wtorek, 10 listopada 2020

To jest Matrix a Thomas jest metalem

 Szanowny Panie,

kiedy pływałem na żaglowcu Fryderyk Chopin to mieszkałem w Kartonie. Karton to dziewięcioosobowa kajuta, w której żyje szkielet statku (załoga, która bez wynagrodzenia gotówkowego pływa po morzach świata, a w zamian pracuje na masztach, kambuzie i czyści kible). W Kartonie panuje kilka zasad. Gdy się wchodzi to nie puka, bo puka tylko ten kto tam nie mieszka. Mówi się po prostu SWÓJ i nikt niczego chować przed nikim nie musi. Po drugie, co dzieje się w Kartonie, w kajucie zostaje. A po trzecie wszystko jest wspólne, no i po czwarte kapitan nie może wejść do Kartonu. 

Słowem kajuta ma swój własny świat, swoje własne prawa, jest odizolowana od praw statku dzięki czemu mieści się w niej wszystko co nie pasuje na pokładzie. To taki schowek emocji, niedopasowań, charakterów. Poza Kartonem należy wykonywać rozkazy kapitana, słuchać się bosmana i pracować. W Kartonie i tylko tam jest się prawdziwie wolnym, w tym rozumieniu, że można pozwolić sobie na spuszczenie powietrza z nadęcia, wyluzować szelki, podciąć gumkę w spodniach, można kojować i nie oceniać. Nikogo. A zwłaszcza siebie.

Na Le Quy Donie była Szuflandia. Nasza kajuta, w której sprawowaliśmy niepodzielną władzę. Był to nasz papierek lakmusowy na codzienność. Można było się ukryć, kapitan jak wchodził to na zaproszenie. 

Na Sea Cloudzie działo się w mesie. Codziennie wieczorem odbywały się tam wielogodzinne imprezy z karaoke, alkoholem i głupimi żartami.

Na Sea Cloudzie II mieliśmy saunę i siłownię gdzie można było spuścić powietrze z codzienności. Bez zmartwień i wyrzucania sobie niedorzeczności.

W Hiszpanii pracowałem dziesięć godzin na masztach i mieliśmy Matrixa. Samochód, którym dojeżdżaliśmy do pracy. Wystarczyło, że nasz kolega puścił rano swoją składankę muzyczną i świat stawał się przyjaźniejszy. Pełny odjazd. Właściciel pojazdu ma swoje własne podejście do świata. Jego ambicje to spokojnie żyć i nie denerować sie codziennością. Co mu generalnie wychodziło, chyba że wkurzał się na rzeczy, których nie mógł przewidzieć. 

Te jego podejście było związane z paleniem dużej ilości trawki co i Panu proponuję, gdy tak czytam ten ostatni list.

Nie, nie wkurzam się na pańskie oceny mojej ignorancji. Bo w historii naszej przyjaźni nie jest nic nowego, że nie bardzo orientuje się w muzyce. Po prostu gdzie indziej przykładam akcenty. Ale wkurza mnie ta Pańska samookrytka. Co też Pan chce od podstarzałych fanów sludge metalu? Czy brzuchowaty tatuś zasłuchujących się w ten pański groove death trash metal metal jest godny potępienia? I czemu się tego wstydzić, gdy Pan widzi zbiory wspólne z tymi cudakami? Jedyne co można im zarzucić - niezmienność poglądów.

Gdy gadałem z Thomasem, właścicielem przybytku, raczej zainteresowała mnie w nim jego pasja do tego tematu. Nie wygasła. Ciągle dająca płomień. To było najpiękniejsze w tym człowieku. Kilkanaście lat prowadził knajpę, która dla wąskiej, lokalnej społeczności była kultowa. Gdzie można było wrócić do swoich przygód dziecięcych z muzyką. Sądziłem, że doceni Pan ten rodzaj człowieka. Może to mój ubogi język. Podobno obraz to tysiąc słów. Niech Pan spojrzy:

Nie jest kudłaty, ale podchmielony to już tak. Za tą swoją konsolą zapuszcza zespół, który tylko Pan rzuci w przestrzeń. To jest super. Niezwykłe że jest jakaś siła, która potrafi na całe życie, mimo przeciwności losu uformować człowieka.

 

Charles Bukowski na swoim grobie ma napisane Don't try. Zabawne, że człowiek bity przez swojego ojca, wyśmiewany w dzieciństwie za niemiecki akcent, chorobę skóry, który całe życie pisał bez sukcesów. W między czasie pracował na poczcie. Dopiero po 50-tce zaczął zdobywać uznanie krytyków. I ten człowiek na ostatnim swoim kamiennym, wiecznym zdaniu pisze Nie próbuj.

