Szanowny Panie,
[poniedziałek]: Biegam samotnie po lesie z Zochą. Pół godziny drogi od mojego miejsca zamieszkania. Widzimy jelenia. Zimno szczypie w nos. Mam mały, zielony tornister, w którym trzymam kawałek gorzkiej czekolady i duży termos z kawą rozcieńczoną wodą. Trafiam na powalony pień brzozy. Jest środek lasu. Na żadnym ze szlaków. Jakaś dróżka wydeptana przez zwierzęta najwyżej. Milknę. Jest cisza. Świat zamarł.
[wtorek]: Spaliłem zasilacz do modemu. Panika w domu. Nie będzie internetu. Nie wytrzymamy ze sobą. Nawet Zocha smutna chodzi. Na szczęście kupuję w małym sklepie elektronicznym inny zasilacz. Uratowałem swój czas w izolacji.
[środa]: Od czterech dni pracuję nad dziesięciominutowym filmem na temat powrotów do Polski z powodu koronawirusa. Kolega zbuntował się kapitanowi. Cholernie dużo czasu zżera takie montowanie. Zwłaszcza że uczę się darmowego oprogramowania. Oczywiście w takich przypadkach wszystko co ma się zepsuć psuję się. Zastanawiam się czemu mi się chcę. Udaje się mi go w końcu opublikować. Po sześciu dniach ma 168 wyświetleń.
[czwartek]: Obostrzenia w sklepach. Lądujemy w jakimś dużym, na peryferiach miasta, w drodze do lasu. Okupiliśmy się na kolejny tydzień. A potem ten sklep ogrodniczy. Nakupowaliśmy doniczek i kwiatków na balkon. Potem cały dzień będę montował te doniczki, bo przecież ktoś je wymyślił, ale zupełnie nie da się ich umiejscowić na naszej poręczy. Uratował mnie spinacz do prania. Musi Pan to kiedyś zobaczyć. Po wszystkim zapraszam.
[piątek]: Pomidory zaczęły kiełkować. Nasadziliśmy dziewięć doniczek pomidorów. Już są. Natura jest niezwykła. Wystarczyło włożyć coś w ziemię i podlać. Nieprawdopodobna siła przyrody. Naprawiam zamek w drzwiach wejściowych. Olejuje też wszystko co się da.
[sobota]: Od rana sprzątamy mieszkanie. Tak sami z siebie bez słowa. Potem siedzimy na ukwieconym balkonie i uczymy się języka hiszpańskiego. Nie puszczamy muzyki z balkonów. Nie będziemy integrować się z sąsiadami. To nie studniowe podwórko.
[niedziela]: Wstydzę się iść do sąsiadki z dołu, która popala papierochy w łazience. Cały dym ląduję w naszej toalecie. Śmierdzi, udusić się można. Już jej zwracałem uwagę. Było dobrze przez jakiś czas, ale uziemiona w domu chyba uznała że może sobie pozwolić. Nie wiem co ja mam jej powiedzieć? Poprzednio mi powiedziała, że nigdy więcej nie zapali. Widać zapomniała, a ja się duszę.
[poniedziałek]: Spadł śnieg.
Ukłony
Stefan W.
wtorek, 31 marca 2020
poniedziałek, 23 marca 2020
Ćmy
Szanowny Panie,
[sobota] oglądam z żoną i dziećmi "Narzeczoną dla kota". Zjedliśmy paczkę chrupków-duszków. Sączymy wino. Justyna i ja - dzieci nic nie piją. Miły wieczór. Spokój. Sielanka. Mamy jedzenie i papier toaletowy - zapasy niezbyt imponujące w porównaniu z Pana teściem. Nie mniej, na chwilę obecną, nic nam nie brakuje.
Myślę zresztą, że ta ogólna, w sumie przeważnie dobrowolna kwarantanna, w której się znajdujemy, to coś, czego tak naprawdę potrzebujemy. Że jest to na swój sposób atrakcyjne. Przynajmniej teraz, na początku, kiedy nuda jeszcze nie doskwiera.
[niedziela] Pięknie. Słońce zagląda w okna. Nie usiedzimy. Jedziemy za miasto. Za Warszawą wszak jest puszcza. Wybieramy losowy zjazd, jedziemy przez jakąś miejscowość, której nazwy nie znamy. J. patrzy na mapę, żeby sprawdzić, czy jest tu jakiś zjazd do lasu. Wjeżdżamy między jakieś domki, wjeżdżamy w las. Szukamy miejsca między dziesiątkami innych samochodów. No, ale o tym już Panu mówiłem...
Wieczorem idę pobiegać. Raczej pusto. Samochodów jeździ zdecydowanie mniej. Co chwilę słychać tylko karetki na sygnale. Mury niebieskie, drzewa, ulice. Na Polach (czy też Polu) ludzi się nie spodziewam - to już raczej późnawo. Ale, ale - co to zza drzew mnie wita? Ognisko, na dwa metry wysokie, na środku parku rozpalone. Wódka z ręki do ręki. Apokalipsa przecież, policja nie zgarnie. A powietrze miłe, już prawie wiosenne. Tańczą ludzie na krawędzi świata. Omijam ich szerokim łukiem. Znowu słychać karetki.
[poniedziałek] Justyna pracuje na home office. Na podwójnym etacie. Ogarnij Pan dwójkę znudzoną i stwórz w tym czasie animację, którą będzie można ludziom pokazać. Powodzenia. Ja normalnie w biurze. Chociaż tam też nie tak normalnie. Widać, że szycie. Wszyscy gadają, co dalej, co teraz i że my jak zwykle bez narzędzi, bo kasy szkoda, więc nie można całkiem firmy na zdalne prace przestawić. Wieczorem nie ma kosza, bo obiekty sportowe pozamykane. Poszedłbym.
[wtorek] No i ja też się w końcu doczekałem pracy w domu. Tak mam w kratkę teraz chodzić. Od siódmej do ósmej jest super. Kawa, coś tam sobie już skrobię, nawet wydajnie. Później jeszcze ustalam na czacie ze współpracownikami, co i jak. Potem dzieciaki wstają - śniadania, zęby, kaszle, nebulizacje, przetargi, audyty na telefon, krzyki na Antka, płacze, wymyślanie zabaw i próby wywiązania się z obowiązków, żeby ten grosik do grosika, żeby dziobaczkę zapchać ziarnem, coby brzuszek nie burczał. Gross.
