sobota, 24 października 2020

Goździki

Szanowny Panie,

z początku miałem przepraszać za to niepisanie. Jakoś czuję, że ten wyjazd chyba dla Pana jakiś bardziej samotny, że może chętniej by Pan pozwolił sobie na jakiś dialog, a tu jak kamień w studnię. Do dupy z takim kolegą, pewnie Pan pomyślał nie raz. A może i nie, bo czegóż innego się po mnie spodziewać. Nie mniej przeprosin nie będzie. Bo to zupełnie nie moja wina. Całkowitą odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi moja małżonka, no i córka, i syn jeszcze. W 100%. Ich to wina, niech się Oni tłumaczą przed Panem, jeśli by Pan chciał to roztrząsać. No Panie, wyjście na plac zabaw w sobotnie okołopołudnie – 2 godz. Nie przesadzam. Tyle to trwa. Próbuję wczuwać się w nadzorcę niewolników, wyimaginowanym pejczem popędzać towarzystwo, ale tylko kwiczę gniewem, tłukę raciczkami to tu, to tam. Niczego to nie przyśpiesza, tylko ogólna niechęć się piętrzy. Antoni wściekły, bo poszliśmy w lewo, zamiast w prawo. Justyna w myślach na barykadach, obcasem PiSowski łeb miażdży. Irmina luz. Do drugiego skrzyżowania. Potem foch. Omija mnie szerokim łukiem.

Kitram się teraz w ciemnym pokoju, jak sztubak. Może akurat klocki, obiad, książki, czy co tam innego, wystarczą przez chwilę. Może niczyja potrzeba mnie nie sięgnie i nie wciągnie.

Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że mimo tak długiego czasu od ostatniej fangi, to niewiele mam Panu do przekazania. Musi Pan wiedzieć, że dosyć często zdarza się, że łażę, siedzę w pracy, czy też coś innego robię i w głowie układam sobie, co też mógłbym do Pana napisać. No i wychodzi mi, że to błahostki jakieś, bez znaczenia rzeczy, puchy straszliwe.

Stoję w fartuchu na skraju kuchni. Pyzaty, w okularach. W jednej ręce biały kubek, w drugiej szmatka. Wilgoć zbieram, do szafki suche już odkładam. Radio brzęczy. W nocy pod domem Jarosława K. szwadrony policji. Obywatela bronić trzeba było. Kobiety wściekłe, dziki tłum. Wypierdalać. Jebać PiS. Były też hasła inne, ale te, kto by zapamiętał? Na pociętych kartonach: wojna. Dziś Ona znowu tam – idzie, krzyczy. By lepiej było.

Później na spacerze z dziećmi. Siedzę na skraju piaskownicy. Piasek klepię. Babko, babko, udaj się, bo jak nie, to cię zjem! Ciemno już. Piątek to chyba, chociaż nie wiem na pewno. W pandemii chyba mniej latarni włączają, żeby ciemniej było i mniej przyjaźnie, żeby szybko robić, co swoje i wracać szybko. Twarzy nie widać żadnych. Jesień, to i od razu ponure te stroje. Ostatnie bure myszy w zakamarkach znikają.  No dobrze, może czasem i żółte, i niebieskie też. Takie kurty pikowane na przykład przywdzieją. Pasuje taka, jak masz czterdzieści i jak masz czternaście. Ach, Boże mój, czemuż tak nijak? Pan może teraz myśli, że ja bym chciał, żeby to zrobić z klasą? Jak dawniej? Żeby damy w sukniach i dżentelmeni we frakach? Parasolki, buty od Kielmana, gładko zaczesani, z przedziałkiem, czy jakoś tak? O nie, nie, proszę! Myślałem bardziej o bufoniastych czerwieniach, o cekinach, błyszczących zieleniach, złotej farbie na twarzy, o półmetrowych szponach, o weneckich maskach. Płynąć przez miasto w białych falbanach. Kilkanaście centymetrów ponad chodnikami. Sunąć dumnie, zagarniać spojrzenia, a czemu by nie?

W domu cisza. Krzątam się. Zadzwonię talerzem, zaszuram krzesłem, to przesunę, to zagarnę, coś postawię, coś przewrócę. Pranie włączę, będzie szumieć. Lub zmywarkę. Panna J. pracuje, albo i już nie. Nie pytam. Dzieci oglądają bajki chyba. Postoję przed lustrem. Te boczki takie oporne. Macam je i ściskam. Skąd toto się bierze? Paskudztwo. A mniej jem… jadłem. Cukru trochę mniej i chleba jakby mniej. To znaczy wcześniej, bo teraz znowu jem. Oglądam się z boku i z przodu. Wciągam brzuch i wypuszczam. Oceniam, czy to jest szansa jeszcze kogoś oszukać, że to ciało jest lepsze niż jest.

Dziennik. Gazeta prawna. Pierwsze cztery nagłówki o koronawirusie. Duda chory. W kuchni nad kawą komórkę scrolluję. O, jest i o protestach. Dużo było ludzi. Kilka tysięcy podobno. No, ale może kłamią.

