wtorek, 24 lutego 2015

Spalony most

Szanowny Panie,

rower przypięty był przez ostatnie pół roku do poręczy na klatce schodowej na drugim piętrze kamienicy przy ulicy Nowowiejskiej. Z opon dawno uszło powietrze, a zamki już zaczęły rdzewieć.  Nawet nie kuł w oczy, po prostu go nie zauważałem. Stał sobie i mimo posiadania kluczyków do jego zamków, a także trzech pompek, to jednak nie potrzebowałem go wczesną jesienią, gdy było tak ciepło, zimą gdy nie było śniegu, ani nawet na wiosnę bym go nie użył. Zdarzyło się jednak, że spalono most Łazienkowski i od razu ruszyłem po pompki, ustawiłem sobie siodełko, zniosłem go na dwór i dałem mu życie. Poetycko :) Tak na serio, to chciałem napisać Panu o tym jak na mnie wpłynął brak mostu Łazienkowskiego. I właśnie ten rower jest największą zmianą w moim codziennym życiu. Okazało się, że na dwóch kółkach jadę z tym samym czasem co autobusem do pracy. Poruszając się rowerem, mam wymówkę, aby nie nadużywać alkoholu, bo przecież prowadzę. W dodatku ustalona, opatrzona trasa zmieniła się diametralnie. Zawsze było tak, że wsiadając w mój autobus do pracy, wychodzili z niego najpierw studenci Politechniki. Nie będę ukrywał, że większość z nich wygląda tak samo. Potem moi towarzysze zmieniali się w postacie z Grochowa, czyli emerytów jadących do szpitala, ale też praskiego "towarzystwa", których imiona staram się zapamiętać, aby w razie czego wyjść do kogoś z tekstem.
- Co ty, swojego chcesz zdoić? To nie znasz Robka, Staśka i Mietka (tu wstawić należy właściwe imię)? Jak nie znasz, to zaraz poznasz. (i tutaj wyciągam komórkę, udając że dzwonię do ziomala, a jednocześnie pokazując, że nie mam sprzętu najnowszej generacji).

A tymczasem musiałem wybrać inną drogę i z tego już powodu jest ciekawsza. Jadę sobie na plac Konstytucji i tam przypatruje się przechodniom, najczęściej ładnym panienkom. Bardzo dobre i zdrowe to dla oka. Innym ważnym punktem mojego przejazdu przez miasto jest most Poniatowskiego. Wspaniale jest zatrzymać się i pooglądać Wisłę. Nigdy nie miałem na to czasu i tylko zerkałem jadąc tramwajem, albo autobusem, w porywach samochodem. A tutaj mogę zejść z roweru i zupełnie legalnie na środku mostu się zatrzymać. I oglądać do woli wolno płynącą wodę.
Niestety nie zawsze jest fajnie. Najgorzej jest z taksówkarzami i starymi dziadkami na przystankach. Obie te grupy mają wiele pretensji, że jeżdżę rowerem. Za cel postawiły sobie, aby wypomnieć mi moją tężyznę fizyczną, a nawet z jej powodu mnie przejechać. Nie moja wina, że w stolicy nie ma dróg rowerowych, a przez pasy bez nich nie można przejechać. To bez sensu zasada, żebym zsiadał z roweru, tylko dlatego, że zebra na asfalcie. Nie będę też jeździł po jezdni, w końcu kierowcy i tak mają przekichane z tymi mostami i korkami.
Moim zdaniem dobrze, że nie ma mostu Łazienkowskiego. Nie dość, że przesiadłem się na rower, to może jeszcze inni rozpoczną rowerową przygodę stołeczną. A jak Pana zmienił brak mostu Łazienkowskiego?

Ukłony
Stefan W.

niedziela, 1 lutego 2015

Rozstrój mięśniowy

Szanowny Panie,

Roczniak mój zasnął, Małżonka zbiera wiklinę nad Wisłą, a pies wtulił się w róg kanapy, więc mam sekundę, a może i nawet minut kilka. 