Panie Pawle nie da się uniknąć losu. Nie da się uniknąć przeznaczenia. Thomas jest metalem i nim zostanie nawet jak zamknął tę jego budę. Ja tam podziwiam jego i Bukowskiego samozaparcie.

 Thomas jest metalem. 


Ukłony

Stefan W.






sobota, 7 listopada 2020

A wy żryjcie te opiłki!

Szanowny Panie,

jest black metal, death metal, blackened death metal, trash metal, industrial metal, nu metal, groove metal, doom metal, sludge metal, niektórzy powiadają, że może być też stoner metal (chociaż to już naciągane trochę), post-metal, metalcore a nawet metal symfoniczny (który jest już strasznym gównem). Znalazłoby się jeszcze kilka zapewne (chociażby: power, viking, folk, gothic czy speed…). Zasadniczo wszystko to jednak łapie się pod szersze i starsze określenie: heavy metal. A hard to może być tylko rock.

Tyle lat w moim towarzystwie i wciąż taka ignorancja. Ech. W głowie dudni mi Ten Typ Mes: „śmieję się, ale trzeba mieć jaja, żeby z taką beztroską codzienność przyswajać”. Hard metal… a jak tam ta pana motorówka? Już jej żagla dokleili?

Heh. Nie no. W sumie to co mi szkodzi ten hard metal? Może być i hard metal. Ładnie nawet. Deep Jam, Alice in Pearls, Purple Garden, Sound Sabbath, Crazy Hole, The Black Stripes… The Rolling Beatles? Gdzieś. Kiedyś. Pod drugiej stronie tęczy. A może to już było? Bo i po co do tego większą wagę przykładać? Ot, przyzwyczajenie głupie. Nic więcej.

Jakoś nie wiem, czy jeszcze bym się w tym „Frenopatiko” odnalazł. Gitarowe rzężenie – to pewnie tak. Przy alko,  i jakby nie trzeba było z nikim gadać.  Bo sama wizja pogaduszek z jakimś podchmielonym kudłatym barmanem napawa mnie jednak wewnętrzną niechęcią. Wciąż lubię metal, ale od dawna mam dystans do metali, a już ci postarzali to w ogóle padaka. 

Z drugiej strony chyba w ogóle przestałem się odnajdywać, a dystans też mam ogólnie do ludzi. I przynależność subkulturowa, a nawet kulturowa, rasowa, czy jakakolwiek inna, ma tu chyba drugorzędne znaczenie.

Imprezy, spotkanka, kawy, herbatki - Boże, jak to nie dla mnie. Czy my kiedyś urządzaliśmy bibki na siedemdziesiąt osób? Jak to było, że do domu rodziców wpuszczałem tyle ludu? Teraz nikt by mnie do tego nie zmusił.  Chyba bałem się być nudny po prostu. A teraz to mi to tito. Plus dojrzałości. Jesteś zgorzkniały, cyniczny, ale już nie musisz być popularny. Chyba, że kłamię i odwracam kota ogonem.  Może jestem nudny i niepopularny, a żeby nie hodować sobie kolejnej traumy, to wmawiam sobie, że mi to niepotrzebne. Prędzej tak. Ale no… wie Pan… moje systemy obronne działają bez zarzutu. W pełni przekonałem siebie, że do szczęścia potrzebuję spokoju, zdrowia, może odrobinki czasu dla siebie, książki, muzyki. Ludzi? Tak, ale tylko tych najbliższych. Wie Pan – chłopak i dziewczyna, normalna rodzina. I tyle. A nie, że obcych, nowych, innych.

Zapytałby mnie Pan o przyjaźnie z dziesięciu ostatnich lat? Byłoby ciężko. Wszak te z lat młodzieńczych poumierały lub ledwo zipią. No, a przecież to były te prawdziwe, na całe życie. Więc co tu gadać o takich niesprawdzonych, gdzie nie było wspólnych wrogów, ważnych doświadczeń, wielkich przygód i tym podobnych…

Och, głupcze. A to, to po co niby? Latasz z wywalonym jęzorem i się próbujesz łaszczyć do pierwszej lepszej duszy. O ile sensowniej byłoby napisać list do kolegi i wysłać go do KOLEGI, a nie w niebo rzucać. Krzyczeć, że „paczcie, paczcie! To ja! JA! TU JESTEM! HALLLOOO! KOCHAJCIE! KOCHAJCIE!”.

Racja, racja. Pycha. Udawanie, że nie zależy. Och, to takie niegodne…

Nie, Pawle - to zwyczajnie żałosne. Teraz będziesz próbował to rozrzedzać słowami, zakopywać? Zrzucić na co? Na to, że się w głowie poprzestawiało? Żeś stary? Żeś tępy? Chciałbyś, wywłoko, żeby ktoś uwierzył, żeś warty. Bo produkt nie musi być skończony, wystarczy, że daje poczucie, że mógłby być lepszy. Przyznaj, że boisz się nawet paszczę otworzyć, bo tam takie nic, że aż przeciąg.