O 15:30 kończę ten kołowrót. Zabieram dzieciak na dwór. Na place zabaw mówią, żeby nie chodzić. I nie do ludzi. To bierzemy piłki dwie i na boisko przy szkole. Teraz jest puste. Ze zdziwieniem stwierdzam, że Antek od ostatniego razu, kiedy kopałem z nim piłkę, zrobił spore postępy. Prowadzi już jakoś tę futbolówkę i nawet w miarę próbuje zwody robić. Coś tam jednak robią w tym przedszkolu. Wygłupiamy się na trawie. Chyba z szesnaście stopni albo siedemnaście na plusie. Czuć zapach pieczonych kiełbasek. To młodzi z domu studenckiego "Sabinki" wylegli na swoje podwórze. Grają w siatkówkę, koszykówkę, grillują, śmieją się i imprezują. Beztrosko. Ile tam może mieszkać osób? Ze dwieście, pięćset,więcej? Z jeden cmentarz można by wypełnić pewnie.
[środa] Źle mi idzie
zawiadywanie pracami działu
i służenie domu mojemu
z poziomu stołu kuchennego, amen.
– Akcja „Zostań w domu” to najlepsza metoda zapobiegania rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Do wszystkich państwa kieruję ten apel o pozostanie w domach – podkreślił Mateusz Morawiecki w TVP Info.
[czwartek] Wychodzę. Jadę do biura na rowerze. Po drodze muszę wpaść do mechanika, bo w poniedziałek zostawiłem mu samochód - zbiornik paliwa przerdzewiał i pękł. Założyli nowy. Gadam z majstrem. Mówi, że był problem z częściami, ale że na allegro dostał w dobrej cenie pasujący bak, gdzieś pod Grodziskiem. Łazimy po warsztacie, pokazuje mi, co robili, że już ładnie, że nie cieknie. Kaszle. Przeprasza - "Pan wie, ja chory jestem strasznie, kaszlę, ostrzegam!" Po dziesięciu minutach gadania. Dziękuję.
[piątek] Antek urządza "Ważną konferencję o dzikich zwierzętach". Głównie dla dzieciaków naszych znajomych, ale okazuje się, że wydarzenie cieszy się dużym powodzeniem. Ludzie przygotowują swoje ulubione zwierzęta - technika dowolna - i opowiadają o nich. Wymieniają się też ciekawostkami na temat dzikich zwierząt. Telekonferencja podobno bardzo udana. Nie biorę udziału. Pracuję. #nieobecnytata
Uczę się korzystać z gif-ów w konwersacjach na messengerze. Czuję się bardziej młodzieżowy.
Liczba zarażonych w Polsce to trochę ponad cztery stówki. Chyba nieźle. Spodziewali się, że może być i tysiąc. A tu nie. Dobrze rządzą. Zuchy.
[sobota] Pierwszy dzień wiosny. Bez młodzieży na ulicach. Bez wagarowania - bo przecież weekend. Bez wina na trawie.
Podczas wieczornego biegania widziałem lisa. Kuny widywałem nieraz, czasem szczury (ale to raczej nad ranem, jak się jeszcze z imprez wracało), o jeże to się nieraz potykam, ale lis w środku miasta? Ludzie siedzą na dupach, natura odbiera, co jej. Może coś się kończy?
[niedziela] -Tato, a czy kiedyś naprawdę można było wychodzić z domów, kiedy tylko się chciało? Tak bez przepustki?
-No tak. I nawet bez maski. I za granice nawet można było jeździć. Jak byłem w Twoim wieku, to byłem z rodzicami w różnych krajach. Nawet w Azji byliśmy. Chodziliśmy po dżungli. Małpy spotkaliśmy...
-Weź, nie gadaj!
-Poważnie!
-Wszędzie można było jechać. Samolotami latać.
Wiosna już. Dobrze, że zimno, to się tak wychodzić nie chce.
Pozdrawiam.
Paweł D.
sobota, 14 marca 2020
Obieranie ziemniaków, czyli o atawizmach przetrwania
Szanowny
Panie,
niech
Pan mi szybko wyjaśni ten atawizm ludzki w kupowaniu papieru
toaletowego na zapas. Ja rozumiem wody, jedzenia z długotrwałą
datą przydatności, ale dlaczego srajtaśma? W Rossmanie na mojej
ulicy Międzynarodowej powieszono kartkę z napisem, że każdy ma
prawo kupić najwyżej trzy sztuki produktu, aby starczyło dla
wszystkich. Pani sprzedająca poradziła nam, abyśmy skorzystali z
aplikacji i zamówili w ten sposób papier toaletowy. Dopiero wtedy
możemy być pewni, że nie zabraknie nam rolek. A przecież tyłek
można umyć pod bieżącą wodą.
Jeszcze
parę tygodni temu uważałem, że mój teść zachowuje się trochę
na wyrost. Już trzy tygodnie temu zaopatrzył spiżarnię w produkty
na trzy lata do przodu. Mój teść ma już m.in. czterdzieści
kilogramów cytryn, setki puszek, mięso dzika, szafy imbiru i 168
rolek papieru toaletowego. Zmartwił się bo nie kupił cynamonu, a
podobno to napar z miodu, cytryny, imbiru, goździków i właśnie
cynamonu wzmacnia organizm.
Teraz
uważam, że zrobiłem błąd. Powinienem się okupić jak mój teść.
Nie z powodu paniki. Nie z powodu faktu, że nasz rząd
systematycznie ogranicza przestrzeń publiczną, ale przede wszystkim
dlatego, że jeżeli mam na kogoś liczyć to na siebie. Atawizm.
Zmieniam zatem taktykę działania z jakoś to będzie, na dbam
o najbliższe otoczenie. Może uda się ograniczyć działalność
tego skurwysyńskiego wirusa i wszystko wróci do normy, tej szarej
codzienności, na którą tak często psioczymy, szybciej niż
przewidują epidemiolodzy.
A
może już nie wróci do normy? Może ludzie zmienią się. Zauważą,
że nie ma co ganiać za pieniędzmi, że czas z rodziną przy grach,
nauce liczenia i bajkach jest bezcenny. O, właśnie pierwszy raz w
historii zrobiłem z braćmi wideokonferencje. Nowa forma aktywności
społecznej, rozmowa z rodziną przez neta, plus gry podczas gadania
np. w jedzenie hamburegrów. Ludzie się zmienią. Wierzę w to.
Taa...
A
no właśnie. Powinienem ten wpis zacząć inaczej. Wczoraj o
trzeciej rano wstałem. O czwartej miałem pociąg do Poznania. O
0800 rano mój kolega mnie zabrał sprzed dworca. O 2000 byłem w
Belgii, gry premier Morawiecki powiedział o zamykaniu granic. W
dodatku wieści z Hiszpanii. Lawinowy wzrost zarażeń koronawirusem
w Hiszpanii. Koleżanka z Madrytu napisała, że na ulicach jest
wojsko. Hiszpania jest drugim po Włoszech krajem w Europie z ilością
zachorowań wywołaną tym małym świństwem. Zdecydowaliśmy się
wrócić. To była szaleńcza jazda. Dziewięć godzin do granic
Polski. Gdybyśmy nie zdążyli dojechać do północy z sobotę na
niedzielę, czekałaby nas dwutygodniowa kwarantanna. No ale pewności
nie mieliśmy, czy w międzyczasie czegoś nie wymyślą. Cisnęliśmy
zatem z powrotem. Dojechałem do Poznania o 0510. O 0535
miałem pociąg do Warszawy. Koledzy jechali dalej, do Trójmiasta.