Zapowiadają strajk i kolejne wystąpienia. J. siedzi chyba na jakichś forach. Zbiera pewnie argumenty do merytorycznych dyskusji, które gdzieś tam na horyzoncie. Dużo czyta, co by umysł był jak brzytwa. Prolifersi jeszcze się cieszą. Od trzech dni zaśmiecają internet tym swoim tryumfem. Może nie czują, że w zaciszu mieszkań warszawskich osełki poszły w ruch. A i w innych miastach też już się kobiety szykują. Ma być wojna. Może tych klechów starych na taczkach w końcu wywiozą? Może zburzą ten patriarchat przestarzały. Iskra tylko i zacznie płonąć. Wszak zawsze tak jest.  Antek w szkole. Irmina się przebudziła, coś jej trzeba będzie na śniadanie przygotować. J. chyba już „status” ma. Zadania rozdzielają i do pracy. J. jak robi, to nie gada. Zakasa rękawy i zasuwa. Nie ma czasu na pogaduszki, czy nawet na to, żeby o jedzeniu myśleć. Tak łatwo się odcina. Ja próbuję swoje zrobić też, ale łatwo się rozpraszam. Pracuję w kuchni. Kanapkę sobie zrobię, kawkę, to z Irminą pogadam, to coś do garnka wrzucę. Jak sekunda się znajdzie, to zajrzę na „Vinted”, może ktoś akurat się chce pozbyć koszuli jakiejś lub może jakieś spodnie wypatrzę.

Zasypiam ostatnio nieźle. Głowa do poduszki i już mnie nie ma. Nie myślę o złych rzeczach, a i o dobrych staram się za dużo nie myśleć.

Z wyrazami szacunku,

Paweł D.

środa, 29 lipca 2020

Jeż i zając

Szanowny Panie,

nie mogę zasnąć. Włączona pralka na trzy godziny, cały czas wiruje. Jutro będę cierpiał z tego powodu, bo hiszpańskie domy, nie są polskimi i ściany u nich cienkie. Słowem cały blok słyszy, że piorę. Tak, będę cierpiał. A teraz nie śpię, bo przecież muszę wyciągnąć wszystko z bębna.

Opowiedzieć Panu bajkę? Jest późno. Za 20 minut pierwsza w nocy. Opowiem. Na dobranoc. Nie wymyśliłem jej samej. Bracia Grimm napisali ją, a jest o jeżu i zającu. Cała historia jest prawdziwa, z dwoma oficjalnymi morałami i jednym moim.

 Cicho. Sza. Czas zaczynać.

Był sobie jeż. Lubił wieczorami dreptać po ogrodzie i wynajdywać różne smakołyki. Pewnego razu zaszedł aż na pole. Przebywał tam zając, który nigdy wcześniej jeża nie widział w tych okolicach. Zaśmiał się od razu.
- Nigdy nie widziałem tak krótkich nóg. Wyglądasz bardzo śmiesznie.
Takie obejście oburzyło jeża i mruknął tylko o tym jaki to zając jest niegrzecznym.
- Na pewno nie umiesz się ścigać. - Powiedział zając, który lubił prędkość.
- Moje nogi idealnie nadają się do biegania. - Rzucił jeż bo nie mógł pozwolić sobie na taką impertynencję.
- W takim razie zmierzmy się.
- Oczywiście. - Zgodził się od razu jeż.
Umówili się na następny poranek. Zając poszedł szukać marchewek, a jeż do swojego domu. Czekała tam na niego małżonka, której zaraz opowiedział o zakładzie.
- Nigdy nie dogonisz zająca. - Jeżowa znana była w całym ogrodzie z niedowierzania.
- Oczywiście, że dogonię i ty mi w tym pomożesz - Powiedział jeż. A całość zabrzmiała bardzo tajemniczo.

Następnego ranka jeż z zającem stanęli na linii startu na największej polance w ogrodzie. Gdy gołębica gruchnęła START - ruszyli. Zając szybko wyprzedził jeża, a ten od razu po starcie ukrył się w krzakach. Gdy zając dobiegał do mety, jeżowa która wcześniej schowała sie przy linii mety krzyknęła "już jestem!".

Zając zdziwił się bardzo. Jeż i jeżowa są bardzo podobni dla zająca. Wzburzony zażądał rewanżu. Tym razem jeżowa stanęła do wyścigu. Po chwili zając biegł ile sił miał w nogach, jeżowa schowała się w krzakach, a jeż z linii mety krzyczał już jestem.
Zając żądał rewanżu siedemdziesiąt siedem razy i za każdym razem przegrywał. W końcu wyczerpany się poddał.

Od tamtej pory żaden zając nie ściga się z jeżem.

A morał z tego taki, żeby nigdy nie śmiać się ze słabszych i mniejszych.
Drugi morał żeby za żonę brać sobie kobietę ze swojego stanu. Niech jeże będą z jeżami.

A trzeci morał jest taki, że ile by zając sił w nogach nigdy nie dobiegnie do mety, jeż zawsze jest w domu, bo ma wokół rodzinę i przyjaciół.

O taka historia.