GŁASZCZ! GŁASZCZ! Przyjaciele, co? No dawaj grabę! Będziemy się kolegować? Tylko ja nie mam za dużo czasu, ani chęci. Czy to Ty możesz zabiegać, zagadywać, być lojalnym i opiekuńczym? I co Cię interesuje? Kim jesteś? Oj, zresztą, to mnie nie interesuje tak naprawdę. Podrap za uszkiem, podaj miskę. Głaszcz. Tylko odsuń się trochę, nie tak blisko, daj oddychać! Boże! Nie pchaj się tak!

Panie Stefanie, chyba, kurwa, ja rzeczywiście wciąż sam jestem jednym z nich. Głupio mądry, przykładnie zbuntowany, kochający wolność, ale tylko taką opartą na pewnych nienaruszalnych zasadach. Tak kocham klasyfikować, szufladkować, nazywać. Czarna, włochata góra kompleksów. Jebani metale!

Ave satan!

Paweł D.

PS. Jeszcze jest progressive metal, glam metal, a nawet avant-garde metal (chociaż do tego ostatniego, to nawet nie umiałbym przyporządkować żadnego zespołu… może Fantomas? Ale, cholera wie…)

niedziela, 1 listopada 2020

R.I.P. Frenopatiko


Szanowny Panie,


wczoraj wieczorem spacerowałem po świetle latarni, który odbijał się w kamiennym bruku Vigo. Z nieba spadał taki drobniutki deszcz, który wielu ignorowało. Kilka osób jedynie otworzyło parasolki. Jesień w Galicji jest mokra. I ciepła na razie. Będzie padało aż do następnego lata. Podobno też wiało. A taki deszczyk to nie deszczyk. Mżawka jesienna, niegodna uwagi w noc dedykowaną Śmierci. Ciepła noc. Rozgrzana dodatkowo gorącymi kasztanami zawijanymi w gazetę w tubkę. Kłębiaste wełny chmur zasłaniające niebieskie iberyjskie niebo nastrajają do poezji i muzyki. Stąd tutaj tylu pisarzy i ulicznych grajków. W co drugim domu mieszkał galicyjski pisarz, w co trzecim muzyk. Znam już wielu współczesnych. Jest taka knajpka, którą nazywam Pod Kogucikiem, w której grają bolero. Musiałby Pan to zobaczyć. 

Chadzam tam na wermuta. Słucham kontrabasu, gitary i Sinatry - tak go nazywam. Na łapach i nogach wytatuowane sceny z książki Autostopem przez Galaktykę, kolczyk w nosie i uszach, tusza jak u świętego Mikołaja, do tego świetny głos. Gdy milknie uwagę wszystkich przykuwa kontrabasista Alex z dredami, lekko pijany. Chce soku, bo po wczorajszym wieczorze głowa boli. 

Ech... Wszyscy mówią, że w zły czas przyjechaliśmy do Vigo. Że jest tu tyle festiwali muzycznych, tyle wydarzeń kulturalnych, wystaw, imprez. Dzieje się non stop. A teraz wszystko sprowadza się do kilku ulicznych grajków i jednej knajpki z bolero. Jak impreza dobrze się rozkręca, to kucharz Kogucika rzuca garami i przyłącza się do grajków, w ręku dzierży flet poprzeczny. Policja rozgania towarzystwo po godzinie słuchania muzyki. Nie może być w knajpie więcej osób niż trzydzieści. Plus wprowadzono godzinę policyjną o 2300. 

 Bruk mieni się światłem latarni a ja czuję się opuszczony. Odkrywam, że nie umiem spędzać czasu samemu ze sobą. Jadać bez towarzystwa nie lubię, gadać do siebie też nie bardzo. Jak milczeć to tylko w grupie. Chodzę na tym mokrym kamiennym bruku, a dookoła mnie biegają dzieci wymalowane, przebrane. Cukierek albo psikus. Rodzice zabierają je do knajpek, aby podjadły panierowanego kurczaka, który wygląda jak ludzkie palce.

Dużo tu też na ulicach psów, zwłaszcza chartów. Chociaż nie ma gdzie tu biegać i tylko jeden niewielki park w samym centrum. Wielu mieszkańców Vigo adoptuje te psy ze wsi. Podobno po przegranym wyścigu, charty są uśmiercane, a nawet żywcem obdzierane ze skóry. Aż trudno uwierzyć. W związku z tym wielu ludzi adoptuje te zwierzaki, aby nie czekał ich tak straszliwy los.

