecz pozostaje niezmienna... kapiszony. Rzucanie w mur, pod nogi przechodniów, oklejanie nimi piłek wuefistów, straszenie pod oknami z polskiego to tylko z miejsca przychodzące mi do głowy formy zastosowania tego wynalazku. Odkąd Jałek odkrył, że patronka naszej budy, święta Róża z Limy ma nie tylko pod opieką kwiaciarki, ale także Indian, zastosowanie kapiszonów stało się po prostu zwyczajnie nieodzowne. Aaa... Co to się działo, gdy prowadziliśmy wojny między Apaczami, a Indianami Hopi, gdy Irokezi weszli tydzień temu do walki pod przywództwem Trzmiela, to od wybuchających kapiszonów zrobił się taki swąd, że przyjechały chłopaki z Ochotniczej Straży Pożarnej. Co się nagadali to ich, ale że pozwolili nam posiedzieć w wozach, to już przeszło do historii. A ku zdumieniu wszystkich, a moim szczególnie, okazało się, że lizus Waflak wszystkich ich dobrze zna, bo od początku wakacji chodzi tam i czyści sprzęt, tylko po to, aby pobawić się w strażaka. Cwaniak jeden nawet nie zająknął się, a przecież mimo mojej najszczerszej niechęci do niego, to nie jeden dzień się wyganiałem z nim latem, bo ani on, ani ja przez większość wakacji nie wyjeżdżaliśmy. W związku z letnią nudą często łaziliśmy do portu. Byłyby to zwyczajne nasze wędrówki, gdyby nie wyjątkowo niski poziom Wisły. Dzięki temu o suchej nodze można było przejść na pomidorową wyspę. Oczywiście, że Waflak nigdzie ze mną nie poszedł, bo to tchórz i łazęga, ale ja dwa razy polazłem tam, by najeść się smacznych, dziko rosnących malinówek. I taki też miałem zamiar wczoraj, gdy dołączył do mnie Masa, Trzmielu i Zielus. Obiecałem im na słowo honoru, że nie ma lepszych pomidorów na Ziemi niż te z wyspy pomidorowej.
Nasze miasto było polską stolicą szklarni, więc nie tylko kwiaty, ale i pomidory były pod szczególną opieką całego lokalnego społeczeństwa. Szklarnie wypierały sady jabłczane i odwrotnie, sady jabłczane wypierały szklarnie. W zasadzie nic innego tu nie było: sady i szklarnie. A wszystko w dolinie okalane wolno płynącą, ale niebezpieczną Wisłą. Od dziecka chowany byłem w atmosferze szacunku dla badylaków, więc podpieranie słów honorem w tym wypadku, nie było rzucaniem ich na wiatr.
Sam port składał się z uzbrojonej betonem zatoczki, a w niej porzuconej przez ekonomiczną nieopłacalność wyciągarki piachu. Do niej to ściągały, odkąd sięgam pamięcią, wszystkie pokolenia naszej małej miejscowości. Można było tam wejść, pogmerać przy wajchach, powciskać ostatni guzik i poudawać pracę. Wyciągarka umocowana była na fest do barki, którą kiedyś wypływała na środek rzeki. No więc to miejsce było często także pirackim okrętem, parowcem na Missisipi, wodnym jaszczurem, dzielnym żaglowcem.
Żeby dojść do wyspy pomidorowej trzeba było pójść trochę w górę rzeki, przebić się przez przyrzeczne chaszcze i odnaleźć duży kamień, który kiedyś pokazał mi ojciec. To było chyba jego ulubione miejsce, bo gdy mnie tu zaprowadził wydawało się, że zdradza mi największą swoją tajemnicę. Z tego kamienia widać było wyspę, która skryta za winklem, była niedostrzegalna z punktu widzenia portu.
- Kurna Olek! - powiedział Masa
- Cerowaty worek - dokończyłem.
- Co ty gadasz? - Trzmielu i Zielus przypatrywali mi się dziwnie.