Stefan W.

sobota, 27 czerwca 2020

Człowiek w pudełku


Szanowny Panie,

no raz nie będę czekać i odpiszę od razu po lekturze Pańskiego listu, na świeżo. Może i nieco na szybko, bo pewnie zaraz dzieciaki przestaną bajkę oglądać, więc będę się spieszyć.

Tak generalnie, to nie umiem odpowiedzieć na pytanie, co dotyka mojej duszy (czy też serca – nie był Pan w tym konsekwentny do końca). Ogólnie, to chyba najczęściej przemijanie. Chociaż zdaję sobie sprawę, że to durne, po przecież powszechne. Może gdybym był wierzący, to jakoś bym o tym nie myślał tak dużo. No, ale łaska ta na mnie nie spłynęła, więc myślę.

Ostatnio porusza mnie też do głębi lektura książki „Trzecia Rzesza w świetle Norymbergi. Bilans tysiąca lat”. Jakoś tak wyszło, że II Wojna Światowa nigdy nie interesowała mnie jakoś szczególnie. W zasadzie uczyłem się jej głównie z opowieści mojego dziadka, jak byłem takim szkrabem, jak Antek, a może i młodszym. Potem chyba było jej po prostu za dużo i ciekawsze wydawało się to, czego było mniej. Koniec końców moja wiedza na temat tego okresu jest pewnie na poziomie przeciętnym, a może nawet poniżej przeciętnej. Bywa.

Ne tę książkę wspomnianą wpadłem przypadkiem. Jakoś u teściów byłem i swoim zwyczajem po półkach zglądałem. Tak, żeby coś na chwilę przygarnąć, przekartkować i odłożyć. Myślałem, że tego nie łyknę, bo będzie za ciężkie, nudne… Proces, prawnicze bablanie, starczy zapału na sto stron, nie więcej. Była to jednak podróż niezwykle zajmująca. Okazało się, że niewiele rozumiałem, z tego, co się wydarzyło przecież wcale nie tak dawno temu, a co przecież w tak wielkim stopniu wpłynęło nie tylko na pokolenie naszych dziadków, ale również rodziców i w końcu na nasze. Takie to niby bliskie każdemu Polakowi, a jednak już takie odległe. Nie będę się bawił w recenzenta, bo recenzent ze mnie marny, a i nie chce mi się wchodzić w szczegóły. Po tytule Pan wiesz mniej więcej, o co chodzi. Wojna z perspektywy rozliczania tych, którzy pozostali przy życiu, żeby odpowiedzieć za jej okropności. Czytałem, a przez głowę przelatywały mi strachy różne, a czasem nie strachy, tylko zdumienia lub zwykłe pytajniki. Jak kruche mury oddzielają nas od apokalipsy, która po prostu drzemie, gdzieś za ścianą, w każdym momencie naszego życia i tylko czeka na to, żeby jakiś nieszczęśnik się potknął i szturchnął kijem, i przebudził? To było z kategorii: strachy. Czy ja, dzieci moje, bliscy inni nie zagapimy się i nie uciekniemy w porę, zanim do drzwi naszych zapukają? To z tej samej kategorii. Jak my, mrówki ślepe, dojrzeć możemy to, co słuszne, co sprawiedliwe? Jak sądzić? Jak oceniać? Jak bawić się w Boga, gdy ma się przed sobą żywego człowieka jednego, za którego plecami leżą miliony ciał, splątanych i powyginanych? Dla tego śmierć, a dla tego dożywocie, a dla tego trzeciego lat dwadzieścia, lub dziesięć może. Trudno mi to w głowie poukładać.

Ale co to ma wspólnego z Pavarottim? Z zachwytem? Bo przecież o to Pan pytał, prawda? Nie, że nie zrozumiałem. To chyba po prostu tak, że czym dalej w życie, tym łatwiej o to poruszenie negatywne, a trudniej o to pozytywne. Tak mi się zdaje przynajmniej. Muzyka? Oczywiście, jakoś tam działa. Jak słyszę „Rush” Depeche Mode przy odpowiedniej aurze, to mam nadal ciarki. Jak idę po mieście szybkim krokiem i jest wieczór wietrzny, a ulice są jeszcze mokre po deszczu. I światło sztuczne tylko mryga niebiesko i pomarańczowo, z góry i z dołu, i z okna i z kałuży. I najlepiej, jak nie myślę wtedy wcale, tylko się skupię na tym płynięciu. Coraz częściej jest to jednak oszukiwanie. Przywoływanie obrazów, migawek, rzeczy, których nie ma. Jak udawanie, że jest się w teledysku, w którym widzisz klisze z życia Twojego, momenty, które być mogły, albo myślisz, że były, ale w sumie to są w Twojej głowie, w tej pamięci wyobrażonej bardziej, niż we wspomnieniach właściwych.

I zgodzę się z Panem, że coraz trudniej się przejmować tym, co teraz i obok. Nie mam zielonego pojęcia skąd Pani J. bierze tę całą wrażliwość społeczną. Jak to konserwuje, hoduje w sobie? Weźmy tę batalię o słowa, o symbole, o czarnych ludzi w Afryce i czarnych ludzi w U.S.A. Przecież to nawet nie z naszej rzeczywistości, a jednak jest dla niej tak ważne. Kwestie kobiece, mniejszości, zwierzęta może mniej, ale też trochę. Gdzie tylko komuś dzieje się krzywda… I przecież nie jest sama. Sporo takich ludzi. Co im zależy.

