piątek, 6 kwietnia 2018

Zaszczyt za zaszczytem

Szanowny Panie,

jest 5 kwietnia, a Pan mnie czelendżuje, że do 8 niby mam odpisać? Jeśli moja średnia to jakieś 2,5 miesiąca? Śmiałe posunięcie. Ale przyjmuję wyzwanie - też mogę szybko. 

Najłatwiej zacząć od koszykówki. Cóż, wydaje mi się, że zdąży Pan jeszcze na koniec sezonu i może zagra z nami dwa majowe spotkania, co? Ja właśnie jestem po meczu. Niestety, o ile pod wieloma względami czuję się całkiem w porządku z tą naszą zbliżającą się trzydziestką piątką, to koszykówki to nie obejmuje. Ten sezon był dla mnie fatalny - być może najgorszy od kiedy zabraliśmy się za te piaseczyńskie czwartki. Trzeci tydzień z rzędu moja drużyna dostała w kość i w dodatku byłem chyba najgorszym popychadłem w składzie. Liczę, że to ogólny poziom się podniósł, a nie ża ja nie domagam. Plus taki, że pogoda zrobiła się przyzwoita, to może zacznę znowu porankami chodzić na boisko, żeby porzucać sobie przynajmniej. Wstyd byłby przecież straszny, gdyby Pan wrócił i jeszcze by mnie ograł. Nie do pomyślenia zupełnie! Oczywiście wiadomo, że nawet przy niemal całkowitym braku formy powinienem sobie spokojnie z Panem poradzić, ale co jeśli akurat będzie Pan miał dzień? A przecież Pan to ma dzień, co trzeci dzień albo i co drugi, bo toto w czepku urodzone. Poćwiczę na wszelki wypadek. 

Temperatura podskoczyła. I jeszcze zmiana czasu była, co ogólnie oznacza, że w bólach zrodziło się coś, co już i wiosną chyba da radę nazwać. Pan to może i zakłada grubą bluzę, jak termometr do dyszki dochodzi, ale tu się wszyscy właśnie rozbierają przy takich odczytach z ciepłomierza. Ja się na rower przesiadłem, co jest całkiem gites. Podkręcam "volume" na 2/3 mocy, wskakuję na mojego Gianta i popylam wzdłuż Wołoskiej. Trochę jest irytujące, jak byle pindzia z Mordoru mnie wymija na rozklekotanym Veturilo, ale co mi tam, jak na słuchawkach Smashing Pumpkins i słońce na twarzy. Płynę do pracy, jak grecka armada na Troję (przynajmniej z nastawieniem tym samym). Inhaluję ołów z uśmiechem na twarzy. Znaczy zna mnie Pan - to bardziej taki uśmiech wewnętrzny, bo na zewnątrz raczej trzymam fason i robię miny typu "ryba w potrzasku". 

Na resztę sezonu bezśnieżnego (bo nie przesadzałbym z określeniami typu "lato" na przykład, po tych mizeriach, które zdarzały się ostatnimi czasy) mam plan wejść na kila polskich górek.  Weszliśmy ostatnio z A. i I. na Łysicę, co oznacza, że A. ma już zaliczone dwa szczyty z Korony Gór Polski, a I. jeden (najniższy, ale liczy się sam fakt).  W ogóle to ta Korona Gór Polski to lista najwyższych szczytów ze wszystkich pasm górskich Polski. I teraz zagadka? Ile ich zatem jest? Pewnie Pan strzelasz w jakąś siódemkę, może dziewiątkę, co? Ale nie, jest ich dwadzieścia osiem! Nie wiem, może ja po prostu orłem z geografii nie byłem, ale Rudawy Janowickie, Góry Kamienne, Beskid Makowski? Nie uwierzę, że znalazłby Pan to na mapie (takiej bez napisów rzecz jasna) - ja bym za Chiny nie znalazł. Tak czy siak, bierzemy się za ogarnianie tematu. Większość tych wzniesień jest jednak na dalekim zachodzie, więc trzeba będzie robić takie przedłużone weekendy, ale niewykorzystanych dni urlopowych trochę w zapasie mam, więc może z pięć w tym roku by się jeszcze udało - zobaczymy. 

