sobota, 26 września 2015

Widok przez bulaj

Szanowny Panie,

nie będę czekał aż Pan napisze o swoich przygodach we Lwowie. Opowiem Panu o moim żaglowcu, którym płynę przez Bałtyk, mijam Rozewie i oddalam się w stronę Bornholmu. Parę lat temu skończyłem taki rejs na tej duńskiej wyspie i nawet mi się nie śniło, że uda się mi popłynąć ku takiej przygodzie. Różnica jest jednak wielka.

Wtedy jak wypływałem to ształowałem rzeczy w kabelgacie i nawet nikomu nie pomachałem. gdy odcumowaliśmy od brzegu. Dzisiaj długo przytulałem dziewczynę. Potem płynąłem i pamiętam jak bardzo miałem przemoczone nogi. Nie miałem nawet kaloszy. Tamtejszy wrzesień był zimniejszy, a ja na bosaka wybierałem wodę z DeZetek. Teraz mam kalosze, a nawet sztormiak, co wtedy było marzeniem. Teraz w dodatku leżę pod wentylatorem, który ogrzewa całą kajutę. Nie spałem długo, bo były w nocy dwa alarmy. W sumie, w swój pierwszy rejs żaglowcem płynąłem 22 godziny. Pamiętam wtedy wschód Słońca. Byłem na tej najwyższej rei, przede mną port, a ja widzę jak Słońce wstaje z morza. Nawet teraz mam ciarki. Wtedy miałem w sobie więcej zachwytu. Więcej naiwności. Nie wiem co się stało, ale teraz tego nie ma. Teraz płynę i jeszcze nie dociera. Chociaż! Chociaż czasem się śmieje do siebie, to chyba dobry sygnał?

Wietnam od strony morza, Kapsztad od strony morza, Dżakarta od strony morza. Oceany, latające ryby, delfiny i wieloryby. Ryby. Może coś złapiemy? Poprosiłem, aby mnie Magda uszczypnęła, bo ja nie wierzę. Płynę! 

Panie Pawle jak wyjeżdżałem do Francji mówiono mi, że czeka mnie przygoda życia. Gdy wyjeżdżałem do Ameryki Południowej znów była mowa o przygodzie życia. To samo o rejsie z Karaibów do Polski. I teraz znów przygoda życia

Fale w bulaj walą. Mam taką koję, która ma swój wielki bulaj. Specjalnie taką wybrałem, bo ja lubię patrzeć na wodę. Pomyślałem sobie, że będę tutaj Panu co jakiś czas umieszczał zdjęcie widoku z mojego bulaju. Poniżej trzy pierwsze widoczki. Okrągły świat za burtą, będzie po części Pana światem.

Pozdrawiam
Stefan W.
Gdynia. Widok na Sea Towers.
Gdańsk. Widok na Westerplatte.

Bałtyk. Pierwsze morskie fale.


sobota, 5 września 2015

Moczymordy

Szanowny Panie,

wiem, że powinienem napisać tutaj esej, reportaż, felieton, ale wybieram parę słów. Nie dlatego, że nie mam o czym, ale dlatego, że nie mam czasu. Pracuję w godzinach absurdalnie długich i rozległych. Tyle roboty, że nie mam czasu taczki załadować. A jak jest chwila to wpadam na neta i pracuję by dokończyć rzeczy, do których się zobowiązałem. Napiszę piękny tekst za tydzień, ale nie może być tak, że Fanga nie ma wpisu tak długo. Dlatego postanowiłem wkleić film, który zrealizowałem z kolegą na temat drinków. To cykl, na który wpadłem. Coś po godzinach. Koniec lata, a początek sezonu jabłkowego, więc może przepis proponowany przez Kitę Koguta i Przemka, Panu i innym czytelnikom Fangi się spodoba. Do sprawdzenia :)


Smacznego,
Stefan W.