Ja mam wrażliwość społeczną płytką, dresiarską wręcz. Próbuję czasem się wczuć, jakoś podszkalać, żeby móc w towarzystwie funkcjonować, ale to wszystko tak po łebkach, żeby utrzymać się na powierzchni tylko. Charakteryzuje mnie jednak wysoki stopień egocentryzmu. Do tego stopnia, że to, co poza mną, to już jednak nie moje – potrzebne, bo jakoś haczę różnymi swoimi członkami o tę przestrzeń, ale jednak już obce. Idąc tym tropem, pewnie musiałbym dojść do jakiego absurdalnego wniosku, że to co dotyka mojego serca, w taki pozytywny sposób, to jakieś wyobrażenie własnego utopijnego wręcz sukcesu życiowego na wszelkich możliwych poziomach, osiągnięcie jakiegoś stanu półboskości wręcz. A jako, że wyobrażenie jest wytworem własnym, więc na wskroś widzimy jego nierzeczywistość, zatem nie ma żadnego właściwego efektu.

Poszukam jeszcze togo „Wow!” bo to nawet ciekawe, że tak mi się zagubiło zupełnie. Jak na nie wpadnę, to jeszcze dam znać.

Elo.

Paweł D.


PS. W końcu nie było szybko, bo dzieciaki zaraz skończyły tę bajkę ogladać.

wtorek, 16 czerwca 2020

Touch my soul

Szanowny Panie,

co dotyka serca? Zastanawiam się nad samym sobą. Przed chwilą obejrzałem video pewnego youtubera, który nigdy nie słyszał Luciano Pavarottiego i pierwsze co powiedział, że ten śpiew: touch my soul. I tak pomyślałem co we mnie wzbudza takie uczucia?

Przeczytałem Pana list powtórnie, po kilku tygodniach od wydarzeń, które Pan opisuje. I mam wrażenie, że opowiada o jakieś mało znaczącej przeszłości. Co jest wrażeniem zupełnie nie prawdziwym, bo przecież żyłem tym wszystkim bardzo mocno. Czytałem artykuły z lewa i z prawa, obrońców i atakujących. Wyrobiłem sobie opinię. Przestałem słuchać Trójki, (ale w przestrzeni radiowej nie ma prawie w ogóle ciekawych stacji) wróciłem do Trójki. 

Zanurzyłem się w temat po uszy. A teraz? Zupełnie o tym zapomniałem. 

Do maseczek się przyzwyczaiłem. Tyle co mam do powiedzenia w kwestii epidemii koronawirusa.

A przez wyżej wymienione doświadczenia uważam się za ignoranta totalnego w kwestiach amerykańskich afroamerykanów i wyborów prezydenckich. Nawet Pan tych tematów nie zaczynaj Pan w liście, bo nic nie powiem. 
 
Co mnie rusza? Jeżeli niszczą mi ukochaną audycję radiową a ja po kilku tygodniach zupełnie o tym zapominam. 

Jeżeli ludziom grozi zdziesiątkowanie, a ja przyzwyczajam się do maseczek? 

Jeżeli Ameryka płonie, a mnie to nie obchodzi. 

Jeżeli mam wybrać prezydenta, a dwóch pierwszych kandydatów z sondaży są warci tyle co ślina na język im przyniesie. 

Co mnie rusza?

Czy dotknięcie serca powinno zostać w człowieku na dłużej niż chwilę tylko? Wydaje się mi, że podobnie jak zakochanie wycina jedynie momencik z życia, który z czasem się po prostu wypala. Jest podobny do unoszącej się nad ogniskiem iskry, która pięknie się mieni na tle nocnego nieba, ale po chwili ucieka tam gdzie od początku jej miejsce, czyli do gwiazd. Do nicości, która nad nami świeci. Przypomina o unikalności życia a jednocześnie o jego kruchości.

Życie mimo że śmiertelne, zawsze zwycięża nad unicestwieniem. Rodzi się na nowo. Zawsze. Śmierci w zasadzie nie ma, gdyby nie było życia. 

Czyli moje pytanie o to co dotyka mojego serca? - nie ma sensu.  W zasadzie dużo. Ale problemem jest, że codzienność mi pędzi. I to moja tylko wina. W dniach zlanych w tygodnie nie mam czasu pochylić się nad cudami. 

Życzę sobie zatem życia bardziej uważnego. Nieśpiesznego. Aby mi nigdy nie umykały momenty, które chwytają za serce.
 
No a co "touch your soul" Panie P.?