Trening nam dzisiaj nie wyszedł, ale przyznam się Panu, że tak nawet nie miałem jakoś nastroju do wspinania. Do piłki może bardziej, ale to jednak początek lutego, więc to też nie pora na boiska. Zastanawia mnie zresztą ta moja sportowość, czy też niesportowość. Tak w teorii, to cenię ruch. A i w praktyce też cenię. Czwartkowa koszykówka jest moją ulubioną obecnie rozrywką. Kiedy siedzę w +pracy często rozmyślam o tym, że już bym sobie wolał wyjść i pobiegać. No i nie ulega wątpliwości, że chciałbym być szybszy, silniejszy, no i wyglądać lepiej. Zamiar zatem jest. I nawet się zabieram za to. Wyjdę czasem pobiegać, kilka pompek zrobię. A jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czegoś tu brakuje. Zapału - można powiedzieć najprościej. Tak jakbym głową chciał włazić na te ścianki, głową po mieście kilometry robić. Tymczasem ciało jakby udawało, że nie słucha, co też głowa wymyśla. A głowa przecież chce dobrze dla ciała. Głowa mówi: zacznij, wyjdź, pójdź, wejdź, lewą nogą, prawą nogą, biegnij, biegnij! I głowa wie, że ciało w końcu podziękuje. Myślę, że ciało zresztą docenia - po. Tylko ciało ma pamięć marną, krótką - bez głowiego mózgu jest zidiociałe, infantylne jakieś. Nielogiczne ma zachcianki przede wszystkim. Po co te pączki? Słodycze? Alkohol?  Jakby zupełnie nie widziało naprzód nic. Bo może i nie widzi zresztą. Ciało jest zupełnie osadzone w tym, co tu i teraz. Materialne całkowicie. Osiemdziesiąt cztery kilogramy komórek. Ani grama mniej, ani grama więcej. Co innego głowa. Głowa (o czym już wspomniałem) myśli przede wszystkim i tu jest pies pogrzebany. Bo mało tego myśli - ona zmyśla. Przede wszystkim to, że to ona jest ciałem. Kiedy wcale nie jest. Kawałkiem ciała może, ale i to raczej nie. Tylko ona naprawdę jakby nie jest tego świadoma. Bo ona już jest z przodu, nawet w lustro nie spojrzy. Nawet na siebie nie popatrzy rozsądnie. Osiemdziesiąt cztery tu i teraz? Co to dla niej znaczy? Nic. Ona już jest ciałem gibkim, sprawnym. Jest ideą. Jest już tym ciałem po treningu. Umięśnionym i odtłuszczonym. Tymczasem ciało właściwe stoi obok, drapie się po krągłym brzuchu i czeka na karmienie. I nie może pojąć, kiedy głowa wymachuje szpicrutą i krzyczy, że jedzenia nie będzie, kiedy wytyka drugi podbródek czy miękki boczek. Myśli Pan, że tak łatwo pojąć tej prostodusznej masie, po co ma się rozciągać, po co ma te mięśnie prężyć, na nadprodukcję kwasu mlekowego się narażać? Ona nie pojmuje, po co ten ból. To tylko głowa wie. Tyle, że głowa głowie nie równa. Są pewnie głowy tęgie, co umieją jakoś podejść tego stwora, charyzmą samą zachęcić do ruchu lub tak jakoś z sercem i miłością, jak dobry rodzic, zadziałać, że to ciało też chce, choć przecież nie rozumie. 

Czasem żałuję, że moja głowa nie ma postawy twardego trenera lub dyrygenta-perfekcjonisty. Jak nad tym pomyśleć, to ona taka raczej ciepła mama (ale z tych mniej wymagających). Zawsze przymykała oko na ciała występki, nadmiar procentów i ogólne lenistwo. A ciało uczepiło się jej kiecy i przymilnie się tylko w nią wtula. Taka to już między nimi relacja, Stąd i przesadnej ilości mięśni moje ciało nie zaznało nigdy. Głowa do sportów zachęcała - a jakże, ale żeby zmuszać - co to, to nie! Ach, wyrozumiała poczciwina. Wierzyła, że materia jakoś sama zrozumie, co dla niej dobre, a wolności nie śmiała zabierać.  Czy po tylu latach nagle mogłaby się odmienić, nogą tupnąć, do pracy zagonić? Czy nie za późno? Role są już przecież ustalone. 