Jak piszę te słowa, stoję w tunelu średnicowym przed Dworcem
Centralnym. Jest godzina 1000. Nie spałem od 31 godzin, nie licząc męczącego snu w pociągu, który sprawił że czuję się parszywie. Przejechałem 3100 kilometrów. I przywiozłem z tej wyprawy kleszcza w pępku. No i coś jeszcze, ale to opowiem kiedy się spotkamy. Proszę mnie podpytać.
W
tym czasie Karolina okupiła się już internetowo. Do wtorku
powinniśmy mieć pełną lodówkę. Poruszamy się tylko samochodem.
Nie odwiedzamy rodzin i przyjaciół. Barykadujemy się. Zrobiliśmy
też zapasy mrożonek i imbiru. Mamy kupioną wodę, gdyby w kranach
zabrakło. Wybraliśmy gotówkę z bankomatów. Bak mamy pełen
paliwa napędowego. Zocha ma karmę na dwa miesiące.
No i właśnie dzisiaj robiłem obiad. Przypomniałem sobie, że jak byłem w harcerstwie, mieliśmy całą kopę ziemniaków i kazano nam co rano je obierać. Pani, która nadzorowała naszą pracę bardzo się wkurzała, że za grubo obieramy. Wtedy myślałem sobie, że przecież tych ziemniaków jest od groma i nie ma co przesadzać. Nie rozumiałem jej. I teraz to się mi przypomniało. Gdy zdejmowałem z kartofli skórkę włączyło się mi myślenie, aby robić to jak najcieniej, dla oszczędności, aby Broń Boże nie zmarnować żywności.
Pozdrawiam
Stefan
W.
wtorek, 10 marca 2020
Od morowego powietrza, zachowaj nas Panie
Szanowny Panie,
chciałem Panu wrzucić w komentarz pod Pana postem „Odwagę”
nagraną ładnych parę lat temu przez Płomień 81. Pomyślałem jednak, że Pan
przecież nie lubi hip-hopu, a już chyba polskiego w szczególności, więc pewnie
i by Pan nie docenił. Nie mniej propsuję Pańską postawę, a mogę nawet z czystym
sercem stwierdzić, że biję pokłony. To jest coś. Wielki krok.
Skąd wziąć taki pęd? Wystarczająco dużo determinacji? Ja już
nie pytam dla siebie. Czy można to dzieciom zaszczepić, nie będąc samemu żywym
przykładem? Lękam się, że mój marazm i ta bezpieczna pasywność zatrują im
dusze.
***
J. poszła położyć młodzież.
Słyszę, że za ścianą I. znowu chrycha jak szalona. Tydzień chodzenia do
przedszkola i znowu to samo. W poniedziałek nie było nic. We wtorek jedno
kaszlnięcie po przebudzeniu. Następnie trochę przez sen. Potem trochę przy
śniadaniu. Sobota i już znowu lekarze, nebulizacje, wody morskie, witaminki,
Ringosole, cuda na kiju, a pewnie znowu skończy się antybiotykiem. Znowu
zapalenie płuc? C’mon… Na Mokotowie szaleje też grypa.
***
Oprócz kaszlu słyszę, że A. dopytuje J. o słowa „Ojcze
nasz”. Dziwne, że ma sześć lat i jeszcze nie umie. To znaczy, nie jest to
dziwne, że nie umie, bo przecież go nie nauczyliśmy, ale trochę mnie dziwi, że
go nauczyć nie próbowaliśmy. Nie myślałem, że mnie tak zawiedzie daleko od… no
właśnie sam nie wiem od czego? Od kościoła? Od Boga? Od tradycji? Od czego? Myślałem
ostatnio o tym naszym podejściu do wychowania i zaczynam odczuwać, że tak po
omacku idziemy. To znaczy, ja przynajmniej. J. ma to chyba jakoś rozkminione –
jakąś sobie stworzyła podbudowę teoretyczno-ideologiczną. Feminizm, równość,
braterstwo (czy raczej siostrzeństwo). Ja stałem się jakimś tępym bezideowcem
po prostu. Czy oni odnajdą się w tym społeczeństwie bez tego nawożenia historią
i tradycją? Czy może przeceniam naszą rolę w tym? Może wypiją to z miejską
kranówką i wchłoną z warszawskim smogiem?
***
MON potwierdził 21 przypadków koronawirusa w Polsce. We
Włoszech jest już 170 potwierdzonych zgonów. Na świecie ponad 4 tys. WHO twierdzi,
że groźba pandemii jest realna.
Etymologia słowa pandemia:
gr. πανδημία (pandēmía) – cała ludność, od gr. πᾶν, rodzaj
nijaki od πᾶς → całkowity, cały + gr. δῆμος (dḗmos) → lud
Odwołuje się imprezy masowe, a seniorom zaleca się
pozostawanie w miarę możliwości w domach.
Kościół katolicki na Litwie zrezygnował tymczasowo z
umieszczania wody święconej w kropielnicach przy drzwiach świątyń; nie zaleca
się też całowania krzyża i relikwii – są to działania prewencyjne, powzięte w
związku z zagrożeniem koronawirusem. - Ten środek zapobiegawczy obecnie jest
konieczny - powiedział sekretarz generalny Konferencji Biskupów Litwy ks.
Kestutis Smilgeviczius.
Słowacki episkopat zawiesił odprawianie mszy świętych do
23 marca. "Biskupi przyjęli tę decyzję z wielkim bólem, ale proszą
wszystkich kapłanów i wiernych, aby go przestrzegali " - czytamy w
komunikacie.
W Polsce abp Gądecki Przewodniczący Konferencji Episkopatu
Polski wnioskuje o zwiększenie liczby niedzielnych mszy. Twierdzi, ze kościoły
służą m.in. leczeniu chorób ducha i że jest niewyobrażalne, abyśmy nie modlili
się w naszych kościołach.
***
Państwo D. zwani też Państwem z Kartonu jadą do Niemiec,
uczestniczą tam w imprezie masowej i wracają. Nieodpowiedzialni, jak polski
kościół, idą na żywioł. Wykazują przy tym daleką idącą ignorancję. Robią sobie
żarty. Pan D. zaczyna mieć jednak obawy. U dorosłego mężczyzny choroba może
przechodzić bezobjawowo. Ale co, jak się zarazi kogoś z grupy ryzyka? Sumienie
ma się jedno.
Zdrowia, Panie Stefanie!