Ukłony
Stefan W.

niedziela, 24 maja 2020

Moja lista jest najmojsza


Szanowny Panie,

to doprawdy niezwykłe, że skrywał Pan przede mną tak zacną historię przez tyle długich lat. Niby rozumiem, że trochę obciach, ale jednak ja to bym nie wytrzymał po prostu i zaczął się pruć, jak na spowiedzi (a pewnie nawet bardziej, bo jednak na spowiedzi, to jakoś łatwo przychodziło mi zatajanie różnych faktów). Przecież o tym, ze stracił Pan te pieniądze, dowiedziałem się też jakoś nie od razu, tylko po kilku miesiącach co najmniej. I też wersja z kradzieżą była po prostu smutna – ta prawdziwa jest o niebo ciekawsza. Dobrze, że postanowił Pan się tym podzielić. Oczywiście, pierwsza i całkiem zrozumiała reakcja,  która pojawia się w głowie czytającego, to „cóż to za matoł!”. Faktycznie musiałby Pan usłyszeć ode mnie coś takiego, gdyby powiedział mi Pan o tym jesienią 2005 roku. Z perspektywy roku 2020 można już spojrzeć na to zdecydowanie bardziej przychylnym okiem. Podjął Pan ryzyko, chcąc dla siebie lepszego losu – godne szacunku. No i ta młodzieńcza naiwność! Ujmująca! Przecież każdy dureń by wiedział, że to naciągacze, że wyrolują Pana, że przecież gdyby jakimś cudem pomnożył Pan to swoje ciężko zarobione hajsiwo, to i tak by go Panu tego nie dali powąchać (bo co byś Pan im zrobił?). Nie mniej – zrobił Pan to. Bo jest Pan odważny i sięga po swoje marzenia. No i znowu muszę przyznać z niechęcią, że Panu zazdroszczę. Chciałbym tak umieć czasem machnąć ręką na to, co rozsądne, tak, jak Pan to często całkiem robi. Widzi Pan, jak mnie by tak ktoś raz oszukał, jak Pana wtedy oszukali, to bym już nosa więcej nie wytknął chyba z mysiej nory. A Pan przeciwnie, właśnie w tych latach kolejnych rozkręcił się Pan tylko. Złapał Pan byka za rogi, rzucił się w ten wir i teraz ile Pan masz historii za pazuchą. Na dodatek jak to są takie opowieści z podróży często, nie do zweryfikowania w zasadzie, to ile Pan dozmyślać jeszcze może! Przyszłe pokolenia Pańskiej familii będą o Panu gadać nie mało, tyle Panu powiem.

A sama ta historia – pierwszorzędna. Jak ta dziewczyna Pana za rękę łapała, to sam chciałem zakrzyknąć - „Posłuchaj jej, Ty durniu!” - chociaż przecież wiedziałem, że happy endu być tu nie może. Szkoda mi nadal tego Stefana, który na dworcu w Polsce musiał z takim ciężarem w sercu i pustką w portfelu witać się z rodziną. Nie mniej, Stefan-Trzydzieści-Siedem ma dziś to doświadczenie bezcenne. Perełka.

Musi mi Pan jednak wyznać – czy Pani Marta prawdę znała? Zakładam, że tak. Jednak kryła Pana twardo. A Pana Mama? Bracia?

No dobrze, czas przejść do bieżących wydarzeń, bo przecież tyle się zdarzyło przez ten miesiąc prawie (sic!) jak się zbierałem w sobie do odpisania.

Zatem. Chuj z koronawirusem. Myślał, że przyjdzie i co?! I nas w domach pozamyka na stałe? Przecież musimy Prezydenta RP wybrać, protestować musimy, zarabiać, spotykać się z ludźmi, chodzić na spacery, do knajp. Nie możemy myśleć o chorobach. To ciekawe, te słupki, jak tak rosną, jak tych chorych przybywa, no i te czerwone plamy na mapach, jak się tak dramatycznie rozrastają. Ile jednak można tak umierać i umierać? Dajmy już temu spokój. To nuuuudne.

Zatem mamy koniec kwarantanny. Doczekaliśmy się. Czego w zasadzie? Czy doczekaliśmy się końca epidemii? O ile zmniejszyło się ryzyko zachorowania względem tego, co mieliśmy w marcu? Czy to warto było tę Wielkanoc odwoływać w ogóle? Trochę wychodzi na to, że miało to rację bytu, bo było nowe. Zagrożenie oswojone, chociaż wciąż stanowi dla nas niebezpieczeństwo, to nie spełnia do końca kryteriów swojej własnej definicji, gdyż przestaje wzbudzać w nas lek. Idziemy dalej. Nie oglądamy się. Cóż innego zrobić można? Wnioski jakieś wyciągniemy? Może higiena ogólna się trochę poprawi? Te ręce wymydlone to już jakiś zysk.