Co do Pana oczekiwania na to zwykłe europejskie miasto, to ja się nie dziwię wcale. Jakbym miał z tymi samymi ludźmi siedzieć przez tyle czasu na takiej zamkniętej przestrzeni, to bym zbzikował totalnie. I oczywiście Pan Konrad jakieś dyrdymały plecie, bo myślę, że kilka osób jednak na Pana czeka tu na miejscu. Pana Mama wspominała coś o uroczej damie z Urzędu Skarbowego. A i podobno kilku dzikich lokatorów z kamienicy w Płońsku pytało o Pana, bo mają zastrzeżenia, co do czystości zajmowanych lokali. Home, Sweet Home, jak to powiadają. 

Paweł D.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Nieoczekiwana codzienność


Szanowny Panie,

nie mogę się doczekać… Nie mogę się doczekać drzewa w Lizbonie. Nie mogę się doczekać spacerów w deszczu. Nie mogę się doczekać słodkiego wina. Gorzkiej kawy i ciastka. Nie mogę się doczekać poczucia dowolności. Wyboru drogi. Różnych godzin wstawania. Ile ja będę czasu spędzał na taką prozaiczną przyjemność jak wybór śniadania? W sałaty pójść, sery, a może kanapkę i jajko, ewentualnie jajecznice na pomidorach. Ile czasu na nie decyzyjność. Białym winem zacząć dzień. Wczesnym świtem wstać. Bo mogę, a nie muszę. Nie muszę się bawić dobrze. Nie muszę się nauczyć czegoś. Nie muszę się starać. Grać. Nadymać. Poszukiwać. Wynajdywać. Wymądrzać. Nie muszę się poznawać. Jedyne co muszę to oddychać. A i tak z automatu mi idzie. Jakoś tak nie myślę o oddychaniu. Samo przychodzi. A to jedyne muszę, by żyć. Żyć, żyć, żyć.

Tak. Tej Lizbony nie mogę się doczekać. Oczekiwania jak Pan widzi mam wielkie. Bo żadnych nie mam. Właśnie największe moje oczekiwanie. Nie sądzę, abym miał tam niezliczone przygody, że każdy dzień będzie nieoczekiwanie niecodzienny. Nie sądzę, że zakocham się w mieście, że spędzę noc na słuchaniu ochrypłego fado. Że stanie się… Coś w moim życiu. Nie. Ja tam jadę po to, aby pożyć sobie. Aby po przespanej lub nieprzespanej nocy wstać. Aby kłaść się na golasa w łóżku odrobinę szerszym od moich ramion.

Cała ta moja Portugalia taka będzie. Bo potem pojadę na południe, aby kąpać się w morzu. W morzu! Ja codziennie niemal kąpię się w morzu. Na Karaibach! W Ameryce Środkowej! W Grecji! Niezliczonych wyspach! Morze jest codziennie, jest jak ogród za oknem. Widok zwyczajny. Zwyczajne cuda. Niezwyczajne chwile. Mam chwilę. Tylko mgnienie oka. Tylko tyle co nic! Jutro mam cały dzień wolny. Od tygodnia nie miałem całego dnia wolnego. Muszę go uczcić. Przejść się po butikach. Wydać pieniądze. Jakiś suwenir. Może zadzwonić do kogoś. Pogadać. A z pewnością muszę pójść na plażę. Piękną! Niemal zamkniętą zatokę. Niemal wewnętrzne, słone jezioro, obrośnięte palmami. I tam się wykąpię.

Za niecały miesiąc kąpać się będę na południu Portugalii. I ta przecież moja kąpiel w ciepłym oceanie, nie będzie niezwykła w mojej codzienności, ale jakże przyjemna. Codzienność, w której morze jest jak ogród za oknem, nie powinna się nudzić.