Paweł D.
czwartek, 20 lutego 2020
Czemu zwymiotowałem przed klatką schodową swojego domu
Szanowny Panie,
pisze Pan aby czuć puls i chyba nie znajdzie Pan u nikogo większego zrozumienia niż u mnie. W dodatku bardzo Panu zazdroszczę umiejętność czerpania radości z uciążliwego natręctwa. Zastanowiłem się nad sobą i swoim uciążliwym natręctwem. Ne wiem o czym mógłbym w tym duchu powiedzieć, ale bardzo chciałbym mieć coś takiego, co z młodzieńczej pasji przemieniło się właśnie w natręctwo.
Niech żyją statki. Taki tytuł nosi jak na razie (bo jeszcze nie skończyłem czytać) mój ulubiony rozdział książki Powiedział mi wróżbita, Tiziano Terzaniego, który dla Włochów był tym kim Kapuściński dla nas. Zacytuję:
Statki, cóż to za wspaniały wynalazek. Kiedy posapują, wzdychają i drżą w objęciach morza, pod dotykiem fal, zachowują się, jakby miały ludzkie uczucia. Trzeba je zachować przy życiu w dowodzie miłości, aby uszczęśliwić ostatnich romantyków.
Oczywiście uważam się za romantyka. Nie ma co ukrywać. A na pewno czego się wstydzić. Wykorzystujmy je, aby leczyć z depresji pisze Terzani zaraz po tym zdaniu o romantykach. I ja nie umiem się nie zgodzić. Położenie się na drewnianym pokładzie w rozgwieżdżoną noc, poddanie się delikatnemu bujaniu morza. Zanurzenie się w przestrzeń, otchłań świata. Zdanie sobie sprawy, że z perspektywy Drogi Mlecznej, jesteśmy drobinką, zabitą dechami wsią. A jednak jesteśmy.
Statki są moim sposobem na puls. Ale czy natręctwem?
W 2016 roku wróciłem z rejsu do Wietnamu. Miałem wtedy myśl, żeby zostać oficerem na statkach. Wie Pan, ja nigdy nie uważałem się za dobrego przywódcę. Nie mam predyspozycji. Tak jak Pan pisze o byciu krytykiem, tak ja myślę o sobie w kwestii rządzenia ludźmi. Moja natura sprawia, że częściej znajdę wytłumaczenie i zrozumienie ludzkich słabości, wybryków, nieścisłości. Nie umiem narzucać swojego zdania. Nigdy, przenigdy nie sądziłem, że lepiej abym ja coś zrobił, bo robię rzeczy dokładniej niż inni. Nie. Ja wręcz przeciwnie. Wolę słuchać ludzi. Zgadzać się z nimi. Iść wskazaną ścieżką niż szukać rozwiązań problemów. To smutne, bo znaczy że jestem bardziej naśladowcą niż twórcą.
Z tą swoją samoświadomością wiedziałem, że nie mógłbym być kapitanem, albo chociaż oficerem na statku. No ale... No ale bardzo chciałem. Bo jestem romantykiem i statki nie są dla handlu, dla zarabiania pieniąchów, wożenia ludzi. One są dla romantyka.
Udało się mi w tym samym roku popłynąć jako oficer na statku szkoleniowym Pogoria, był to mój własny test. Pomyślałem sobie, że jeżeli dam radę zarządzać niewielką wachtą. Udźwignąć odpowiedzialność za ludzi, statek, mienię, może warto iść za tym bezsensownym marzeniem. I rzeczywiście. Okazało się, że moje podejście do ludzi. To jak zarządzam czasem. Odpowiedzialność. Że to wszystko sprawia, iż jestem w tym dobry. Dostałem nawet od swojej wachty koszulkę Najlepszy oficer. Jestem z niej dumny.
Poszedłem do szkoły. Uczyłem się od września 2016 roku do maja 2017 roku. Musiałem się przeprowadzić do Trójmiasta. Trzeba było siedzieć osiem godzin w szkolnych ławkach. Uczyć się na nowo matematyki, fizyki, geografii, prawa. Tylko pod zmienionymi nazwami brzmiącymi jak Stateczność, Astronawigacja, Nawigacja, Zarządzanie. Trzeba było się nauczyć języka angielskiego na nowo. Tutaj używam innych zwrotów, słów. Jest inna budowa zdań. A to dopiero początek. Trzeba było pójść na morze. Pierwszy kontrakt polegał na czyszczeniu kibli i obsługi dźwigów na bujającym morzu. Zacisnąć zęby. Spałem po cztery godziny dziennie. Drugi kontrakt polegał na wspinaniu się na maszty, ganianiu z linami, słuchania rozkazów. Trzeci i czwarty. I piąty.
Mogłem zdać ten egzamin w zeszłym roku. Ale oczywiście życie napisało swoją wersję. Wie Pan, że nie dogadywałem się z najważniejszym profesorem na tej uczelni, jak nie w całej Gdyni, jeśli chodzi o wykształcenie oficerów statków handlowych. U tego profesora przedmiot zdawałem sześć razy. Tak często, że przepisy morskie znam na pamięć. Potem nie podpisał książki praktyk, więc musiałem znów popłynąć na morze w charakterze nosiciela ciężkich doniczek przed trap. Do tego trzeba było zdać i zaliczyć wszystkie kursy. Od 2016 roku bardzo zubożałem materialnie. Jako czyściciel toalet czy wspinacz na maszty nie zarabia się dużo. Nie opublikowałem także książki, którą obiecałem sobie napisać. Olałem swój portal podróżniczy. Nie pisałem artykułów. Nie montowałem filmów, więc kariera youtubera też legła w gruzach. Nic nie zrobiłem w kwestii pisania scenariuszy, a przypominam Panu, że rok przed uczelnią w Gdyni, chodziłem na roczny kurs scenopisarstwa.
Czego najbardziej żałuję? Straciłem kontakt z wieloma kolegami i koleżankami, bo nie miałem na nich czasu. Straciłem jeden długoletni związek. Mój obecny związek poddany został próbie cierpliwości tak dużej, że nawet nie powinienem o tym pisać. Nie miałem czasu dla rodziny. Dla mamy, dla braci. Dla Pana.
Wszystko postawiłem na tę jedną kartę. Na ten egzamin, który w końcu, po trzech próbach zdałem w poniedziałek i wtorek 17 i 18 lutego 2020 roku. I dlatego też w środę 19 lutego przed klatką schodową swojego domu zwymiotowałem.
Ukłony
Stefan W.