Tymczasem mamy za sobą piątek bez Listy Przebojów Trójki. Ha!  Kto by pomyślał, że do czegoś takiego dojdzie! Ciekawi mnie bardzo, co Pan o tym myśli. Przyznam się, że ostatni raz słuchałem tej listy, jak jechałem na Pańskie wesele chyba, czyli jakieś półtora roku już będzie (a to kiedy tak zleciało? Jeeezas!). No i tam tylko, jak nie Podsaidło, to jakiś Pablo Pavo, albo jakieś dinozaury pokroju Kazika. Raczej bez fajerwerków. I tu ten Kazik nagle - bez zębów, już by się zdawać mogło - takie zamieszanie sprowadził, na ślepo chłapał paszczą, a dopadł ręki. A pamiętam jeszcze całkiem dobrze, jak siedząc na kibelku w domu moich Teściów kilka lat temu, przeglądałem sobie „Do Rzeczy” lub  może w „W sieci” (trochę jeden pies, jak dla mnie), które gdzieś tam zaległo i trafiłem na wywiad z Kazikiem właśnie. Jakoś niesmak wtedy wzbudziła we mnie ta lektura. Kiedyś była moja ulica murem podzielona, a tu nagle takie w sobie ciepłe uczucia odnajduje względem Jarosława K. i wątpliwej jakości polityki jego watażków? Nie będę kłamał – jakoś mi sympatia do tej legendy spadła wtedy. Kilka lat mija i Kazik znów na cenzurowanym. Towarzyszu Trocki, od początku potajemnie zajmowaliście się działalnością kontrrewolucyjną! I na drugiej półkuli sprawiedliwość was dosięgnie i nic na to poradzić nie zdołacie!

Nie mniej, piękna to by była historia, gdyby to właśnie ten dramatyczny koniec Trójki stał się tą iskrą, która do upadku PiSu by doprowadziła. I nie, że jakoś szczególnie źle życzę tym Towarzyszom, bo ostatecznie nie są wcale gorsi od poprzedników. To by po prostu ładna historia była, ot co. No i  zawsze miło popatrzeć, jak jakieś zło po dupie dostaje. A że na to miejsce znowu pewnie przyjdą jacyś popaprańcy? Pewnie i tak, ale może jednak warto spróbować. Szkoda tej listy – trzydzieści osiem lat to nie w kij dmuchał.  

Pozdrawiam,
Paweł D.

czwartek, 30 kwietnia 2020

Potknięcie losu

Szanowny Panie,

piszę Pan mi o poczuciu wolności podczas Pana powrotu z Albionu. Pomyślałem o tej pańskiej twarzy przyklejonej do szyby autobusu, o szczęściu, o uczuciu że wszystko mogę. I pozazdrościłem tego uczucia.

Myślę, że jest dobra okazja do opowiedzenia o moim powrocie z kraju, który marynarzy wita białymi klifami, zwanymi siedem sióstr. Mało ludzi zna szczegóły mojego powrotu, ale pomyślałem, że skoro piętnaście lat minęło, można opowiedzieć o wydarzeniach, których się... Nie będę się bał słowa - wstydzę. 

Zanim zacznę przyznam się do pewnego powtarzającego się w moim życiu zjawiska. Potknięcie losu. Z jakiegoś powodu, za każdym razem gdy czuje się zbyt pewny siebie, że chwytam świat za gardło, za każdym razem, ale literalnie... Potykam się.

Potknięcie losu, spotyka mnie najczęściej w codzienności szarej, na równym chodniku. Zwykle wtedy gdy czuję się dobrze w swojej skórze. Czasem ubiorę się lepiej, ładne buty i koszulę założę, dobrze pachnę... Wtedy gdy spojrzę życiu prosto w oczy, bez poczucia niższości. Najczęściej na oczach pięknej dziewczyny. Dokładnie wtedy potykam się o własne nogi. Nie wiem czy to motoryka mojego ciała, przyzwyczajona do przygarbionej postury, czy poczucie niższości ukrywane pod nonszalanckim płaszczem, a może coś innego, coś o czym napiszę na końcu tego listu do Pana. Fakt jest taki: moje potykanie wydarza się mi zawsze, 

a przynajmniej ja często je zauważam.

I to nie tylko o własne nogi, ale też w innych codziennych i niecodziennych sprawach mego świata.

Zanim opowiem tę historię, dodam z góry, że przyzwyczaiłem się do tej swojej cechy. Zaakceptowałem ją dawno temu i nie robię z niej już takiego dużego halo. Jest to u mnie wrodzone. Tak się dzieje i po prostu tyle.

A zatem też wracałem autobusem do Polski. I też jak Pan czułem się szczęśliwy. Chociaż miałem w sercu maleńką drzazgę. Nie zarobiłem tak dużo jak Pan, a już na pewno nie tak jak moja ówczesna. W dodatku mój szef wykiwał mnie na 100 funtów w ostatnim tygodniu mojej pracy. Zostawił mnie też z informacją, że i tak chciał mnie zwolnić. Pamiętam, że miałem przy sobie moją gotówkę, około pięć tysięcy złotych. I miałem pieniądze Pani M. Moja ówczesna przyjechała do Polski wcześniej. 

No i gdzieś w Polsce przy granicy niemieckiej był w środku nocy przystanek.

Trudno mi jednak o tym pisać... Postaram się szybko.

Na tym przystanku przestrzeżono nas, że grasuje szajka złodziei. Należy uważać na portfele. Chciałem rozprostować nogi. Pieniądze zostawiłem ukryte w torbie pod siedzeniem. Wyszedłem na zewnątrz. Patrzyłem na grupy szarych facetów, którzy nagabywali do czegoś współtowarzyszy podróży. Nie miałem w kieszeni dużej ilości gotówki. Parę złotych, kilka funtów. Większość była w autobusie pod siedzeniem. Koło mnie stanął facet i powiedział żebym uważał na tych kolesi. Pogadaliśmy trochę. I tak od słowa do słowa. Wyciągnął karty. Zagrał z jakimś innym facetem. Tamten wygrał pieniądze. Potem z innym zagrał. Też wygrał. Potem ja. Miałem przy sobie parę złotych. Postawiłem na kartę. Wygrałem kasę. 