środa, 15 lipca 2015

Jutro, pojutrze

Szanowny Panie,

siedzę w pracy (co za zaskoczenie!). I o dziwo na dziś się obrobiłem. To znaczy, w zasadzie to się nie obrobiłem, ale jest gorąco, więc już robić mi się nie chce. Jutro będę zszywać, to co się przez moją dzisiejszą bierność rozpruje. Mogę tak lub odłożyć ten wpis na jutro, pojutrze - tak, jak zresztą zrobiłem to wczoraj i przedwczoraj. Bo czasu nie miałem. Jakiś bloger-optymista pisał co prawda jakiś czas temu, że czas ma się zawsze i od nas tylko zależy, na co chcemy ten czas poświęcić. I jeszcze ludzie mu przyklaskiwali. Rzecz jasna, jest to bzdura, z której w głos się śmieję. Blogerom-optymistom-aktywistom mówię... a nic zresztą nie mówię, bo co mi tam oni. Ale ja na bezczas właśnie cierpię. Daj mi Pan (lub: o Panie, daj mi!) dodatkowych 8 godzin na dobę, a ja już wtedy pokażę na co mnie stać! Tylko (o Panie!) nie dawaj tych godzin innym, bo oni to właśnie zepsują znowu - zaraz każą pracować po 13 godzin na dobę, a resztę poświęcać na spanie, sprzątanie i bierne odpoczywanie. I gówno znowu wyjdzie z samorozwoju. Nic nie powstanie, bo znowu czasu nie będzie. Trzeba będzie za to więcej prądu zużywać, bo wszystko będzie działać dłużej, jeść trzeba będzie więcej, to i zaraz się jeździć będzie dalej, dłużej, no i na benzynę też więcej, więc w sumie  więcej i więcej po prostu.  To nie dawaj im wszystkim tych 8 godzin, tylko mi! Albo lepiej - zostaw 24. Mi zostaw - czy mnie może. Tylko innym zabierz z 5 chociaż. I tak przepieprzają wszystko. A ja? Ja to nie. Przecież tyle chcę zrobić. Jutro pójdziemy na kosza. Pojutrze rysunek będę ćwiczyć. W sobotę usiądę i napiszę pierwszy rozdział mojej debiutanckiej książki. Jak się wezmę konkretnie, plan ustalę, to w końcu się ruszy. Lipiec, sierpień i z pół już będzie surówki takiej. Do końca listopada skończę rękopis. Później jakieś korekty i voila ! Na styczeń, no może luty, będzie gotowa. 

W lutym tego roku wziąłem zresztą urlop, żeby już zacząć pisać. Nigdzie nie wyjechałem, plan miałem. Do biblioteki poszedłem razy dwa. Za pierwszym razem napisałem stronę jedną. Za drugim tylko się zaszyłem gdzieś z dwiema książkami i je czytałem. W końcu do wniosku doszedłem, że to się po prostu tak na urlopie pisać nie da, no i że jak do pracy wrócę, to jakoś to zaplanuję, ułożę, w czasie sobie rozłożę i  z tym dziełem ruszę. Tylko już nie z tym, co to wtedy było, tylko nowym, bo to, co tę jedną stronę napisałem, to straszliwe gówno było. Sam by Pan nie uwierzył, że spod palców mi to wyjść mogło. Oj, tak to złe było, że projekt zarzucić po prostu musiałem. Teraz coś lepszego wymyślę. Znaczy nie teraz, teraz. Tylko może jutro. Nie, pojutrze, bo jutro przecież w kosza gramy.

Planuję zresztą do tego kosza naszego się przyłożyć porządniej też. Wstawać z rana i na boisko chodzić, żeby celność poprawić. Biegać codziennie, żeby kondycja była, żeby Pana Huberta i Pana Krzyśka w końcu dogonić. Kolana trzeba wzmocnić. Nad skocznością popracować. W wakacje przycisnąć, żeby we wrześniu już klasę pokazać, a później nie przestawać, tylko ciągnąć dalej, i na koniec następnego naszego sezonu MVP zostać. Tym bardziej trochę mi głupio, że w poniedziałek na meczu mnie nie było i wczoraj Panu też pojedynku odmówiłem. Ale jutro uda się w końcu... może.