Fryzjerka, która wczoraj ścięła moją morską burze włosów i znów wyglądam grzecznie, mówi, że nigdy nie słyszała o święcie Samhain. To taki celtycki pierwowzór Halloween, do którego tutejsi narodowcy nawołują. Tak naprawdę, zazwyczaj jest jak w Polsce, kwiaty i znicze na cmentarze plus spotkania rodzinne. Tych ostatnich tego roku zabronili. Zamknęli miasto, aby wirus nie rozprzestrzeniał się na okoliczne wioski. 

Godzina policyjna i zamknięte miasto. Naprawdę smutno jest na tych brukach. Jeszcze rano było fajnie. Ostatni raz skorzystałem z karnetu na siłownię i saunę. Pierwszy raz też byłem w solarium (żeby spróbować jak to jest), potem poszedłem na gorzką gorącą czekoladę i churrosy. Deszcz mży. Czekolada rozlewa się ciepłem po cielsku. Piękne te moje ciało. Jak te dziewczyny na ulicach kolorowe (bo starsze też się poprzebierały). Śmierć. Wszyscy tam dążymy. W jedną stronę. Ulicą lekko w dół biegnącą. Knajpki pozamykane, bo nie warto otwierać. Ja sam chodzę. I chcę się po prostu napić. Mam dwa i pół euro w kieszeni i postanawiam pójść do Frenopatiko.

To jedno z moich ulubionych miejsc w Vigo. I piszę o nim dlatego, że jestem pewien i Panu się by spodobało. Znalazłem ten adres, gdy pewnego razu wyszedłem z Mszy Świętej w kościele, by się powłóczyć po mieście. Tuż przed pierwszą popołudniu, a ja słyszę porządne łojenie gitar. Wchodzę do ciemnego pomieszczenia. Na ścianie wisi trumna, z niej wyskakuje trup. Zamek Draculi. Ściany odrapane. Kukły, wisielce. Grają na małej scenie. Jakiś galicyjski hard metal. Pytam się barmana, co tu się dzieje. A on ze spokojem odpowiada, że to ich Niedzielna Msza. No i wsiąkłem. Przychodzę tu co tydzień. Thomas - barman, zna wszystkie odmiany muzyki metalowej. A także wszelkie zespoły na świecie grające taką muzykę. Chętnie go przetestuje, jak Pan nie wierzy, więc proszę w komentarzach przesłać nazwy kilku zespołów, które znane są nielicznym wtajemniczonym.

Stała klientela też już mnie rozpoznaje. Gadamy sobie o codzienności. Większość nawalona jest już około drugiej popołudniu w niedzielę. Na koszulkach takie napisy jak: Accept, Death, Kursk, Maromalo, Bat, Manilla Road Mystafication

Thomas prowadzi ten przybytek kultury długowłosych buntowników wspomaganych alkoholem od szesnastu lat. Jest to jedna z tych zapomnianych scen undergroundowych. Niestety 16 listopada tego roku musi ją zamknąć, bo budynek grozi zawaleniu. Szesnastego listopada będzie wielka impreza z tej okazji. Mnie pewnie już tu nie będzie. A Thomas płacze po pijaku, że kończy się mu życia sens.

Frenopatiko po staro-galicyjsku oznacza Dom Zły, albo Dom Wariatów.

Ukłony

Stefan W.

sobota, 24 października 2020

Goździki

Szanowny Panie,

z początku miałem przepraszać za to niepisanie. Jakoś czuję, że ten wyjazd chyba dla Pana jakiś bardziej samotny, że może chętniej by Pan pozwolił sobie na jakiś dialog, a tu jak kamień w studnię. Do dupy z takim kolegą, pewnie Pan pomyślał nie raz. A może i nie, bo czegóż innego się po mnie spodziewać. Nie mniej przeprosin nie będzie. Bo to zupełnie nie moja wina. Całkowitą odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi moja małżonka, no i córka, i syn jeszcze. W 100%. Ich to wina, niech się Oni tłumaczą przed Panem, jeśli by Pan chciał to roztrząsać. No Panie, wyjście na plac zabaw w sobotnie okołopołudnie – 2 godz. Nie przesadzam. Tyle to trwa. Próbuję wczuwać się w nadzorcę niewolników, wyimaginowanym pejczem popędzać towarzystwo, ale tylko kwiczę gniewem, tłukę raciczkami to tu, to tam. Niczego to nie przyśpiesza, tylko ogólna niechęć się piętrzy. Antoni wściekły, bo poszliśmy w lewo, zamiast w prawo. Justyna w myślach na barykadach, obcasem PiSowski łeb miażdży. Irmina luz. Do drugiego skrzyżowania. Potem foch. Omija mnie szerokim łukiem.