Pozdrawiam,
Paweł D.

niedziela, 4 stycznia 2015

Autostop z Konstytucji

Szanowny Panie,

pogoda używając silnych opadów i wiatru, próbowała zniechęcić mnie do życia. Na stronach internetowych informujących o tym, co jest i będzie za oknem, można było wyczytać o niekorzystnym biometrze. W samochodzie, którym jechałem, wycieraczki chodziły tylko na pierwszym biegu. Było to stanowczo za wolno dla zacinającego deszczu. Zielona strzała mojego najmłodszego brata, oparła się w ostatnich dwóch miesiącach, najazdu chuliganów, podających się za narodowców, którzy pod stadionem w dniu Niepodległości postanowili uczcić piękne święto walką z policją. Podobnie samochód ten przetrwał brak konsekwencji mojego młodszego brata, któremu starczyło sił na jego kupno, kilkukrotną naprawę, ale już nie może przeskoczyć załatwienia papierów do auta, przez co jeździ modląc się przy każdej kontroli drogowej. Mimo to, zielona strzała z wycieraczkami tylko z jednym biegiem, dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Nie chciałem być na tym deszczu, a jechałem z Bielan na plac Politechniki, przy którym mieszkam.

Deszcz w czasie podróży jest zbawieniem. To w deszcz najłatwiej złapać autostopa. Przekonałem się o tym wracając z pogrzebu Jana Pawła II, a także podróżując autostopem po Europie. Kilka razy ta zasada uratowała mnie w Ameryce Południowej. Czym gorzej na zewnątrz, tym ludź za kierownicą ma więcej serca dla włóczykija przy drodze z wyciągniętym kciukiem.

Sam Pan przyzna, że godzinę po północy na placu Konstytucji, nie mogłem spodziewać się autostopowicza. Minąłem go, mimo deszczu, który zacinał mi w samochód, a mu na głowę. Sumienie ugryzło mnie, gdy tylko zniknął mi z oczu. Tyle razy pomogli mi na świecie! Tyle razy deszcz uratował moją skórę przed noclegiem w rowie, w górach, w zimnie. Tyle razy... A ja będąc już niemal w domu, myślę o swojej wanno-kanapie. Niedoczekanie! Zrobiłem rogala, czyli nawrót na najbliższym możliwym skrzyżowaniu i w dwie minuty byłem z powrotem przy stopowiczu. Zdziwił się biedaczysko, że to zielona strzała się zastrzymała, przed jego nosem.

To zazwyczaj te najmniej wartościowe samochody biorą stopa. Zawsze chciałem, aby jakieś BieMWablju dało mi szanse na wygodną podróż po świecie. Potem przekonałem się, że to bez sensu. Właściciele takich samochodów, za dużo mogą stracić. A teraz lubię te stare rzęchy, które mnie biorą w podróż. Był taki ogrodnik w Szkocji, który przypominał mi sąsiada moich wujków z Anglii. Ten zakochany w koniach niziołek, u którego przycinaliśmy żywopłot. Taki sam ogrodnik, wziął mnie w zeszłym roku na stopa. Jechaliśmy pięknym, użytkowym trupem.

A zatem mój stopowicz wlazł chwiejnym krokiem do zielonej strzały, zatrzasnął drzwi i powiedział, gdzie jechać. Niedaleko, ciut-ciut, czyli za starym SAMEM, w dół, za Blue Cactusem wysiadł. W czasie jazdy nic nie mówił. Tylko dowiedziałem się, że trudny miał wieczór. Pyta się,
Ile się należy?
Mówię, że nic.
Serio?
Wesołych świąt człowieku.
Wyszedł, a drzwi chwycił chłopak stojący na przystanku.
Można? - pyta się.
Dajesz chłopie!
Co miałem człowieka zostawić mokrego na przystanku? Wziąłem i pojechałem z nim na Sadybę. Zawiany niemal w kukułkę. Gdy dojeżdża to samo pytanie:
Ile wyszło?
Nie wiem.
To ile się należy?
Daj mi 30 złotych na benzynę - mówię.
Masz 40!
Wracając, rozglądałem się po przystankach, czy komuś jescze nie pomóc w ten piątkowy wieczór.