- A tak zrymowałem. - Odpowiedziałem i tak jak Masa zmartwiłem się faktem, że Wisła, odkąd zaczęła się szkoła, znacznie przybrała i moja ścieżka już nie istnieje. Wyspa była trochę na lewo, o zaledwie dwadzieścia metrów od brzegu, ale teraz bez łódki nie było mowy o dotarciu do niej. Woda sięgała już prawie kamienia, który zazwyczaj był granicą zasięgu rzeki,
Staliśmy jak głupi patrząc na wodę i rozpatrując na głos, czy jest opcja dotarcia. Pomysł był taki, żeby przejść, bo woda nie może być głębsza niż do pasa, ale sprawa padła, gdy Zielus opowiedział nam o swoim kuzynie co to wlazł do wody na Mazurach i utopił się tak po prostu. Wtedy to znudzony Trzmielu, że też musiał z nami pójść, zaczął w piachu szukać kamieni do rzucania i w trzcinach natrafił na przywiązaną łódkę, wyciągniętą porządnie na brzeg.
- Chodźmy - usłyszałem Dużego i zadrżałem na dźwięk jego głosu. - Skorzystamy z łódki i popłyniemy do tej cholernej wyspy, a tam spróbujemy tych pomidorów.
Jak się on tu znalazł, nie mam pojęcia, ale nic nie mówiłem. Duży miał posłuch u chłopaków, mimo że się go bali. Wyciągnęli łódkę, w której odnaleźli wiosła. Masa chwycił jedno, Trzmielu drugie, Zielus stanął na dziobie a Duży usiadł przy sterze. Ja sam siedziałem tuż obok i nie wierzyłem własnym oczom, że ukradliśmy komuś łajbę i płyniemy na parszywą wyspę. Jak się okazało nie było to trudne i po chwili zrywaliśmy wszyscy pomidory. Wyspa od strony Wisły miała fajną plażę, na której można byłoby rozpalić ognisko, gdybyśmy przywieźli łódką trochę drewna. Nad gęstymi krzakami pomidorów, na środku wyspy królowała jabłoń, ale za to z niesmacznymi owocami. Siedzieliśmy tak pod drzewem, gdy z brzegu rzeki usłyszeliśmy skrzekliwy głos Starego, tłumaczącemu komuś, że już niedaleko. Przypadliśmy do ziemi i skryci zza krzakami obserwowaliśmy jak Stary, Calineczka i jakiś wielki facet o przykrótkiej koszulce, z której wypadał przyduży brzuch stali obok kamienia i przeczesywali szuwary.
- Nie ma!
- Może rzeka wzięła - powiedział grubym głosem tłuścioch.
- Aż tutaj? Niemożliwe! - Stary pokazał miejsce, w którym do niedawna stała łódka.
- No to ktoś rąbnął. Są nawet ślady.
Na szczęście Duży kazał chłopakom schować łódkę w krzakach, tak że z brzegu nie można było jej dostrzec.
- Chyba jakieś dzieciaki. Jeszcze wczoraj tu była - zaskrzeczał Stary.
- To tylko dowód na to, że niepotrzebnie zakopaliśmy to na wyspie. Nie jest tam bezpiecznie, zresztą nie dało się kopać głęboko, bo woda. - miałem wrażenie, że facet patrzy na mnie. Już chciałem wstać i przyznać się, co by nas pewnie nic nie kosztowało, ale Duży mnie przytrzymał.
- Siedź tutaj - jego ręce przygniotły mnie do ziemi.
- Musimy skołować drugą łódkę - usłyszeliśmy z brzegu. - I to jeszcze dzisiaj.
Stary, gruby i Calineczka poszli śpiesznie w stronę miasta, a my zostaliśmy. Nikt nic nie mówił, tylko Trzmielu podszedł do łódki i z jej dna wyciągnął dwa szpadle, które leżały tam przykryte szmatami. Zielus i Masa ruszyli dookoła wyspy, a ja pod jabłoń. To chyba Duży nakazał mi wleźć na drzewo i rozejrzeć się dookoła. W gęstych krzakach pomidorów od razu zobaczyłem wykarczowaną dziurę.
- Tam! - Krzyknąłem. Po chwili byliśmy wszyscy na niewielkiej polance, w której naruszona była ziemia. Trzmielu miał w ręce szpadle.
- A może byśmy...? - zacząłem, ale Duży nie pozwolił skończyć, że lepiej zostawić to coś w spokoju. Chwycił łopatę i zaczął kopać.