Kitram się teraz w ciemnym pokoju, jak sztubak. Może akurat klocki, obiad, książki, czy co tam innego, wystarczą przez chwilę. Może niczyja potrzeba mnie nie sięgnie i nie wciągnie.

Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że mimo tak długiego czasu od ostatniej fangi, to niewiele mam Panu do przekazania. Musi Pan wiedzieć, że dosyć często zdarza się, że łażę, siedzę w pracy, czy też coś innego robię i w głowie układam sobie, co też mógłbym do Pana napisać. No i wychodzi mi, że to błahostki jakieś, bez znaczenia rzeczy, puchy straszliwe.

Stoję w fartuchu na skraju kuchni. Pyzaty, w okularach. W jednej ręce biały kubek, w drugiej szmatka. Wilgoć zbieram, do szafki suche już odkładam. Radio brzęczy. W nocy pod domem Jarosława K. szwadrony policji. Obywatela bronić trzeba było. Kobiety wściekłe, dziki tłum. Wypierdalać. Jebać PiS. Były też hasła inne, ale te, kto by zapamiętał? Na pociętych kartonach: wojna. Dziś Ona znowu tam – idzie, krzyczy. By lepiej było.

Później na spacerze z dziećmi. Siedzę na skraju piaskownicy. Piasek klepię. Babko, babko, udaj się, bo jak nie, to cię zjem! Ciemno już. Piątek to chyba, chociaż nie wiem na pewno. W pandemii chyba mniej latarni włączają, żeby ciemniej było i mniej przyjaźnie, żeby szybko robić, co swoje i wracać szybko. Twarzy nie widać żadnych. Jesień, to i od razu ponure te stroje. Ostatnie bure myszy w zakamarkach znikają.  No dobrze, może czasem i żółte, i niebieskie też. Takie kurty pikowane na przykład przywdzieją. Pasuje taka, jak masz czterdzieści i jak masz czternaście. Ach, Boże mój, czemuż tak nijak? Pan może teraz myśli, że ja bym chciał, żeby to zrobić z klasą? Jak dawniej? Żeby damy w sukniach i dżentelmeni we frakach? Parasolki, buty od Kielmana, gładko zaczesani, z przedziałkiem, czy jakoś tak? O nie, nie, proszę! Myślałem bardziej o bufoniastych czerwieniach, o cekinach, błyszczących zieleniach, złotej farbie na twarzy, o półmetrowych szponach, o weneckich maskach. Płynąć przez miasto w białych falbanach. Kilkanaście centymetrów ponad chodnikami. Sunąć dumnie, zagarniać spojrzenia, a czemu by nie?

W domu cisza. Krzątam się. Zadzwonię talerzem, zaszuram krzesłem, to przesunę, to zagarnę, coś postawię, coś przewrócę. Pranie włączę, będzie szumieć. Lub zmywarkę. Panna J. pracuje, albo i już nie. Nie pytam. Dzieci oglądają bajki chyba. Postoję przed lustrem. Te boczki takie oporne. Macam je i ściskam. Skąd toto się bierze? Paskudztwo. A mniej jem… jadłem. Cukru trochę mniej i chleba jakby mniej. To znaczy wcześniej, bo teraz znowu jem. Oglądam się z boku i z przodu. Wciągam brzuch i wypuszczam. Oceniam, czy to jest szansa jeszcze kogoś oszukać, że to ciało jest lepsze niż jest.

Dziennik. Gazeta prawna. Pierwsze cztery nagłówki o koronawirusie. Duda chory. W kuchni nad kawą komórkę scrolluję. O, jest i o protestach. Dużo było ludzi. Kilka tysięcy podobno. No, ale może kłamią.

Zapowiadają strajk i kolejne wystąpienia. J. siedzi chyba na jakichś forach. Zbiera pewnie argumenty do merytorycznych dyskusji, które gdzieś tam na horyzoncie. Dużo czyta, co by umysł był jak brzytwa. Prolifersi jeszcze się cieszą. Od trzech dni zaśmiecają internet tym swoim tryumfem. Może nie czują, że w zaciszu mieszkań warszawskich osełki poszły w ruch. A i w innych miastach też już się kobiety szykują. Ma być wojna. Może tych klechów starych na taczkach w końcu wywiozą? Może zburzą ten patriarchat przestarzały. Iskra tylko i zacznie płonąć. Wszak zawsze tak jest.  Antek w szkole. Irmina się przebudziła, coś jej trzeba będzie na śniadanie przygotować. J. chyba już „status” ma. Zadania rozdzielają i do pracy. J. jak robi, to nie gada. Zakasa rękawy i zasuwa. Nie ma czasu na pogaduszki, czy nawet na to, żeby o jedzeniu myśleć. Tak łatwo się odcina. Ja próbuję swoje zrobić też, ale łatwo się rozpraszam. Pracuję w kuchni. Kanapkę sobie zrobię, kawkę, to z Irminą pogadam, to coś do garnka wrzucę. Jak sekunda się znajdzie, to zajrzę na „Vinted”, może ktoś akurat się chce pozbyć koszuli jakiejś lub może jakieś spodnie wypatrzę.