Wracając jeszcze do tej książki, co to jej nie ma, ale przecież ma powstać kiedyś, to przyznam się Panu, że to nie pierwsza, i że przez lat 32, które to jakoś przeszły już zupełnie niezauważenie, miało ich powstać już kilka. Kiedyś miałem taki pomysł, żeby napisać jedną z perspektywy dziewczyny. Takiej trochę ałtsajderki, małomiasteczkowej dzikuski. Znałem taką jedną i wydawała mi się postacią barwną i na książkę akuratną zupełnie. Po kilku stronach zaledwie (dwóch może?) zdałem sobie sprawę, że jednak o dziewczynie, z perspektywy dziewczyny, to przecież zupełnie niemożliwe, żebym coś napisał, bo co ja wiem o wewnętrznym życiu takiej, czy innej. O żadnej zresztą nie wiem prawie nic, poza faktami, a faktami, to można sobie wiadomo co.  I po rozum do głowy poszedłem, i projekt zarzuciłem. Nie był to zresztą raz jedyny, kiedy za dziewczęcy świat się brałem. Kilka lat po buntowniczce z miasta małego, wpadłem na pomysł zupełnie świeży - o koleżankach to miała być historia, takich wyszczekanych, punkówach, co to zespół założyły. Zespół miał się "Niezgoda" nazywać. Wie Pan, takie dziewczyny niby zwykłe, ale trochę takie ałtsajderki, dzikuski małomiasteczkowe. Takie polskie Pussy Riot powiedzmy, tylko nieco bardziej sielskie, anielskie i polskie właśnie. Zacząłem pisać, a jakże, ale co ja o dziewczętach wiem, Panie Stefane, nic lub niewiele zupełnie. Pomyślałem w końcu, że to może jakoś przerobię, coś pozmieniam i jeszcze wrócę do tego kiedyś. Może wrócę. No  i miałem pomysły inne - miałem takie trochę ze świata fantasy, a trochę bajkowe, miałem coś na Lema i coś na Zolę. Przeważnie szkice tylko lub pomysły, albo samych bohaterów, albo lokacje same. Wie Pan, czasem człowiekowi przyśni się coś i już myśli, że to właśnie to, że to myśl, która go nie opuści, na  której  po prostu zbudować coś trzeba. I ja tak mam czasem, i mówię sobie - do wieczora doczekam, przez tę pracę się przebiję jakoś, z młodym posiedzę trochę, z Panną J. tylko jakiś jeden odcinek serialu dobrego obejrzę i jeszcze przed snem usiądę i to spiszę. A jak już zmęczony będę za bardzo, to na dzień następny. Zanim to wyblaknie, kształt straci i zniknie zupełnie. 

Niestety dziś już jest jutro, pojutrze i wczoraj, przedwczoraj, za rok, za dwa i dziesięć. A dziś nie ma przecież wcale, bo zacząłem to pisać o 16:10 albo nawet 15:45, a jest 17:07... a nie! Już 17:26, co oznacza, że jestem w domu, a nie w pracy, a o 18:00 to jestem już na piwie umówiony z ludźmi z grupy mojej studenckiej. I już czuję, że mam kaca, bo jest rano, i jutro, i jest już wyblakły ten sen zupełnie, albo chuj, bo nie ma go już wcale. Tak to jest z tym dziś, co go nie ma i z jutrem, co też nie przyjdzie, a najpewniej to już wczoraj było. 

Do jutra!