Mogłem zdać ten egzamin w zeszłym roku. Ale oczywiście życie napisało swoją wersję. Wie Pan, że nie dogadywałem się z najważniejszym profesorem na tej uczelni, jak nie w całej Gdyni, jeśli chodzi o wykształcenie oficerów statków handlowych. U tego profesora przedmiot zdawałem sześć razy. Tak często, że przepisy morskie znam na pamięć. Potem nie podpisał książki praktyk, więc musiałem znów popłynąć na morze w charakterze nosiciela ciężkich doniczek przed trap. Do tego trzeba było zdać i zaliczyć wszystkie kursy. Od 2016 roku bardzo zubożałem materialnie. Jako czyściciel toalet czy wspinacz na maszty nie zarabia się dużo. Nie opublikowałem także książki, którą obiecałem sobie napisać. Olałem swój portal podróżniczy. Nie pisałem artykułów. Nie montowałem filmów, więc kariera youtubera też legła w gruzach. Nic nie zrobiłem w kwestii pisania scenariuszy, a przypominam Panu, że rok przed uczelnią w Gdyni, chodziłem na roczny kurs scenopisarstwa.
Czego najbardziej żałuję? Straciłem kontakt z wieloma kolegami i koleżankami, bo nie miałem na nich czasu. Straciłem jeden długoletni związek. Mój obecny związek poddany został próbie cierpliwości tak dużej, że nawet nie powinienem o tym pisać. Nie miałem czasu dla rodziny. Dla mamy, dla braci. Dla Pana.
Wszystko postawiłem na tę jedną kartę. Na ten egzamin, który w końcu, po trzech próbach zdałem w poniedziałek i wtorek 17 i 18 lutego 2020 roku. I dlatego też w środę 19 lutego przed klatką schodową swojego domu zwymiotowałem.
Ukłony
Stefan W.
niedziela, 16 lutego 2020
Ucho/udo
Szanowny Panie,
ma Pan całkowitą słuszność. Nie słyszę za wiele. Sam siebie
oszukuję, że pozostaję otwarty na sprawy, na idee, na ludzi. Przychodzi jednak
czasem refleksja i uświadamiam sobie, że ucho moje, zupełnie niczym udo,
niepokojąco zbliża się do dupy.
Klnę już czasem tę muzykę. Zainteresowanie zupełnie
bezsensowne, jeśli nie ma się tego słuchu muzycznego, kiedy brakuje
umiejętności gry chociażby na jakimś najzwyklejszym instrumencie. Po co to
gromadzić, jeśli nie ma to wartości inspirującej, kiedy nic z tym zrobić nie
można. Uzależnienie od tego krótkotrwałego odurzenia, w niczym nie lepsze od
spożywania alkoholu, czy palenia marihuany. Może nawet gorsze, bo to
doświadczanie raczej izolujące, w przeważającej większości niespołeczne. Coś dobrego dla młodzieży z zaburzeniami emocjonalnymi, z czego należy po prostu wyrosnąć lub traktować jakoś
marginalnie, jako sentyment do danych brzmień, czy wykonawców.
Poznałem kiedyś w radiu jednego chłopaka, takiego freaka
trochę – podobnego do mnie i do innych ludzi spotykanych w tym środowisku.
Długie włosy, chudy, trochę jakby nieśmiały. Tłumaczył książki, pisał artykuły
muzyczne, dużo słuchał, odwiedzał koncerty. Mieliśmy wtedy lat dwadzieścia trzy
lub dwadzieścia cztery. Zazdrościłem mu trochę, bo z tą swoją wiedzą na temat
tych wszystkich gitarowych zespołów umiał zrobić więcej ode mnie. Był tak level
wyżej przynajmniej. Moje próby bawienia się w krytyka muzycznego były takie
nieśmiałe, nieudolne raczej. Nie żałuje zresztą za bardzo tego, że jakoś to się
nie rozwinęło – źle się czuję z jawnym krytykowaniem, a co to za krytyk, co
więcej chwali, a jak kąsa, to raczej lekko, bo mu szkoda artysty. Bez sensu.
No, a ten chłopak chyba wsiąknął, rozwijał się w tym bardziej i zrobił sobie z
tego sposób na życie. Widziałem go kilka razy na koncertach później. Przeważnie
kupował płyty winylowe i zbierał podpisy. Prawie zawsze sam, nigdy nie zauważyłem,
żeby z kimś rozmawiał, a przecież bywał dużo, a tych ludzi chodzących w te same
miejsca jest jednak ograniczona ilość, powtarzają się, a zatem i poznają się.
Jesienią znowu się na niego natknąłem. O dziwo na koncercie hip-hopowym, ale
nie żeby mnie to zdziwiło, bo taki koleś na pewno ma szerokie horyzonty. Poza
tym jednak, że ze sceny nie dochodziły dźwięki przesterowanej gitary i
podwójnej stopy, to w samym obrazku nie zmieniło się nic. Nadal jakby młody,
nadal długie włosy, kozia bródka, nadal spacerujący samotnie pośród tłumu, z
jakąś płytą pod pachą, dopiero co zakupioną. Zawsze dla muzyki, nigdy dla
ludzi, czy imprezy. Trochę jak ta duża część mnie, trochę ukrywana, trochę
zaniedbana, może nieco wstydliwa. Jedna z tych całkiem prawdopodobnych do
obrania ścieżek, z którymi się rozminąłem - z tych, czy innych względów. Takich
ludzi, tylko jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat starszych można też spotkać na
giełdzie płyt winylowych. Opowiadają sobie o różnicach pomiędzy różnymi
wydaniami „Electric Ladyland” Hendrixa lub „Sticky Fingers” Stonesów albo po
prostu dzielą się ze sobą trudami kolekcjonerstwa. Jeden się martwi, że cały
balkon ma już w kartonach z płytami, ale zima idzie, trzeba jakoś zabezpieczyć,
a drugi chwali się tym, że wyhaczył kogoś, kto akurat robił porządki na strychu
zmarłego ojca i odsprzedał mu hurtowo całą kolekcję za marne grosze, a było tam
kilka perełek. Jak wędkarze. Jak januszowate grubasy gadające o ekstraklasie,
chociaż sami za piłką biegali ostatni raz w 1982 r. kiedy to Orły Piechniczka zajęły
trzecie miejsce na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii.
Tak, muzyka mnie ogłusza, przyznaję Panu rację, jak to już zresztą
kiedyś mi się nawet zdarzyło na Fandze. Nie pamiętam, co wtedy pisałem i jaki
miało to ogólny wydźwięk, szukać też mi się nie chce. Jeśli czeka Pan jakiegoś
zwrotu, to raczej go nie będzie. Dla mnie słuchanie to już bardziej uciążliwe
natręctwo niż hobby. No, albo może i hobby, ale jakieś niewdzięczne i obecnie
nieco już puste. Nierozwojowe. W ciągu ostatnich
kilku lat przesłuchałem jakieś setki płyt, pewnie ponad tysiąc będzie. Większość
już nawet mi się nie podobała. Takie poławianie pereł dla własnej satysfakcji, żeby
mieć gdzieś z tyłu głowy, że coś takiego fajnego jest, ale już i tak trzeba się
spieszyć, żeby kolejnych rzeczy szukać. Tak, żeby czuć puls cały czas, żeby wiedzieć,
co się dzieje, żeby nie zostać w tyle. Chociaż i tak zostaje się w tyle, a
nawet nie ma o kim z tym pogadać, bo i kogo to interesuje.