Ukłony,

Stefan W.

sobota, 27 grudnia 2014

Roczniak

Szanowny Panie,

jak człowiek stara się skomponować czy nawet tylko zaplanować list, to jakoś nic z tego nie wychodzi. Spróbuję zatem odłożyć na bok to, co napisać do Pana zamierzałem i po prostu napiszę. Oczywiście – brak konkretu może być dla oka bolesny, lecz może jakiś konkret sam się ukształtuje z myśli całkiem błachych i zupełnie niekonkretnych.

Widziałem, że zaangażował się Pan ostro w Parabuch Magazyn – na fejsiku cały czas mam powiadomienia, że coś tam nowego na czytelnika czeka. No i cieszy mnie to niezmiernie. Mam nadzieję, że jeszcze Pan na tym grube miliony zarobisz. Wtedy może uratuje mnie Pan od tego mojego biurka i krzesła, co ja na nie już patrzeć nie mogę, i dasz mi Pan jakieś ambitne zajęcie, w którym dla odmiany się sprawdzę, a i jeszcze satysfakcję mi przyniesie, hm? Chociaż nie polecałbym się jako pracownika, jeśli miałbym być szczery. Leniwe to to i z zadań się terminowo nie wywiązuje, co i przecież na Fandze tak często widać. Ach, ale nie będę Panu kłamać. Jak mnie się czegoś nie chce, a bata nade mną nie ma, to nie sposób mnie nakłonić do działania. Ja nie wiem, jak ja tego syna wychowam? Żeby był pracowity, ale nie dziobak. Inteligentny, ale nie przemądrzalec. Wesoły, ale nie śmieszny. Żeby go lubiano, ale żeby w złe towarzystwo nie wpadł. Żeby wiedział, co jest słuszne, a czego robić się nie powinno. No na Boga, przecież ja sam tego zupełnie nie wiem, to jak to dziecku zaimputować? Zresztą tyle zmiennych w tym świecie, że w ogóle ciężko się odnaleźć. Wszystko relatywne, wszystko szare, a jak czarne, to często ciekawe, a jak białe, to ble i nudne. Ale też nie koniecznie, bo czasem czarne i nudne, jak wymiot, a i tak się przypałęta. I się od toksyn tech wszelakich nijak nie opędzi człowiek. No masakra. A z drugiej strony przecież wszystko fantastyczne, a ludzie piękni i wspaniali, a jakże. I wcale nie ironizuje – Pan mnie nie ma za takiego. Przecież dostrzegam te życia uroki i chciałbym, żeby Pan A. garściami je chwytał, i żeby świata się nie bał, no i ludzi przede wszystkim.

Ciężka jest rola ojca, ach, ciężka. No, ale właśnie na co dzień wcale nie taka ciężka. W koncepcji ciężka, gdy się o tej powadze sytuacji pomyśli, to wtedy tak. I jak w nocy płacz, ryk Pana budzi, a rano do pracy Pan wstajesz półprzytomny. To może wtedy. Albo jak masz Pan akurat humor, żeby iść się napić z kolegami, a uświadamiasz Pan sobie, że za bardzo kolegów już nie ma i obowiązki są inne. Ale to akurat, to chyba po prostu starość. Tak poza tym narzekać można tylko na fakt, że czas umyka jak szalony. I pomyśli Pan, że nasz A. ma już rok skończony?! Ano, oczywiście, że tak, bo Pan o tym wiesz, ale nie o wiedzę mi chodzi, tylko tę niesłychaność samej sytuacji. Rok już cały!