Paweł D.

wtorek, 16 czerwca 2015

Srebrna łyżeczka

Szanowny Panie,

serwantka to taki mebel w domu mojej mamy, cioci jednej i drugiej, wujka i babci, w którym trzyma się rzeczy najcenniejsze, ale rzadko dotykane. Rzeczy w serwantce złożone są jak na domowym ołtarzu. Nie należą bezpośrednio do właściciela, ale raczej są świadectwem kontiuum czaso-przestrzennego. Swoistym dowodem nas samych i tych wszystkich pokoleń co przed i za nami były i będą. Przechowane honorowo. Są to najczęściej pamiątki po pradziadku, tak jak srebrna papierośnica, która leży w serwantce mojej mamy, a należy prawnie do mnie, jednak nigdy nie przyszło mi do głowy zabrać z jej domu, jako z tego rodzinnego, dopóki, dopóty nie założę stadła ponownie. Srebrna papierośnica, stare unikalne zdjęcie, sygnet, modlitewnik, który podarował mój prapradziadek mojemu pradziadkowi, ten dziadkowi, ten ojcowi, a w końcu ten mi. Leży tam i nikt nie ma prawa go dotknąć. Najlepiej go nie ruszać. Jest i to jego cel. Wiem, że tam. Nie użytkowy, bo nikt od lat nie wykorzystywał go do modlitwy, czegoś do czego został stworzony. Staruszek modlitewnik. Nasiąknięty słowami wypowiadanymi przez pradziada: W Imię Boże, Idźcie, Amen. Leży tuż obok srebrnej zastawy z wygrawerowanymi czyimiś inicjałami, o których pochodzenie trudno już kogokolwiek zapytać. Jest też rzeźba siedzącego buddy, która przestraszyła moją mamę, gdy urosła w jej oczach do rozmiarów olbrzymich, gdy była dzieckiem. Są medale brata młodszego z Afganistanu, są i dziadka z Powstania Warszawskiego. Wszystko na półkach, na trzech małych gwoździkach opartych, z którymi zawsze jest ten sam problem, czwartego gwoździka nie ma, albo wypada i możliwym jest zawalenie się półki, na to co niżej. A tam przecież sarenki skromne z bielutkiej porcelany wykonane.

W domu są rzeczy, które też w serwantce stać powinny, ale nie stoją, bo się nie mieszczą. Jak zabytkowe krzesło, na którym nie można siadać, bo jest pęknięte, ale nikt go nie wyrzuci, bo takich rzeczy się nie wyrzuca. Wazon też się nie zmieści, wazon który Dzidek kupił w Czechach i na plecach parę kilometrów przeniósł, by podarować go mamie. Przeżył wojnę, ruskich w kraju, lata 90-te i miejmy nadzieję dożyje wnuków moich wnuków. Są też rzeczy, które zabrałem i się z nimi nie rozstaje, ale które w zasadzie powinny leżeć w serwantce. To jest bębenek z małpiej skóry, z którym jeżdżę po różnych mieszkaniach, albo te kieliszki z Afryki, które ostatnio przeżyły katusze, gdy wyjeżdżałem na rejs. Jest też książeczka, wydanie Zaczarowanego Dorożkarza, którego zabieram niemal wszędzie ze sobą, ale już nie mogę, bo boję się że zniszczeje doszczętnie. Te dwa ostatnie przykłady potwierdzają regułę. Te rzeczy, gdy tylko można, należy trzymać w serwantce. Bo ich celem nie jest codzienność, a wieczność pokoleniowa. Są świadectwem.

Niedługo chrzciny i nie wiem czy Antek dostanie same pieluchy, zabawki, klocki i inne cudeńka. Wiem jednak, że może ktoś da mu srebrną łyżeczkę. Ja mam taką, bracia mają i wielu innych w rodzinie ma te łyżeczki. Nigdy do cukru nie były używane. Są. Stare. Może poniemieckie? Zdobne. Srebrne. By nigdy nie brakowało w życiu pokarmu, szczęścia, rodziny. Radzę, załóż Pan też swoją serwantkę, by i srebrna łyżeczka miała gdzie leżeć.