Zasypiam ostatnio nieźle. Głowa do poduszki i już mnie nie ma. Nie myślę o złych rzeczach, a i o dobrych staram się za dużo nie myśleć.

Z wyrazami szacunku,

Paweł D.

środa, 29 lipca 2020

Jeż i zając

Szanowny Panie,

nie mogę zasnąć. Włączona pralka na trzy godziny, cały czas wiruje. Jutro będę cierpiał z tego powodu, bo hiszpańskie domy, nie są polskimi i ściany u nich cienkie. Słowem cały blok słyszy, że piorę. Tak, będę cierpiał. A teraz nie śpię, bo przecież muszę wyciągnąć wszystko z bębna.

Opowiedzieć Panu bajkę? Jest późno. Za 20 minut pierwsza w nocy. Opowiem. Na dobranoc. Nie wymyśliłem jej samej. Bracia Grimm napisali ją, a jest o jeżu i zającu. Cała historia jest prawdziwa, z dwoma oficjalnymi morałami i jednym moim.

 Cicho. Sza. Czas zaczynać.

Był sobie jeż. Lubił wieczorami dreptać po ogrodzie i wynajdywać różne smakołyki. Pewnego razu zaszedł aż na pole. Przebywał tam zając, który nigdy wcześniej jeża nie widział w tych okolicach. Zaśmiał się od razu.
- Nigdy nie widziałem tak krótkich nóg. Wyglądasz bardzo śmiesznie.
Takie obejście oburzyło jeża i mruknął tylko o tym jaki to zając jest niegrzecznym.
- Na pewno nie umiesz się ścigać. - Powiedział zając, który lubił prędkość.
- Moje nogi idealnie nadają się do biegania. - Rzucił jeż bo nie mógł pozwolić sobie na taką impertynencję.
- W takim razie zmierzmy się.
- Oczywiście. - Zgodził się od razu jeż.
Umówili się na następny poranek. Zając poszedł szukać marchewek, a jeż do swojego domu. Czekała tam na niego małżonka, której zaraz opowiedział o zakładzie.
- Nigdy nie dogonisz zająca. - Jeżowa znana była w całym ogrodzie z niedowierzania.
- Oczywiście, że dogonię i ty mi w tym pomożesz - Powiedział jeż. A całość zabrzmiała bardzo tajemniczo.

Następnego ranka jeż z zającem stanęli na linii startu na największej polance w ogrodzie. Gdy gołębica gruchnęła START - ruszyli. Zając szybko wyprzedził jeża, a ten od razu po starcie ukrył się w krzakach. Gdy zając dobiegał do mety, jeżowa która wcześniej schowała sie przy linii mety krzyknęła "już jestem!".

Zając zdziwił się bardzo. Jeż i jeżowa są bardzo podobni dla zająca. Wzburzony zażądał rewanżu. Tym razem jeżowa stanęła do wyścigu. Po chwili zając biegł ile sił miał w nogach, jeżowa schowała się w krzakach, a jeż z linii mety krzyczał już jestem.
Zając żądał rewanżu siedemdziesiąt siedem razy i za każdym razem przegrywał. W końcu wyczerpany się poddał.

Od tamtej pory żaden zając nie ściga się z jeżem.

A morał z tego taki, żeby nigdy nie śmiać się ze słabszych i mniejszych.
Drugi morał żeby za żonę brać sobie kobietę ze swojego stanu. Niech jeże będą z jeżami.

A trzeci morał jest taki, że ile by zając sił w nogach nigdy nie dobiegnie do mety, jeż zawsze jest w domu, bo ma wokół rodzinę i przyjaciół.

O taka historia.

Stefan W.

sobota, 27 czerwca 2020

Człowiek w pudełku


Szanowny Panie,

no raz nie będę czekać i odpiszę od razu po lekturze Pańskiego listu, na świeżo. Może i nieco na szybko, bo pewnie zaraz dzieciaki przestaną bajkę oglądać, więc będę się spieszyć.

Tak generalnie, to nie umiem odpowiedzieć na pytanie, co dotyka mojej duszy (czy też serca – nie był Pan w tym konsekwentny do końca). Ogólnie, to chyba najczęściej przemijanie. Chociaż zdaję sobie sprawę, że to durne, po przecież powszechne. Może gdybym był wierzący, to jakoś bym o tym nie myślał tak dużo. No, ale łaska ta na mnie nie spłynęła, więc myślę.