Pan go widział ostatnio – trochę schudł, linii nabrał. Nie jest to już ten sam ludzik Michelin, co pół roku temu. Ani też mały budda, bo i włosów trochę dostał. A tego robaka ze stycznia, czy lutego, co to leżał i ledwo dyszał, to już ledwo pamiętam. Chociaż trochę pamiętam, to właśnie najbardziej, że jak się w nocy budziłem, to siedzieć musiałem dłuższą chwilę, żeby pewność mieć, że są wdechy, są wydechy. Panie, to nie takie proste, kiedy to wszystko takie maciupkie. A schizy można dostać. No, ale teraz to już inaczej, jak jest roczniak. To se chrapnie, to se nos przez sen potrze, a zresztą słychać i widać, że oddycha (bo nie myśli Pan, że schizy tak łatwo przechodzą i że teraz nie sprawdzam). Jednak trochę spokojniejszy jestem, kiedy on już taki większy. Z łóżka sam zejdzie, a nie że panika, bo spadnie, czy też spaść może. Z drugiej strony przecież może i guza sobie nabić też. Ale guz to jeszcze nie tak strasznie. Za to strasznych rzeczy człowiek dostrzega całkiem sporo, kiedy pod opiekę mu dany zostaje brzdąc taki, powiem to Panu zupełnie szczerze. I uważać trzeba na siebie przede wszystkim, żeby w tym wszystkim równowagę zachować. To może być ta mityczna dorosłość, o której tyle to się słyszało. Tykam ją nie bez wahania, obwąchuję na razie. Tymczasem wieczory się wydłużają, bo to i zima, no i przede wszystkim A. zaczął później chodzić spać. Jakoś mocno mi to nie przeszkadza, chociaż filmu się już nie obejrzy, książki nie przeczyta, a i odpisać do Pana jakoś nie ma kiedy, a też ten samotnik we mnie jakoś pewnie też zaniedbany trochę. Nie mniej jednak nie jest tak, że „nic” i nuda. Przeciwnie. Dobre są te wieczory, tylko takie... nieopisywalne. Kręci się płyta na trzydziestu trzech obrotach. Młody macha ręką lub rękoma. My skaczemy, podrygujemy. Śmiejemy się. Mówimy Tuwimem lub Brzechwą. Śpiewać próbujemy. Ganiamy z pokoju do kuchni, z kuchni do sypialni. Hyc na łóżko, hop na podłogę. Są już pierwsze walki na miecze z kartonowych rurek, są wygłupy. Pod ciemnym zimowym niebem czas pląsa beztrosko.


Paweł D.  

sobota, 13 grudnia 2014

Parabuch magazyn

Szanowny Panie,

wiem, że teraz kolej na Pana, ale wytrzymać po prostu nie mogę. Jestem z siebie dumny, nosi mnie od tygodnia, żeby pochwalić się Panu, udało się mi wytrzymać. Teraz jednak dłużej męczyć się nie będę. Właśnie rozpocząłem swoją własną karierę wydawniczą. Na razie podróżniczą, internetową, tygodniową, ale przecież przyszłość przede mną.

Parabuch Magazyn


Z moich jest wywiad z Wilkoniem, a także tekst z Barra Grande, no i film z Peru. Kolega też dał wywiad i napisał tekst o Winnettou. Jest też tekst o uratowaniu życia przez Fah Sai - słonia.


Teksty będą ukazywać się co tydzień w sobotę. Niech Pan nie boi się ich komentować, wrzucać na swoje kanały, aby i inni komentowali, subskrybować i cieszyć się podróżą :)

Ukłony
Stefan W.

piątek, 12 grudnia 2014

Baza niebieska

Szanowny Panie,

polskie filmy to z przeproszeniem gówno – często słyszę, a nawet sam powtarzam ten jakże bezpieczny osąd. Kto by chciał z nim polemizować? Gdy do kin trafiają filmy, człowiek zastanawia się: „co jest nie tak z tymi producentami? Czy mają za dużo kasy?”