Stefan W.

poniedziałek, 3 marca 2014

Zawrót głowy

Szanowny Panie,

nie uwierzyłby Pan nawet w mojego pecha. Byłem już na drzewie - drugim od płotu - kiedy noga nieopatrznie wybrała gałąź zbyt drobną i do tego wyschniętą. Trzask tylko usłyszałem i ciało runęło w dół. Lot w kierunku ziemi okazał się krótki, prawie niezauważalny, a upadek nawet nie taki bolesny, jak mógłbym zakładać. Czułem tylko swój prawy bark i prawe kolano, które zdarte było aż do krwi. Zdziwiło mnie to nawet, bo przecież w sadzie Starego wszędzie rosła bujna trawa. Nie było jednak czasu nad tym rozmyślać. Pies... - kołatało w głowie - Pies! Spojrzałem w górę. Calineczka właśnie wychyliła zza rogu domu swój olbrzymi, czarny łeb i tylko formalnością było to, aby spostrzegła intruza. Serce zaczęło bić mocniej. Chociaż mocniej, to brzmi zdecydowanie za słabo. Waliło jak szalone. Już byłem na nogach, już pędziłem przed siebie. Oby szybciej, oby do płotu. Nie oglądałem się za siebie, tylko jednym susem wskoczyłem na wysoki parkan. Jak to dobrze, że miałem w tym wprawę - sekundę to nie trwało, a już byłem po drugiej stronie. Tylko gdzie się podziali moi kumple? Trzmiel? Piechlak? Mógłbym przysiąc, że byli za mną, kiedy wdrapywałem się na pierwsze drzewo. A teraz nic - ni widu, ni słychu. Dysząc ciężko, spojrzałem na ogromne cielsko przewalające się po stronie ogrodu Starego. Poczułem jak żołądek mi się kurczy. Słyszałem sapanie bestii. Dudniące, miarowe. Była tak blisko. Zaledwie z metr lub dwa ode mnie. W głowie aż szumiało. Nie chciałem, a raczej nie mogłem spojrzeć w czeluści jej bezdusznych ślepi. Obróciłem się w stronę szkoły i począłem człapać w jej kierunku - oby jak najdalej od domu Starego i tego piekielnego cerbera. Wciąż oszołomiony i obolały dreptałem przed siebie, zastanawiając się, gdzie wyparowały chłopaki, gdy znów usłyszałem warczenie. Jakoś zbyt blisko... tuż za mną. Nie zdążyłem się nawet w pełni obrócić, kiedy jakiś cień mroczny spadł na mnie i potężny chwyt ujął moje ramię lewe. Wielki łeb. Paszcza! Ogromna! I kły - lśniące bielą, siejące grozę...

-Ej! Wstawaj. Kuwa! Co ci jest? - usłyszałem nad głową znajomo brzmiący głos. Otwarłem jedno oko, tylko po to, aby stwierdzić, że to Jałek siedzi nade mną i potrząsa mną w górę i w dół, trzymając moje ramiona w żelaznym uścisku. Nie miałem za bardzo siły, żeby mu odpowiadać. Zresztą sam za bardzo nie wiedziałem, co się stało. Otwarłem oko drugie, a w moim polu widzenia pojawił się też Marek i Zielus.
-Co mu się stało? Żyje? - dopytywał Zielus swoim skrzypiącym głosem.
-No biegł po prostu, jak wszyscy, i nagle jak koziołka wywinie! I przytomność stracił chyba. A bani to sobie nie rozwalił? - Masa zwrócił się do Jałka, który był tuż nade mną.
-Kułcze, chyba nie. Kłwi nie widzę. Ty! Kuwa, wszysko gła? - i potrząsać zaczął mną ponownie - chyba nawet jeszcze mocniej niż poprzednio, co muszę przyznać, nieco mnie już zirytowało.
-Gła, gła! Turlaj dropsa, lamusie! - wystrzeliłem bezmyślnie w przypływie rozdrażnienia. Jałek zrobił oczy jak  pięć złotych. Puścił mnie natychmiast, tak że opadłem spokojnie na ciemny żwir szkolnej bieżni. Widziałem, jak jego twarz zmieniać się zaczęła. Wyraz pierwotnego zaskoczenia zastąpił grymas złości, a do tego czerwony się zrobił jak rak. Z boku dobiegł mnie chichot Masy i Zielusa, a to pozwoliło mi zrozumieć, że mój występek nie ujdzie mi na sucho. W jednej chwili wielka pięść Jałka spadła na moją facjatę i bezpardonowo rozkwasiła mój biedny nos. Chichoty ustały.
-Co się patrzycie? Nic mu nie będzie. Zabiełamy się.
No i poszli.