A gdzieś obok uciekają te opowieści przypadkowych ludzi, te
historie przywołanych przez Pana byczków z siłowni. Ale co poradzić? Ja w
panikę wpadam, kiedy bateria mi się w odtwarzaczu przenośnym kończy albo jak
zdam sobie sprawę, że słuchawki w domu zostawiłem. Tu by jakiś detox ostry się
przydał.
Ukłony.
Paweł D.
środa, 12 lutego 2020
Środowy kac
Szanowny Panie,
w sumie przyjemnie jest obudzić się z kacem w środę. Wypiliśmy u znajomych, co to mieszkają na osiedlu przy Koszykowej, kilka butelek wina. Mimo sączenia przy tej okazji dużej ilości wody, nie udało się uniknąć kacenjamera.
Muszę Panu powiedzieć, że sam poranek był trudny, ale gdy już moja fizjologia nie mogła pozwolić sobie na dłuższe leżenie w pościeli, ruszyłem się i było o dziwo bardzo dobrze. Imadło skroni. Nieświeży oddech. Zapach ciała. Ból brzucha. Trzy pryszcze na nosie. A nawet pogoda z gradem, deszczem. Szaruga i wiatr. Nie zniechęciły mnie. Dłużej tylko zajęło mi się zebranie, by wyjść z Zochą na spacer. Ale i tę niechęć pokonałem. W słuchawkach w uszach, z kapturem na głowie ruszyłem wokół praskich osiedli.
Z Zochą jest tak, że nie można jej za bardzo puszczać wśród budynków. Nie dlatego, że się nie słucha, ale dlatego, że ludzie z balkonów na trawniki różne świństwa wyrzucaj i czerstwy chleb też, a Zocha na samą myśl, że mogłaby wyniuchać taki smakołyk, oblizuje pysk po oczy. Co prawda żołądek ma jak koza i niemal nigdy nie doświadcza sensacji, no ale nie chcę wylądować u weterynarza na kroplówkach. A zatem dopóki jest osiedle, Zocha chodzi na smyczy, gdy pójdziemy w działki, parki, albo inne trawy, wtedy biega sobie zabawnie ganiając ptaki, czy wiewiórki. Czasem tylko znajdzie ludzką kupę, którą uważa za szczyt smaków świata i ją zeżre, czym doprowadza mnie do obrzydzenia i siwienia.
Spacerując tak z Zochą i słuchawkami na uszach, w kapturze, bity gradem, wzdłuż kanałku wodnego, do których wód przylatuje czasami czarny bocian, przypomniałem sobie pewną sytuację na siłowni, której świadkiem miałem okazję być dzień wcześniej. Ćwiczę zazwyczaj słuchając prywatnej muzyki, bo nie bardzo lubię utworów, które lecą z telewizorów klubu fitness. Ta siłownia jest w stylu lat 90-tych. Nie to co te modne dzisiaj przybytki wysportowanych ciał, trudno zatem nazwać ją klubem fitness, wygląda raczej jak fight club. Odrapana. Obszarpana. Specyficznie pachnąca, podobnie jak ta, która zionęła w naszym liceum. Dużo sztang, ciężarów. Nie najnowsze maszyny. I jak to na siłowni, przychodzą różni amatorzy wysiłku fizycznego. Najbardziej lubię tych co noszą ramiona. Mam wrażenie, że barki idą pierwsze, i to one ciągnął brzuch, pupę, wreszcie nogi, a nie odwrotnie. Trzeba przyznać, że niektórzy z bywalców są ogromni. Jest też kilku mniejszych i właśnie dwóch takich średniaków rozmawiało ze sobą. Nie słyszałem ich z powodu słuchawek, ale dyskutowali zażarcie. Pisząc średniaków mam na myśli sporych facetów, dobrze umięśnionych, żylastych, podnoszących 60 kilogramowe ciężary, łysych, po czterdziestce. Średniakami są tylko dlatego, że na tej siłowni jest kilku wielkich bysiorów.
Zabrałem się za robienie brzuszków na piłce. Ustawiłem się obok tych dwóch łysych panów i los chciał, że spadły mi słuchawki z uszu. I wtedy usłyszałem jak jeden z tych umięśnionych średniaków, krzyczał z pasją do drugiego Powiedz mi, kto dzisiaj rozumie rolę Papagena. Wszyscy myślą, że jego głównym celem jest mnożenie się. Że najważniejsze są dzieci. Nikt nie interesuje się operą.
Zdębiałem. Obraz, który miałem w głowie w słuchawkach w uszach zupełnie nie zgadzał się z tym co miałem przed oczyma, gdy wypadła mi zagłuszająca świat muzyka.
Oczywiście zaraz sprawdziłem o co tak naprawdę chodzi w roli Papagena. Starałem się też jak najwięcej posłyszeć z rozmowy tych dwóch panów. Jeden okazał się reżyserem teatralnym, może operowym. Ale głównie myślałem o Panu. Po pierwsze dlatego, że Pan często chodzi w słuchawkach i może być tak, że świat który Pan widzi jest zupełnie inny, niż świat bez muzyki w uszach. Po drugie myślałem o tym czy jest dużo reżyserów operowych płci żeńskiej i czy ktoś się w ogóle tym tematem zajmuje. W Polsce, na Wikipedii wymienione są dwie. Nie sądzę jednak, aby ktoś się tym interesował. Znaczy w tym sensie, że przecież nie ważne jest czy reżyserem operowym jest mężczyzna czy kobieta, tylko czy jest się dobrym reżyserem. Gdyby było tak, że specjalnie nie dopuszcza się kobiety do zawodu reżysera operowego z powodu ich płci byłoby to niesprawiedliwe. Ale może raczej jest tak, że niewiele kobiet chce być reżyserem operowym w porównaniu z mężczyznami, dlatego też jest ich mniej.