Ukłony
Stefan W.

wtorek, 19 maja 2015

Dając dupy za drobne

Szanowny Panie,

wybaczy Pan ten może nieco ordynarny tytuł, ale jeśli kończy Pan dzień waląc samochodem w śmietnik, to oczywiście oznaczać to musi niechybnie, że dzień był po prostu kijowy, a wtedy człowiekowi same się takie zdania na usta cisną. Słowa na "ch" nie użyłem tylko dlatego, że jestem wymuskaną pizdką, co czuje się nieswojo, kiedy to puszcza w eter za dużo bluzgów, chociaż w zaciszu domowego ogniska klnie oczywiście jak szewc. Taka hipokryzja, ot co. Wracając do śmietnika, to dodać trzeba, że stał on na takim placyku, co to na nim wykręcałem. Parkingu w zasadzie. Tak, wie Pan, po trzydzieści metrów w każdą stronę pusto, a Pan tu znajduje akurat samotny śmietnik i bęc. W dodatku oczywiście na oczach nowo poznanych znajomych żony - tak żeby dodać sobie splendoru. 

No, ale do diabła z tym koszem - samochód już i tak obdrapany z każdej strony, jakby nim jakaś kobieta jeździła. Większe mnie dopadają migreny z powodu coraz to dłuższych dialogów z moim chlebodawcą (nie wiem czemu, z automatu napisałem najpierw "chlebodajcą"). Poszedłem ja bowiem po stu latach po podwyżkę drobną, licząc po cichu, że to wszak formalność, bo przecież jestem zajebisty, więc oczywistym jest, że mnie się należy, a tymczasem pogadaliśmy trochę, pogadaliśmy i już sam nic nie wiem, a na pewno nie wiem, czy faktycznie na grosz jakiś dodatkowy zasługuję. Bo niby za co? A ważniejsze - dlaczego? Co mną kieruje? 

-Przespałem się z tym, rozmyślałem i rozmyślałem... I chciałbym żebyś przekonał mnie, że nie chodzi tylko o pieniądze, ale o to, że rzeczywiście chcesz się rozwijać. Proszę, przekonaj mnie. 

Eee... Szanowny Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo! Otóż, tak, chcę. Żona zapisała mnie na zajęcia z rysunku. Będą to pierwsze zajęcia plastyczne, na jakie będę uczęszczał od dwudziestu kilku lat (nie licząc plastyki w liceum, ale sam Pan pewnie pamięta, że trudno to brać pod uwagę). Jutro może Panna J. mnie ustawi jakąś martwą naturę, to już zacznę ćwiczyć. Mało tego - chcę mieć umysł jak brzytwę, więc i czytać zacząłem więcej. Tak. Czytam, czytam. A różne rzeczy, oczywiście... ale nie tylko durne. Do tego sport. Nie biegam ostatnio, ale mam mocne postanowienie poprawy, a w kosza idzie mi różnie, jednak obiecuję ćwiczyć więcej. Zdecydowanie muszę potrenować rzut z półdystansu i panowanie nad piłką. Trochę taktyki też przydałoby się liznąć. Zatem, co to za pytanie? To chyba oczywiste, że chcę się rozwijać. Życie to rozwój. Ciągły progres. I głód sukcesów. Tak to czuję. Tak być powinno. W każdym przecież drzemie odrobina ambicji, czyż nie?

-Zapewniam Cię, że są osoby, nawet tu, w tej firmie, które chcą wykonać pracę odtąd dotąd, dostać wynagrodzenie i iść do domu. Nie mówię, że jest ich dużo. Mniejszość. Jednak są. Ja tymczasem chciałbym Ci dać tę podwyżkę, ale czy będzie to oznaczać nową jakość? 

Psia kość. Tak! Daj, daj, daj, daj. 

-Chciałbym żebyśmy kontynuowali tę dyskusję. Jutro, może jeszcze w piątek. Rozmawiajmy... 

Daj, daj, daj, daj. 

Zachodzę w głowę: a skądże to? jakże to? czemu tak gna? 
Ale, że co? Że jeszcze jutro, i kiedyś? W piątek? Ale po co? 