Wylegiwałem się zatem w pełnym słońcu wrześniowego popołudnia na obrzeżach szkolnego boiska z rozkrwawionym nosem, zdartym kolanem prawym i obolałym barkiem. Nie miałem nawet żalu do Jałka. Przecież w zasadzie chciał mi pomóc. Mój  błąd. Moja głupota. Cóż miał chłopak zrobić? Przecież lamusem nie był, o czym zarówno on, jak i ja dobrze wiedzieliśmy. Gdyby jeszcze świadków nie było, to może i by odpuścił. Ale tak? Wyjścia przecież innego nie miał. Może zresztą i dobrze się stało. W końcu miałem chwilę spokoju, żeby rozejrzeć się w swoim położeniu. Tak w ogóle to na tej ziemi znalazłem się dlatego, że razem z Jałkiem, Zielusem i Masą mieliśmy zaliczać po lekcjach bieg na tysiąca, bo nie zrobiliśmy tego rano. Dziwnym trafem wszyscy czterej spóźniliśmy się na pierwszą lekcję, na której właśnie był ów test możliwości kondycyjnych młodzieży szkolnej ze zbioru zamkniętego chłopców z klasy szóstej B. No ale nasz wuefista popołudniu doszedł chyba do wniosku, że ma coś lepszego do roboty, bo w końcu przyszedł i kazał nam biec tego tysiąca, ale nie na zaliczenie tylko tak za karę, że niby z pierwszej lekcji uciekliśmy specjalnie - na co niezbitych dowodów przecież nie miał. Po czym poszedł sobie, ale zostawił Waflaka, żeby nas pilnował i doniósł, jeśli ewentualnie postanowimy się ulotnić. No to i biegliśmy, bo było wiadomo, że pupil faktycznie by doniósł i nawet sensu nie było z nim dyskutować. Kiedy mordowałem już tak chyba sześćset któryś tam metr, nagle coś się ugięło, rzeczywistość się zakotłowała i czarno się zrobiło, a później to już sam Pan wie...
Jak tak leżałem, to brało mnie przekonanie, że ten zawrót głowy to nie tylko tak z upału. W głowie mi ostatnio się mieszało, jak w tyglu jakimś. Dziwnie rozpoczął się dla mnie ten rok i nie zapowiadało się, żeby szło ku lepszemu. Najpierw się okazało, że wszyscy kumple palić zaczęli przez wakacje, chociaż wcześniej przecież nie palili. Nawet Waflak, a przecież Waflak to leszcz, na co dowodów mógłbym znaleźć przynajmniej sto. No i w związku z tym ten Zakątek, którego w zasadzie nawet nie pamiętałem z zeszłego roku, a który teraz, ni z tego ni z owego, stał się centrum naszego życia międzylekcyjnego. Druga sprawa dotyczyła Trzmiela. Jeszcze przed wakacjami był klasowym chłopcem do bicia, gdy jakoś z tydzień temu wyszło na jaw, że ma kolegów z innej szkoły i do tego ósmoklasistów. Sylwia widziała ich podobno razem w klubie bilardowym, a potem pod sklepem, jak pili EB z puszki. Niby nic, a jednak zaburzyło to jakiś odwieczny porządek rzeczy i spokoju mi nie dawało. Do tego cały ten galimatias ze Starym i tą jego Calineczką. Co mu do głowy strzeliło? Naprawdę chciał naszej krzywdy? Chłopaki się zawzięli, że coś z tym trzeba zrobić. Ja wyłamywać się nie chciałem, ale miałem złe przeczucia, co do tego psiska. No oczywiście i w centrum tego wszystkiego sprawa Dużego, którego przecież nawet nie powinno tu być, ale nie dało się ukryć, że jednak był, a raczej bywał. Pojawiał się, jak spod ziemi, kiedy najmniej się tego spodziewałem, po czym równie tajemniczo znikał. Jak chociażby wczoraj na tym porcie...

Paweł D.