Ostatnio porusza mnie też do głębi lektura książki „Trzecia Rzesza w świetle Norymbergi. Bilans tysiąca lat”. Jakoś tak wyszło, że II Wojna Światowa nigdy nie interesowała mnie jakoś szczególnie. W zasadzie uczyłem się jej głównie z opowieści mojego dziadka, jak byłem takim szkrabem, jak Antek, a może i młodszym. Potem chyba było jej po prostu za dużo i ciekawsze wydawało się to, czego było mniej. Koniec końców moja wiedza na temat tego okresu jest pewnie na poziomie przeciętnym, a może nawet poniżej przeciętnej. Bywa.

Ne tę książkę wspomnianą wpadłem przypadkiem. Jakoś u teściów byłem i swoim zwyczajem po półkach zglądałem. Tak, żeby coś na chwilę przygarnąć, przekartkować i odłożyć. Myślałem, że tego nie łyknę, bo będzie za ciężkie, nudne… Proces, prawnicze bablanie, starczy zapału na sto stron, nie więcej. Była to jednak podróż niezwykle zajmująca. Okazało się, że niewiele rozumiałem, z tego, co się wydarzyło przecież wcale nie tak dawno temu, a co przecież w tak wielkim stopniu wpłynęło nie tylko na pokolenie naszych dziadków, ale również rodziców i w końcu na nasze. Takie to niby bliskie każdemu Polakowi, a jednak już takie odległe. Nie będę się bawił w recenzenta, bo recenzent ze mnie marny, a i nie chce mi się wchodzić w szczegóły. Po tytule Pan wiesz mniej więcej, o co chodzi. Wojna z perspektywy rozliczania tych, którzy pozostali przy życiu, żeby odpowiedzieć za jej okropności. Czytałem, a przez głowę przelatywały mi strachy różne, a czasem nie strachy, tylko zdumienia lub zwykłe pytajniki. Jak kruche mury oddzielają nas od apokalipsy, która po prostu drzemie, gdzieś za ścianą, w każdym momencie naszego życia i tylko czeka na to, żeby jakiś nieszczęśnik się potknął i szturchnął kijem, i przebudził? To było z kategorii: strachy. Czy ja, dzieci moje, bliscy inni nie zagapimy się i nie uciekniemy w porę, zanim do drzwi naszych zapukają? To z tej samej kategorii. Jak my, mrówki ślepe, dojrzeć możemy to, co słuszne, co sprawiedliwe? Jak sądzić? Jak oceniać? Jak bawić się w Boga, gdy ma się przed sobą żywego człowieka jednego, za którego plecami leżą miliony ciał, splątanych i powyginanych? Dla tego śmierć, a dla tego dożywocie, a dla tego trzeciego lat dwadzieścia, lub dziesięć może. Trudno mi to w głowie poukładać.

Ale co to ma wspólnego z Pavarottim? Z zachwytem? Bo przecież o to Pan pytał, prawda? Nie, że nie zrozumiałem. To chyba po prostu tak, że czym dalej w życie, tym łatwiej o to poruszenie negatywne, a trudniej o to pozytywne. Tak mi się zdaje przynajmniej. Muzyka? Oczywiście, jakoś tam działa. Jak słyszę „Rush” Depeche Mode przy odpowiedniej aurze, to mam nadal ciarki. Jak idę po mieście szybkim krokiem i jest wieczór wietrzny, a ulice są jeszcze mokre po deszczu. I światło sztuczne tylko mryga niebiesko i pomarańczowo, z góry i z dołu, i z okna i z kałuży. I najlepiej, jak nie myślę wtedy wcale, tylko się skupię na tym płynięciu. Coraz częściej jest to jednak oszukiwanie. Przywoływanie obrazów, migawek, rzeczy, których nie ma. Jak udawanie, że jest się w teledysku, w którym widzisz klisze z życia Twojego, momenty, które być mogły, albo myślisz, że były, ale w sumie to są w Twojej głowie, w tej pamięci wyobrażonej bardziej, niż we wspomnieniach właściwych.

I zgodzę się z Panem, że coraz trudniej się przejmować tym, co teraz i obok. Nie mam zielonego pojęcia skąd Pani J. bierze tę całą wrażliwość społeczną. Jak to konserwuje, hoduje w sobie? Weźmy tę batalię o słowa, o symbole, o czarnych ludzi w Afryce i czarnych ludzi w U.S.A. Przecież to nawet nie z naszej rzeczywistości, a jednak jest dla niej tak ważne. Kwestie kobiece, mniejszości, zwierzęta może mniej, ale też trochę. Gdzie tylko komuś dzieje się krzywda… I przecież nie jest sama. Sporo takich ludzi. Co im zależy.