I wtedy nie wiem co się ze mną stało. Po piętnastu latach pamiętam, że mój mózg zaczął działać w dziwny sposób. Pomyślałem, że wygram. Byłem pewien, że mogę podwoić swoje ciężko zarobione funty. Będę miał więcej niż Pan i Pani M. Że będę mógł kupić sobie za to jakąś działkę nad jeziorem. Przecież wszyscy wokół mnie wygrywali. Nawet ja dostałem parę złotych. Pobiegłem do autobusu.

Moja sąsiadka, z którą dzieliłem siedzenie, chwyciła mnie jeszcze za rękę i powiedziała żebym nie szedł tam. Wyrwałem dłoń w amoku. Wziąłem moją część pieniędzy. Wybiegłem z autobusu.

Dalej nie pamiętam co się stało. Nie miałem żadnego swojego funta w kieszeni. 

Pamiętam wzrok wszystkich w autobusie. Ciszę gdy wysiadałem na dworcu. Wstyd jaki czułem gdy witała mnie szczęśliwa z mego powrotu rodzina. Nikomu nie powiedziałem.

Cały mój zarobek zniknął. Anglia stała się dla mnie wartością wspólnego przeżycia. Nie miała oblicza finansowego. Na szczęście nie przegrałem pieniędzy pani M.

Oglądam sobie po piętnastu latach od tamtych wydarzeń film dokumentalny Ostatni taniec na temat sezonu 1997-1998 Chicago Bulls. Jest o karierze Michela Jordana. No i ten mistrz nad mistrze opowiada o tym co działo się wcześniej. Jak pod koniec lat 80-tych wygrał w barwach Chicago Bulls z Cleveland Cavaliers. Przypomnę Panu, że Cav przegrywało punktem na sześć sekund przed końcem meczu, na trzy sekundy przed końcem już wygrywało jednym punktem. A zwycięstwo dał Jordan pięknym rzutem do kosza w ostatniej sekundzie meczu. Pasjonujący finał. Komentarz Michela do tamtych wydarzeń jest taki, że te zwycięstwo było bardzo potrzebne jego zespołowi. Bo wreszcie pozbyli się mentalności przegranych. Wreszcie mogli wznieść się na wyżyny bez poczucia niższości.

Bardzo bym chciał pozbyć się już tej mojej cechy, tego mojego potknięcia losu. 

Ukłony
Stefan W.

sobota, 25 kwietnia 2020

This is England!



Szanowny Panie,

człowiek idzie, raz wejdzie w dolinkę, a zaraz mu się i jakiś pagórek trafi. Miałem lat piętnaście i szesnaście, i też wpadałem w nostalgię przy okazji urodzin. Poważnie! Niby taki młody, a już  rdza się dobierała. Taka natura. No i zaczynałem rozmyślać o tym, co minęło, co przepadło, czego nie zrobiłem, a zrobić powinienem, jaki nie byłem, jak to się nie potoczyło po myśli mojej. Potem tak samo, jak miałem lat dwadzieścia, dwadzieścia pięć, trzydzieści jeden, a teraz trzydzieści siedem. Ooo… takie to durne! I co? Co mam teraz powiedzieć, że jestem już stary? Przecież za rok będę jeszcze starszy, i za rok, i za rok, jak Bóg da, a jak nie, to nie. Woland wie, a my… nie.

Dzięki za tego Mistrza! Dawno do niego nie zaglądałem, ale nie zrobię tego teraz, w takim codziennym amoku. Poczekam aż się uspokoi, aż będę miał czas. Tak. Jak rozdymam chwilkę, puf, pufff, w chwilę, i w czas w końcu. Czas taki, jaki zdarzyć się powinien na przykład w czasie pandemii, kiedy wszystko zwalnia, a ludzie wyruszają na poszukiwania końca internetu. Och, głupcze! Czy Ty nieumiejętnie dmuchasz? Czemuż chwilek w czas przedmuchać nie możesz?

Spod nóg mi znika świat, patrz jak znika… żeby zacytować klasyka. Nie Bułhakow, nie haiku, chłopak z Ursynowa. Ave!

Nostalgia? Eee… Magenta. Odchować trzeba dzieci i wracać na imprezę! Poczuć puls, pobujać trochę. Oczy mieć, jak kot.

Dziś pisałem z Pana ex-wife. Życzenia mi złożyła. Pytała, czy Fanga jeszcze dycha. Napisałem, że zipie, że wspomniał Pan przedwczoraj o namiocie pod Antibes i łóżku londyńskim. I proszę, oto jest:







15 lat, Ziom! Czy to czaisz w ogóle?
Szanowny Panie, to już lat… 15. Że co? Hej, świstaku, czy wlazłeś mi pod łóżko?  Wyłaź! No, nie wiem, może w sumie, jak Pan w tę piętnastkę wrzuci Brazylię, i te palmy, Atlantyk, równik, i te wyspy gorące, i Wielki Kanion, i żaglowce, statki, i kolejne żaglowce, to może długo, ale mi się jednak zdaje, że to było 6, może 7 lat temu. Czy ja te lata leciałem na loopie? Paaanie!