Jechałem ostatnio trzydzieści godzin autobusem, więc naoglądałem się filmów po wszystkie czasy. Po rozmowie z Józefem Wilkoniem jeszcze bardziej doceniłem drogę: zmieniający się krajobraz za oknem, jej istotę w podróży. Filmy niestety nie pozwalają cieszyć się wyjazdem, a służą zabójstwu. Zabójstwo czasu, którego mamy tak niewiele. Nie jestem purytaninem, który na tyle ceni swoje życie, że nie pozwoli sobie na stratę tego cennego kruszcu. Niekiedy jednak należałoby żądać odszkodowań za stracony czas. Powiedzmy dwieście złotych za zmuszenie mnie do obejrzenia gniota w czasie jazdy. Ktoś powie, że nikt mnie nie zmuszał! Akurat. Proszę spróbować skupić się bez słuchawek w uszach na czymś innym, gdy telewizor jest włączony. W dodatku nerwy zostają nadszarpnięte, gdy okazuje się, że odpowiedzialność spoczywa na filmach rodzimej produkcji. Amerykańskie gnioty mi nie przeszkadzają, z jednego powodu, są amerykańskie. Na polskich słabeuszy patrzeć jednak nie mogę, bo w kwestii filmów jestem narodowcem. Polskie kino uchodzić powinno za wzór do naśladowania, a nasi filmowcy próbują niestety papugować zagraniczne „cuda”, co kończy się klapą.

Temat: biedni młodzi Polacy sprzedają swoje organy bogatym, starym Szwajcarom. Obsługujący emerytów gangsterzy dostarczają nerki, czasem kradnąc je właścicielom. Film ze śp Anną Przybylską o tytule „RH+” oglądałem lata temu na pokazie prasowym. Cholera. Rozmawiałem wtedy z tymi aktorami i naprawdę głupio było mi powiedzieć, że film jest drewniany. Obejrzenie po raz drugi tego nie zmieniło.

Wszystko zależy od towarzystwa – słyszałem setki razy na wyjeździe do Austrii. Nie jestem turystą, więc nie rozumiem, dlaczego ludzie jeżdżą na tydzień do Egiptu, by siedzieć w hotelu. Dlaczego potrafią wyjechać na weekend do niemieckiej rajskiej wyspy z imitacją Kanarów i wydać tyle samo jak na wyjazd do prawdziwych wysp owianych pasatami. Towarzystwo jest jednak odpowiedzią. Czy nie byłoby nam miło, gdybyśmy we dwóch pili drinki w podgrzewanym basenie w Hurghadzie? Byłoby zabawnie z Panem i kilkoma znajomymi siedzieć na tureckiej riwierze biorąc udział w imprezach organizowanych przez animatorów. To byłoby życie.

W autobusie puścili jeszcze film Cezarego Pazura „Weekend”, który na filmwebie oceniony został poniżej pięciu gwiazdek. Temat: trzy grupy gangsterów w stylu „Przekręt”, wszyscy szukają walizki narkotyków, którą ukradła dziewczyna o umiejętnościach Neo z Matrixa. Bohaterowie mają fajne riposty. Żarty bywają dość głupie. No dobra... są coraz durniejsze, a sceny walki wydają się tak naiwne, że aż zabawne. Robią sobie jaja z filmów akcji.

Towarzystwo pozwoliło mi za to docenić film „Last minute”. Temat: skromna polska rodzina wygrywa wyjazd do Egiptu. Tam zmuszona jest do kombinowania, aby wrócić do domu.
Cały autobus wypełniony był touroperatorami, którzy pękali ze śmiechu, widząc nasze narodowe przywary i kompleksy uwidocznione za granicą. Dobrze, że potrafimy się śmiać z siebie. Pewnie jak puści Pan ten film na komputerze, by spędzić wieczór ze swoją małżonką, to uzna mnie za bezguście. Towarzystwo jest jednak najważniejsze, więc pokój wypełniłbym tymi agentami turystycznymi. Śmialiby się Państwu nad uchem i wtedy zrozumiałby Pan, o co w tym chodzi.