Tu przecież nie chodzi tylko o pieniądze. Nie tylko o to. Tak - to też. Pieniądze w pracy to kwestia zasadnicza. Jednak nie tylko o nie chodzi, nie tylko. Chodzi o bardzo wiele kwestii. Niektóre są kwestiami zasadniczymi też. I nie są pieniędzmi. Nie, nie. W pracy ważne jest mnóstwo innych rzeczy. Różnych. A jakże. Są ważne tak samo, jak sama zapłata. Albo nawet bardziej! Tak. Bardziej. 

Chcę wprowadzić tę firmę na nowy poziom. Na poziom wysoki. Ponad ten poziom. Nad poziomy! Chcę ujrzeć, jak rusza, jak strzepuje z siebie kurz ospałości lat ostatnich. Chcę... nie, nie chcę. Czuję, że rusza. Już rusza. Czy Pan to słyszy? Jak nabiera śmiałości, jak powolutku, lecz stanowczo brnie do przodu. Przeciska się przez gałęzie przeciwności. Łamie je! Czy Pan to widzi, jak ona je łamie?! To nie gałęzie - to godne pożałowania gałązki. Trzaskają już tylko pod jej stopami, kiedy ona tak kroczy - odważnie, z impetem! Idzie, biegnie już, i jaśnieje przy tym. Kolorami się mieni. Czy to skrzydła u jej ramion? Być nie może. A jednak! Palce jej białe już ziemi nie muskają, już ku niebu sunie - o, litości! Jakiż to żywioł! Nie ze świata ludzi to zjawisko i nie dla oczu ludzkich... ale ja patrzeć będę. Ja będę doglądać. Chociażby w wymiar się przeniosła nieziemski zupełnie, ja będę trwać przy niej. Ja jej otuchy dodam, ja ją karmić będę krwią moją. Niechaj rośnie...

Leżę na plecach i już rozdysponowuję podwyżkę, której nie dostałem. Pierwszą wypłatę, to przepiję. A co? Przecież to chyba tradycja. Albo pojedziemy w wakacje za granicę razem z rodziną. Bo mieliśmy nie jechać nigdzie daleko, tylko tak lokalnie. Trochę oszczędniej, za to ze znajomymi. Odnowić trochę kontakty z ludźmi. Z drugiej strony, jak już dostanę te parę groszy więcej, to można zaszaleć. Konsumować. Mniam, mniam, mniam, glam, glam, glam. Tylko muszę jeszcze trochę powyolbrzymiać, trochę poprzekręcać, trochę wykreować. Później robić swoje - odtąd, dotąd. Ale nie, że źle. Konkretnie. Tylko bliżej ziemi. Ale uczciwie. To znaczy, nie koniecznie względem siebie, ale przynajmniej wobec chlebodajcy. Żeby było dobrze. Żeby interes się kręcił. Żebym się kręcił. 

Pozdrawiam,
Paweł D.

środa, 29 kwietnia 2015

Byle dalej

Szanowny Panie,

dzisiaj jestem w Boulogne-sur-Mer. To francuska miejscowość przy kanale La Manche, albo jakby chcieli ci z naprzeciwka, kanale Angielskim. Mieliśmy dopłynąć do Dover, ale prądy i wschodnie wiatry nie pozwalają nam na to. Jakby spojrzał Pan na mapę, to wygląda ona jakbyśmy płynęli od brzegu do brzegu. To nazywa się halsowaniem i z pewnością Pan pamięta ten rodzaj pływania z żeglarskich przygód na Mazurach. Wydaje się Panu, że płynie nie wiem jak daleko, a tymczasem w linii prostej to tylko 60 mil. I tak od tygodnia.