Mniej podobno jest też kompozytorów muzyki filmowej, o czym w wywiadzie na temat Oscarów dla radia Zet mówi Tomasz Raczek.
https://www.youtube.com/watch?v=3qt_GQdy31A
Naprawdę Pan sądzi, że jest ich mniej, bo mężczyźni nie dopuszczają kobiet do tego zawodu? Bo społecznie kobietom rzuca się pod nogi dodatkowe przeszkody, przez które nie komponują muzyki? Wydaje się mi to dość naiwne. Chociaż z drugiej strony, wiem na pewno, że trudniej zostać kobietą marynarzem, oficerem, a co dopiero kapitanem. Chodzi o to, że aby pracować na morzu, trzeba inaczej niż inni podejść do roli rodziny. Mężczyznom jest łatwiej w tym wypadku. Kobieta gdyby chciała mieć dzieci, nie mogłaby pracować na morzu, a zatem szybko wypadłaby z marynarskiego świata. Nie jest to zatem rozmyślne rzucanie kłód pod nogi, ale wybór większości ludzi. Chcesz być mamą, nie będziesz dowodzić statkiem handlowym. Możesz dowodzić, jak moja uzdolniona koleżanka, żaglowcem szkoleniowym, ale potrzeba do tego dużo samozaparcia i wyznaczonych celów. A mało jest takich ludzi w ogóle, co dopiero takich co chcą poświęcić się morzu. A może tak też jest i w reżyserii?
Natalie Portman wyglądała ślicznie na czerwonym dywanie przed galą Oscarów. Świetna fryzura. Suknia czarno-złota od Diora. Podkreślała jej urodę. Kopara opada. Ta kreacja miała ukryte przesłanie. Narzucona na suknię peleryna miała wyszyte nazwiska kobiet, które nie zostały nominowane do nagrody za najlepszą reżyserię w tym roku. Były to m.in. Lorene Scafaria Ślicznotki, Lulu Wang Kłamstewko, Greta Gerwig Małe Kobietki i Mati Diop Atlantyk.
Z tych filmów widziałem tylko Małe Kobietki, które bardzo mi się podobały. Nie chcę zatem oceniać czy filmom należała się nominacja za reżyserię czy nie. No ale sprawdziłem jak te filmy oceniają widzowie. I tak:
Ślicznotki - 6,3 na Filmweb i 6,4 na IMDb, czyli słabo.
Kłamstewko - 7,2 na Filmweb i 7,7 na IMDb, czyli dobrze
Małe Kobietki - 7,6 na Filmweb i 8,1 na IMDb, czyli bardzo dobrze
Atlantyk - 6,2 na Filmweb i 6,8 na IMDb, czyli słabo
A teraz filmy, które zostały nominowane za reżyserię w tym roku:
1917 - Sam Mendes - 7,9 na Filmweb i 8,5 na IMDb, czyli bardzo dobrze
Joker - Todd Philips - 8,5 na Filmweb i 8,6 na IMDb, czyli rewelacyjnie
Pewnego razu... w Hollywood - Quentin Tarantino - 7,3 Filmweb i 7,7 na IMDb, czyli dobrze
Irlandczyk - Martin Scorsese - 7,2 Filmweb i 8,0 na IMDb, czyli bardzo dobre
Parasite - Joon-ho Bong - 8,2 Filmweh i 8,6 na IMDb, czyli rewelacyjnie.
Jedynie Małe Kobietki na tej liście mogły wygryźć film Tarantino. Większość z tych filmów była po prostu lepsza od filmów wyreżyserowanych przez kobiety i nie ma w tym nic wielkiego, nic gorszącego, nic smutnego, to nawet nie jest kwestia płci. Po prostu w tym wypadku tak było i już.
Kac już mi dawno minął. Irlandczyk nie dostał Oscara. Wszystkich i tak pogodził Parasite. To wręcz nieprawdopodobne, że całe Hollywood nie wyprodukowało jednego filmu, który mógł zagrozić produkcji azjatyckiej. Bez wielkich aktorów, a po prostu z dobrym scenariuszem. Co do Pana wrażeń na temat starości i tego, że Oscary nie są już dla Pana takie ważne, niech Pan zerknie na podlinkowany wywiad z Raczkiem, a także ten poniżej. W dość rozwlekły, ale dla mnie ciekawy sposób, opowiada o kondycji kina amerykańskiego na przykładzie Oscarów.
https://www.youtube.com/watch?v=7zb2rhpj-vw
Pozdrawiam serdecznie
Stefan W.
w sumie przyjemnie jest obudzić się z kacem w środę. Wypiliśmy u znajomych, co to mieszkają na osiedlu przy Koszykowej, kilka butelek wina. Mimo sączenia przy tej okazji dużej ilości wody, nie udało się uniknąć kacenjamera.
Muszę Panu powiedzieć, że sam poranek był trudny, ale gdy już moja fizjologia nie mogła pozwolić sobie na dłuższe leżenie w pościeli, ruszyłem się i było o dziwo bardzo dobrze. Imadło skroni. Nieświeży oddech. Zapach ciała. Ból brzucha. Trzy pryszcze na nosie. A nawet pogoda z gradem, deszczem. Szaruga i wiatr. Nie zniechęciły mnie. Dłużej tylko zajęło mi się zebranie, by wyjść z Zochą na spacer. Ale i tę niechęć pokonałem. W słuchawkach w uszach, z kapturem na głowie ruszyłem wokół praskich osiedli.
Z Zochą jest tak, że nie można jej za bardzo puszczać wśród budynków. Nie dlatego, że się nie słucha, ale dlatego, że ludzie z balkonów na trawniki różne świństwa wyrzucaj i czerstwy chleb też, a Zocha na samą myśl, że mogłaby wyniuchać taki smakołyk, oblizuje pysk po oczy. Co prawda żołądek ma jak koza i niemal nigdy nie doświadcza sensacji, no ale nie chcę wylądować u weterynarza na kroplówkach. A zatem dopóki jest osiedle, Zocha chodzi na smyczy, gdy pójdziemy w działki, parki, albo inne trawy, wtedy biega sobie zabawnie ganiając ptaki, czy wiewiórki. Czasem tylko znajdzie ludzką kupę, którą uważa za szczyt smaków świata i ją zeżre, czym doprowadza mnie do obrzydzenia i siwienia.
Spacerując tak z Zochą i słuchawkami na uszach, w kapturze, bity gradem, wzdłuż kanałku wodnego, do których wód przylatuje czasami czarny bocian, przypomniałem sobie pewną sytuację na siłowni, której świadkiem miałem okazję być dzień wcześniej. Ćwiczę zazwyczaj słuchając prywatnej muzyki, bo nie bardzo lubię utworów, które lecą z telewizorów klubu fitness. Ta siłownia jest w stylu lat 90-tych. Nie to co te modne dzisiaj przybytki wysportowanych ciał, trudno zatem nazwać ją klubem fitness, wygląda raczej jak fight club. Odrapana. Obszarpana. Specyficznie pachnąca, podobnie jak ta, która zionęła w naszym liceum. Dużo sztang, ciężarów. Nie najnowsze maszyny. I jak to na siłowni, przychodzą różni amatorzy wysiłku fizycznego. Najbardziej lubię tych co noszą ramiona. Mam wrażenie, że barki idą pierwsze, i to one ciągnął brzuch, pupę, wreszcie nogi, a nie odwrotnie. Trzeba przyznać, że niektórzy z bywalców są ogromni. Jest też kilku mniejszych i właśnie dwóch takich średniaków rozmawiało ze sobą. Nie słyszałem ich z powodu słuchawek, ale dyskutowali zażarcie. Pisząc średniaków mam na myśli sporych facetów, dobrze umięśnionych, żylastych, podnoszących 60 kilogramowe ciężary, łysych, po czterdziestce. Średniakami są tylko dlatego, że na tej siłowni jest kilku wielkich bysiorów.