Ach, długo się oduczałem zazdroszczenia Panu tych podróży wszystkich. Bo wiadomo, że zazdrość to uczucie podłe i niegodne. Udało mi się w zasadzie – człowiek się przyzwyczaja. No, ale tego 22, jak Pan zacząłeś tak wymieniać to wszystko, to… no, chuj, fajnie jednak tak śmigać po świecie! Kozak! Codzienność w korę się tak nie wżera. Spływa po mózgu. Trzeba się ruszać.

Miło jednak, że wspomniał Pan ten Londyn 2005 też. Trochę mi głupio zawsze było przyznać, że dla mnie była to być może najbardziej pamiętna podróż gdziekolwiek. Zarówno dla Pana, jak i Pani Marty, to pewnie zaledwie mała wycieczka. No, może wtedy jeszcze postrzegał Pan to inaczej, bo rozjeździł się Pan później. Ale z perspektywy czasu? Cóż, dla mnie, właśnie z perspektywy tej piętnastki, co to mija już, to właśnie było duże, i ważne, i inne. Nie zamierzam jakoś pławić się teraz w sentymentach zbytnio. Przejdę zatem od razu do samego finału. Do mojej drogi powrotnej. Czy może ogólniej – powrotu.

Przytulałem się do szyby autobusu. Pamiętam niebo wyjątkowo niebieskie i chmury, które wydawały się mieć wiele pięter - były jak gigantyczne białe kominy, które pną się wysoko, wysoko, ku stratosferze, nadając głębi temu wszystkiemu, co nad głowami naszymi. Wyobrażałem sobie nawet, że skaczę z tych kominów i szybuję. Miło. Ogólnie, to chciałem już wracać. Chciałem się z rodzicami spotkać i  z siostrą. Praca na obczyźnie, to nie rurki z kremem – tęskni się (komu ja to piszę zresztą - wybaczy Pan). Nie mogłem się doczekać, bo wiedziałem, że w domu coś smacznego zjem. Kotlety mielone z ziemniakami i buraczki zasmażane. Nie ma, jak u mamy. Chyba nigdy wcześniej nie byłem zresztą tak długo poza domem. Wydawało mi się, że to tyle czasu minęło, że tam się tyle wydarzyć musiało, tyle zmienić. Myślałem tak zapewne dlatego, że sam czułem się jakiś zmieniony. Gdzieś w środku krążyła sobie po moich wnętrznościach nie tylko błogość tego wyczekiwanego powrotu, lecz także jakaś siła – taka, której chyba nigdy wcześniej, ani nigdy później nie czułem. Nie wracałem na tarczy, o nie! Jak ruszaliśmy, to zapożyczyłem się na tysiaka na rozruch i później jeszcze u Pani (wtedy Panny) Marty na kolejnych kilka stów, a po mniej niż trzech miesiącach miałem w kieszeni równowartość ponad ośmiu tysięcy złotych polskich. Panisko!  No, jak śmiesznie by to nie brzmiało, to miało znaczenie. Większe znaczenie miało jednak samo to poczucie, że po prostu… poradzę sobie. W Polsce? Być może, ale jeśli nie, to w Anglii lub w Hiszpanii, lub w Stanach… a czemu nie w Meksyku? Taka słodka Meksykanka przychodziła do Tesco! Aż postanowiłem, że część z tego majątku niezmierzonego to przeznaczę na kurs hiszpańskiego. Poradzę sobie, bo mogę być tu lub tam, ale także dlatego, że mogę robić w zasadzie wszystko (no ok, bycie złotą rączką bez żadnych, nawet podstawowych narzędzi raczej odpadało, ale… wszystko inne). To chyba była wolność. Jakby ktoś dał mi kluczyk do mojej głowy i powiedział – idź gdzie chcesz, rób to, na co przyjdzie Ci ochota.

Oczywiście nasza najcudowniejsza ojczyzna, wspaniały system szkolnictwa wyższego i otwarty na młodych ludzi rynek pracy szybko postawiły mnie do pionu, ale to już inna, nieciekawa historia, która jest zresztą długa i opowiadam ja ciągle, więc może nie dziś.

Na marginesie muszę też Panu powiedzieć, że (o zgrozo!) praca w Tesco, była jak do tej pory najprzyjemniejszym zajęciem, jakie wykonywałem za pieniądze. No, może poza polizaniem Pana Karalucha po palcu u stopy za dwa zyla, bo to były naprawdę łatwe pieniądze, ale nie liczę tego, bo zdarzyło się raz i jak się tak dłużej zastanowię, to w zasadzie też nie było znowu takie przyjemne.

Późno już. Idę spać.
Wszystkiego dobrego, raz jeszcze!  

Paweł D.

PS. Ale byliśmy szczawiki! :D