To frustrujący sposób poruszania się, bo wiąże się z ogromną ilością alarmów do żagli w środku nocy, permanentnym niewyspaniem i wypalaniem pieniędzy w postaci ropy naftowej. Bo gdy nie da się płynąć pod wiatr i pod prąd, to trzeba włączyć katarynę i śmigać by płynąć byle dalej. Z Boulougne chciałem napisać do Pana tekst, ale niestety nie było łatwo o net i nie zdążyłem. Zresztą po bezsukcesowym szukaniu odpowiedniej kawiarni, poszedłem do najbardziej obskurnej i kupiłem małą kawę. Z tym kojarzy się mi teraz to miasto. Z kawą od gościa co wyglądał jak szef Drużyny A. O! Zna Pan to:



Byle dalej, chciałbym aby dobrze się Pan w refren wsłuchał... Te dwa słowa... byle dalej. To jakaś kwintesencja mojego życia w ostatnich latach. Czemu mnie ciągnie "dalej"? Tam za winkiel, albo jeszcze na rogatki, za miasto. Popatrzeć w niebo na innej szerokości geograficznej, zachłysnąć się wodą, pogadać z zupełnie obcym. A także poczuć się obcym. Niemal przekleństwo "byle dalej". I wstaje Pan o świcie na alarm, włazi na reje i patrzy przed siebie. Nie ma żadnego sensu to całe żeglarstwo. Po co to komu?


Za pięć dni będziemy już w Szczecinie. W wieku 32 lat dokonam tego, co miałem zamiar zrobić pięć lat temu... Przepłynąć Ocean na żaglach! To cholernie cieszy. Ale też mam to poczucie wieku, o którym kiedyś Pan mi opowiadał, a ja nie rozumiałem. Jestem tutaj jedną z najstarszych osób. Nie porównuje się do 16 letniej młodzieży, która jest bardzo sympatyczna. Ostatnio okazało się, że jedna z dziewczyn urodziła się rok przed wydaniem drugiej części Harry'ego Pottera! Wyobraża Pan sobie? Dla mnie to Antek urodził się później, a nie dziewczyna, która na dobrą sprawę staje się młodą kobietą. Ale żeby oficerowie nie kojarzyli żandarma z St. Tropez! Porażka. Stary jestem, ale nie to jest głównym powodem mojego zmartwienia. Bo Panie Pawle zacząłem dostrzegać w sobie dziecko. Pierwszy raz w swojej historii. I jak widzę dziecko, myślę sobie cholibcia, ale ono naiwne. Słowem tak jakoś wewnętrznie spoważniałem. Szkoda tego dzieciaka we mnie. Był fajny, a teraz będę o nim myślał nostalgicznie.

Teraz piszę do Pana ze Świnoujścia. Dopłynęliśmy tutaj o północy. Jest już po drugiej, moja wachta pilnuje trapu, ale ja też siedzę, bo bosman nie puszcza ludzi z rei. Wszystko ma być sklarowane na portowo. A jego zdaniem do ideału brakuje całkiem wiele. Też powinien Pan pamiętać taką opcję z naszych mazurskich przygód. Tak robiliśmy na Bara Bara w Węgorzewie. Lata świetlne temu.


Pan nie zdaje sobie sprawy jak boli mnie, właśnie w tej chwili, pisanie do Pana. Dosłownie. A to dlatego, że zmężniałem. Nie mówię o dojrzałości, która wynika z osiągnięcia celu, który polega na przepłynięciu Oceanu. Ale po prostu fizycznie czuje i wyglądam znacznie lepiej. Niech sobie Pan nie wyobraża nie wiem co... Lepiej oznacza, że mam i trochę bicepsu i łydka zgrabniejsza. Pan wie, jak ta moja łydka duża być potrafi. Najbardziej to zmężnienie czuje na dłoniach, które są jedną wielką skorupą. Twarde jak stal. I tej twardości nie wytrzymały opuszki palców, które popękały od ciągania lin. W efekcie bolą jak tylko mogą. A jeszcze ta wszędobylska sól, która włazi mi tam i żre, szczypie w dłonie. Pewnie to wszystko długo się nie utrzyma. Ta moja twardość zewnętrzna opadnie pod wpływem ciastek, długiego spania i nieruchliwości codziennej. Wraz z tym moim zgrubieniem ciała, pewnie minie mi też moja szorstkość, której tutaj się nauczyłem. Nic to Panie Pawle. Przecież przepłynąłem Atlantyk na brygu, przeżyłem sztorm i flauty. Nauczyłem się wielu mało pożytecznych w codzienności rzeczy, a bezkres podpowiedział mi jak to nieważnym jestem w tym wszechświecie.