Zabrałem się za robienie brzuszków na piłce. Ustawiłem się obok tych dwóch łysych panów i los chciał, że spadły mi słuchawki z uszu. I wtedy usłyszałem jak jeden z tych umięśnionych średniaków, krzyczał z pasją do drugiego Powiedz mi, kto dzisiaj rozumie rolę Papagena. Wszyscy myślą, że jego głównym celem jest mnożenie się. Że najważniejsze są dzieci. Nikt nie interesuje się operą.
Zdębiałem. Obraz, który miałem w głowie w słuchawkach w uszach zupełnie nie zgadzał się z tym co miałem przed oczyma, gdy wypadła mi zagłuszająca świat muzyka.
Oczywiście zaraz sprawdziłem o co tak naprawdę chodzi w roli Papagena. Starałem się też jak najwięcej posłyszeć z rozmowy tych dwóch panów. Jeden okazał się reżyserem teatralnym, może operowym. Ale głównie myślałem o Panu. Po pierwsze dlatego, że Pan często chodzi w słuchawkach i może być tak, że świat który Pan widzi jest zupełnie inny, niż świat bez muzyki w uszach. Po drugie myślałem o tym czy jest dużo reżyserów operowych płci żeńskiej i czy ktoś się w ogóle tym tematem zajmuje. W Polsce, na Wikipedii wymienione są dwie. Nie sądzę jednak, aby ktoś się tym interesował. Znaczy w tym sensie, że przecież nie ważne jest czy reżyserem operowym jest mężczyzna czy kobieta, tylko czy jest się dobrym reżyserem. Gdyby było tak, że specjalnie nie dopuszcza się kobiety do zawodu reżysera operowego z powodu ich płci byłoby to niesprawiedliwe. Ale może raczej jest tak, że niewiele kobiet chce być reżyserem operowym w porównaniu z mężczyznami, dlatego też jest ich mniej.
Mniej podobno jest też kompozytorów muzyki filmowej, o czym w wywiadzie na temat Oscarów dla radia Zet mówi Tomasz Raczek.
https://www.youtube.com/watch?v=3qt_GQdy31A
Naprawdę Pan sądzi, że jest ich mniej, bo mężczyźni nie dopuszczają kobiet do tego zawodu? Bo społecznie kobietom rzuca się pod nogi dodatkowe przeszkody, przez które nie komponują muzyki? Wydaje się mi to dość naiwne. Chociaż z drugiej strony, wiem na pewno, że trudniej zostać kobietą marynarzem, oficerem, a co dopiero kapitanem. Chodzi o to, że aby pracować na morzu, trzeba inaczej niż inni podejść do roli rodziny. Mężczyznom jest łatwiej w tym wypadku. Kobieta gdyby chciała mieć dzieci, nie mogłaby pracować na morzu, a zatem szybko wypadłaby z marynarskiego świata. Nie jest to zatem rozmyślne rzucanie kłód pod nogi, ale wybór większości ludzi. Chcesz być mamą, nie będziesz dowodzić statkiem handlowym. Możesz dowodzić, jak moja uzdolniona koleżanka, żaglowcem szkoleniowym, ale potrzeba do tego dużo samozaparcia i wyznaczonych celów. A mało jest takich ludzi w ogóle, co dopiero takich co chcą poświęcić się morzu. A może tak też jest i w reżyserii?
Natalie Portman wyglądała ślicznie na czerwonym dywanie przed galą Oscarów. Świetna fryzura. Suknia czarno-złota od Diora. Podkreślała jej urodę. Kopara opada. Ta kreacja miała ukryte przesłanie. Narzucona na suknię peleryna miała wyszyte nazwiska kobiet, które nie zostały nominowane do nagrody za najlepszą reżyserię w tym roku. Były to m.in. Lorene Scafaria Ślicznotki, Lulu Wang Kłamstewko, Greta Gerwig Małe Kobietki i Mati Diop Atlantyk.
Z tych filmów widziałem tylko Małe Kobietki, które bardzo mi się podobały. Nie chcę zatem oceniać czy filmom należała się nominacja za reżyserię czy nie. No ale sprawdziłem jak te filmy oceniają widzowie. I tak:
Ślicznotki - 6,3 na Filmweb i 6,4 na IMDb, czyli słabo.
Kłamstewko - 7,2 na Filmweb i 7,7 na IMDb, czyli dobrze
Małe Kobietki - 7,6 na Filmweb i 8,1 na IMDb, czyli bardzo dobrze
Atlantyk - 6,2 na Filmweb i 6,8 na IMDb, czyli słabo
A teraz filmy, które zostały nominowane za reżyserię w tym roku:
1917 - Sam Mendes - 7,9 na Filmweb i 8,5 na IMDb, czyli bardzo dobrze
Joker - Todd Philips - 8,5 na Filmweb i 8,6 na IMDb, czyli rewelacyjnie
Pewnego razu... w Hollywood - Quentin Tarantino - 7,3 Filmweb i 7,7 na IMDb, czyli dobrze
Irlandczyk - Martin Scorsese - 7,2 Filmweb i 8,0 na IMDb, czyli bardzo dobre
Parasite - Joon-ho Bong - 8,2 Filmweh i 8,6 na IMDb, czyli rewelacyjnie.
Jedynie Małe Kobietki na tej liście mogły wygryźć film Tarantino. Większość z tych filmów była po prostu lepsza od filmów wyreżyserowanych przez kobiety i nie ma w tym nic wielkiego, nic gorszącego, nic smutnego, to nawet nie jest kwestia płci. Po prostu w tym wypadku tak było i już.
Kac już mi dawno minął. Irlandczyk nie dostał Oscara. Wszystkich i tak pogodził Parasite. To wręcz nieprawdopodobne, że całe Hollywood nie wyprodukowało jednego filmu, który mógł zagrozić produkcji azjatyckiej. Bez wielkich aktorów, a po prostu z dobrym scenariuszem. Co do Pana wrażeń na temat starości i tego, że Oscary nie są już dla Pana takie ważne, niech Pan zerknie na podlinkowany wywiad z Raczkiem, a także ten poniżej. W dość rozwlekły, ale dla mnie ciekawy sposób, opowiada o kondycji kina amerykańskiego na przykładzie Oscarów.
Pozdrawiam serdecznie
Stefan W.
Subskrybuj:
Posty (Atom)