Ja o filmach, a w telewizji trąbią o 15 milionach dolarów, które prawdopodobnie przyjęła Agencja Wywiadu za zamknięte oczy, podczas podtapiania więźniów, w którym lubowało się CIA. Nazwali oni lotnisko w Szymanach – bazą niebieską.

Ładnie
Stefan W.

piątek, 21 listopada 2014

Buzz

Szanowny Panie,

na początek Panu pogratuluję, bo wyrobił się Pan nawet w tego kosza. I podczas kiedy ja nie trafiam spod tablicy, to Pan zbiera, blokuje i nawet punkty zdobywa. Brawo.

Ja kupiłem jakiś czas temu laptopa. Specjalnie po to, żeby regularniej do Pana odpisywać i w ogóle, żeby więcej pisać. Trzeciego dnia zainstalowałem NBA 2K12. Wynik całej operacji można  było obserwować na Fandze przez ostatnie tygodnie. 

Ale w ogóle to trochę oczywiście robię innych rzeczy, Rankiem chadzam z Gastrem-psem do piekarni po bułki. Później jadę metrem do pracy, bo zgubiłem to cholerne prawo jazdy. Piję kawę pierwszą. Słucham. Gadam. Patrzę w ekran. Wysyłam faksy. Potem kawa druga. Przyjmuję maile. Robię sobie listy zadań, żebym niczego nie zapomniał zrobić. Zapominam zrobić różne rzeczy. Kawa trzecia. Wysyłam wnioski o ubezpieczenia wadialne. Ustawiam kierowcę, żeby odebrał polisę. Wczytuję się w SIWZ albo i nie. Piszę spis treści, a raczej kopiuję go z poprzednich postępowań do tego samego Zamawiającego. Kompletuję ofertę. Wcześniej czasem ustalam cenę. Bywa to stresujące, bo przeważnie robię to za późno i są z tego powodu jakieś jazdy. Potem jeszcze muszę koperty zaadresować dobrze i wysyłam te oferty. Przeważnie pocztą kurierską. Na inne ważne rzeczy już przeważnie mi czasu nie starcza. A. No i o 10:30 kupuję kanapkę u Pana "Ślimaka" i tak do 11:00 ją zjadam. Jak jeszcze popołudniu dalej jestem głodny, to chadzam do nowo otwartej "Żabki", gdzie zakupuję coś do podgrzania. Generalnie, to za dużo kasy wydaję na jedzenie, a za mało czasu poświęcam na ćwiczenia. Pan z brzuszkiem.

Byłem wczoraj na koncercie Morrisseja. Tak, wiem. Nie mówi to Panu nic lub niewiele (wstyd oczywiście, Panie Stefanie). Zatem tak dla zapoznania się z tematem:

No i nie był to taki zwykły koncert. Było tam dużo znajomych, I nawet Pan B. który nie rozmawia ze mną od półtora roku, po tym jak go nie zaprosiłem na wyjazd do Gruzji. Koncertu całego było pięć piosenek, bo jak Morrissey chciał coś powiedzieć, to ktoś z publiczności coś krzyknął i ten zagrał jeszcze jeden numer, a potem się zawinął na zaplecze i już nie wrócił. Podobno nie czuł się bezpiecznie, ale już jest z milion teorii na ten temat. My i inni staliśmy tam i czekaliśmy, że może wyjdzie. Ja oczywiście wiedziałem, że nie wróci. Pan B. by nie wrócił. A swoją drogą, to podczas tego zawieszenia zobaczyłem nawet Pana B. Podał mi rękę - co uznałem za aż nazbyt dobry znak. Jednak potem powiedział, że to przez nas koncert tak się zakończył. I poszedł, dając do zrozumienia, że wróci. Oczywiście nie wrócił. My wypiliśmy po piwie, a potem jeszcze były dyskusje na fejsie dotyczące przerwanego koncertu. Jeden mój wpis dostał nawet 23 lajki, co normalnie mnie się nie zdarza. Podbijam internet.

Paweł D.