Ja mam wrażliwość społeczną płytką, dresiarską wręcz. Próbuję czasem się wczuć, jakoś podszkalać, żeby móc w towarzystwie funkcjonować, ale to wszystko tak po łebkach, żeby utrzymać się na powierzchni tylko. Charakteryzuje mnie jednak wysoki stopień egocentryzmu. Do tego stopnia, że to, co poza mną, to już jednak nie moje – potrzebne, bo jakoś haczę różnymi swoimi członkami o tę przestrzeń, ale jednak już obce. Idąc tym tropem, pewnie musiałbym dojść do jakiego absurdalnego wniosku, że to co dotyka mojego serca, w taki pozytywny sposób, to jakieś wyobrażenie własnego utopijnego wręcz sukcesu życiowego na wszelkich możliwych poziomach, osiągnięcie jakiegoś stanu półboskości wręcz. A jako, że wyobrażenie jest wytworem własnym, więc na wskroś widzimy jego nierzeczywistość, zatem nie ma żadnego właściwego efektu.

Poszukam jeszcze togo „Wow!” bo to nawet ciekawe, że tak mi się zagubiło zupełnie. Jak na nie wpadnę, to jeszcze dam znać.

Elo.

Paweł D.


PS. W końcu nie było szybko, bo dzieciaki zaraz skończyły tę bajkę ogladać.

wtorek, 16 czerwca 2020

Touch my soul

Szanowny Panie,

co dotyka serca? Zastanawiam się nad samym sobą. Przed chwilą obejrzałem video pewnego youtubera, który nigdy nie słyszał Luciano Pavarottiego i pierwsze co powiedział, że ten śpiew: touch my soul. I tak pomyślałem co we mnie wzbudza takie uczucia?

Przeczytałem Pana list powtórnie, po kilku tygodniach od wydarzeń, które Pan opisuje. I mam wrażenie, że opowiada o jakieś mało znaczącej przeszłości. Co jest wrażeniem zupełnie nie prawdziwym, bo przecież żyłem tym wszystkim bardzo mocno. Czytałem artykuły z lewa i z prawa, obrońców i atakujących. Wyrobiłem sobie opinię. Przestałem słuchać Trójki, (ale w przestrzeni radiowej nie ma prawie w ogóle ciekawych stacji) wróciłem do Trójki. 

Zanurzyłem się w temat po uszy. A teraz? Zupełnie o tym zapomniałem. 

Do maseczek się przyzwyczaiłem. Tyle co mam do powiedzenia w kwestii epidemii koronawirusa.

A przez wyżej wymienione doświadczenia uważam się za ignoranta totalnego w kwestiach amerykańskich afroamerykanów i wyborów prezydenckich. Nawet Pan tych tematów nie zaczynaj Pan w liście, bo nic nie powiem. 
 
Co mnie rusza? Jeżeli niszczą mi ukochaną audycję radiową a ja po kilku tygodniach zupełnie o tym zapominam. 

Jeżeli ludziom grozi zdziesiątkowanie, a ja przyzwyczajam się do maseczek? 

Jeżeli Ameryka płonie, a mnie to nie obchodzi. 

Jeżeli mam wybrać prezydenta, a dwóch pierwszych kandydatów z sondaży są warci tyle co ślina na język im przyniesie. 

Co mnie rusza?

Czy dotknięcie serca powinno zostać w człowieku na dłużej niż chwilę tylko? Wydaje się mi, że podobnie jak zakochanie wycina jedynie momencik z życia, który z czasem się po prostu wypala. Jest podobny do unoszącej się nad ogniskiem iskry, która pięknie się mieni na tle nocnego nieba, ale po chwili ucieka tam gdzie od początku jej miejsce, czyli do gwiazd. Do nicości, która nad nami świeci. Przypomina o unikalności życia a jednocześnie o jego kruchości.

Życie mimo że śmiertelne, zawsze zwycięża nad unicestwieniem. Rodzi się na nowo. Zawsze. Śmierci w zasadzie nie ma, gdyby nie było życia. 

Czyli moje pytanie o to co dotyka mojego serca? - nie ma sensu.  W zasadzie dużo. Ale problemem jest, że codzienność mi pędzi. I to moja tylko wina. W dniach zlanych w tygodnie nie mam czasu pochylić się nad cudami. 

Życzę sobie zatem życia bardziej uważnego. Nieśpiesznego. Aby mi nigdy nie umykały momenty, które chwytają za serce.
 
No a co "touch your soul" Panie P.?

Ukłony
Stefan W.