Ukłony
Stefan W.

środa, 15 kwietnia 2015

Spokój

Szanowny Panie,

oglądałem dziś "Szybkich i wściekłych 4". Samochody pędzące po wąskich korytarzach opuszczonych kopalni milion na godzinę, wymuskane lale, co to też oczywiście szkolone przez samego Schumachera pewno były i setki przechodniów, którzy zawsze, ale to zawsze, są w stanie uniknąć samochodu pędzącego prosto na nich. Abstrakcja. Baja, jak powiedziałby A. Jednak szczerze Panu powiem, że te Pańskie opowieści prosto z oceanu, to jakoś nie wydają mi się wcale bardziej rzeczywiste. Żółwie morskie, latające ryby, tysiące mil morskich, wulkany i cała ta przestrzeń i wolność. Nie no. Pan nie myśli tylko, że podaję tu coś pod wątpliwość. Ubarwianie to ostatnia rzecz, o którą bym Pana podejrzewał. Zresztą o ciężkiej stronie tego żeglarskiego żywota też Pan przecież pisze. A jednak ta Pana opowieść... to jakby głos z zupełnie innego świata. Tak odległego, że trudno nawet uwierzyć, że istnieje. 

Powiem szczerze, że ta Pańska podróż, to moja najdziwniejsza z Pańskich podróży. Kiedy Pan był poprzednim razem na Chopinie, to do tej pory pamiętam, jak Panu zazdrościłem tego wszystkiego, jak kombinowałem, co to można ze sobą zrobić, żeby też taką przygodę przeżyć, jak śledziłem z zaciekawieniem te Pana perypetie. Jak żeś Pan śmigał po Ameryce Południowej było to samo, tylko może obawa była większa, że tam Pana zaciukają gdzieś na fawelach. No, ale jakoś to czułem, że Pan tam faktycznie w tych Andach prawie nie zamarzł, a potem prawie tam się w przepaść nie zwalił, że Pan tych ludzi wszystkich spotykał, a że w Rio to Pan prawie na dwór nie wychodził. I jak Pan później opowiadał o tych swoich wizjach narkotycznych, to nawet to było (paradoksalnie) jakieś namacalne. A teraz? Dziwny spokój. No abstrakcja jakaś. Co to się dzieje? Bo przecież nie jest tak, że Pan nie piszesz na przykład. Może tu trochę mniej, ale za to Parabuchem Pan nadrabiasz. Obawiam się Panie Stefanie, że to coś u mnie w mózgu się stało. I już miałem napisać, że się chyba postarzałem, ale się powstrzymałem, bo niby nie czuję tego w ten sposób. Czy to tacierzyństwo? Hmm... kurcze, może i tak. Bo może wtedy myślałem, że przynajmniej czysto teoretycznie mógłbym się z Panem miejscami zamienić. Teraz wiem, że bym nie mógł. Oczywiście, sytuacja taka ma duże plusy, bo nie zazdroszczenie jest zasadniczo lepsze niż zazdroszczenie, ale ogólnie coś mi się w tym wszystkim nie podoba. Myślę, że mój organizm próbuje mnie wrobić w dorosłość, bo już jest latami nie młody. A ja przecież, bądź co bądź, wyznaję pewne wartości, a negowanie dorosłości jest jedną z najważniejszych (tak jak unikanie niezamierzonych rymów). I wcale też nie uważam, że nie można mieć żony, dziecka i psa, żeby w mózgu chować gówniarza. Tymczasem tu nagle, zanim człowiek sam zauważy, ktoś Panu gówniarza "ciabach" i podpierdala. A takiego wała! I co z tym fantem począć? Czy tak zaczynać się może frajerski kryzys wieku średniego? To by tłumaczyło "Szybkich i wściekłych" :/ Fuck, Mate! 

Paweł D.