Czemu zatem zerkam kątem oka na kalendarz. I liczę. I dni, godziny, minuty. Liczę. Ta codzienność. Nieosiągalna codzienność dla wielu mi znanych ludzi, jest dla mnie już tak zużyta, że oglądam się na zwyczajne portugalskie miasto, jak na święty Gral, utęskniony Raj. Czemu nie potrafię zapomnieć o przyszłości. Nie oczekiwać. A żyć, żyć, żyć. Tym teraz, tym co jest. Tymi ludźmi z którymi mi przyszło spędzić ostatnie siedem miesięcy. Czemu nie potrafię…

I przecież wiem. I przecież Pan mi powiedział, że tak szybko ten czas minął. I ostatnio Konrad też mi mówił, że nikt nie czeka. Że nie ma po co wracać. Że nic się nie zmieniło. I żebym został tu. Co rozumiem przez to moje życie. Tą codzienność morską, inną, nie szarą, a dla mnie taką zwyczajną. Jak zwyczajny jest ogórek w mizerii.

Ja myślę, że Portugalia niezwykła będzie przez zwykłość. Słusznie Pan napisał, że wszyscy czegoś po czymś oczekują. Mówisz hasło Lizbona, myślisz co podpowiada wyobraźnia. A rzeczywistość swoje. I ja niczego dlatego się nie spodziewam po swojej rzeczywistości. Bo czy ona jest codzienna! Szara! Niebieska! Jest dla mnie taka zawsze jaka właśnie jest. I nic nie zmienię w tym względzie.

Ukłony
Stefan W.

P.S. Dziewiątego kwietnia wypływam w drogę powrotną. Może uda się Panu odpowiedzieć do ósmego, bo potem dopiero w Portugalii będę miał dostęp do internetowego świata. A przecież w Portugalii już nic nie będzie takie samo. (nie konsekwenty jestem w tych swoich myślach chwilowych).




wtorek, 3 kwietnia 2018

Miasto-Ciasto

Szanowny Panie,

z pewnością nie jest łatwo opisać sztorm, ale na moje oko to poszło Panu nawet nie najgorzej. To znaczy, oczywiście nadal nie mam pojęcia, jak to jest przeżyć sztorm, ale wiem już, że napewno nie chciałbym go przeżyć (to znaczy, jak już by dopadł łupinę, na której bym płynął, to oczywiście chciałbym przeżyć, ale... wie Pan o czym mówię). Wierzę też na słowo, że mimo tych strachów, mimo zamkniętej przestrzeni i wciąż tych samych ludzi, znajduje Pan tam wolność. Cieszę się z tego, bo to musi być wielki skarb. Czuć się wolnym. Niezwykłe. Cóż, wolność jest tylko dla tych, którzy mają odwagę po nią siegnąć, a że większość ludzi to jednak tchórze, to pewnie należy Pan do wąskiej grupki szczęściarzy. Chociaż nie mogę chyba napisać "szcześciarzy", skoro sam właśnie zauważyłem, że to nie jest kwestia szczęścia, tylko odwagi. Ach, to zresztą taki trudny temat - czym jest ta wolność? Pisarze tego szukają i filmowcy, poeci, niepoeci, wielcy i Ci najzwyklejsi. Jak tu nie wpaść w banał? Pewnie najlepiej się za to nie zabierać. No to się zabiorę...

Nie zabiorę się - dupa. Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. Może wiedza, to wolność, bo gdybym był mądrzejszy, to mógłbym napisać tu coś błyskotliwego. Rozważania długie i mądro-mądre. Z drugiej strony, gdybym był durniem zupełnym, to wcale by mnie to nie interesowało i nie miałbym z tym problemu. Wolny byłbym od uporczywości powracających pytań, o to co mogę ja, co mogą ludzie, co może ludzkość.  Pomyślałem przez chwilę, że głupim jednak łatwiej manipulować, ale w sumie to przecież wcale tak być nie musi. To tylko kwestia kunsztu manipulatora. Więc wiedza nie ma znaczenia. Pieniądze? Trochę myślę, że tak. Trochę, że przecież wolę myśleć, że nie. Bo i nie w wielu przypadkach przecież. Może zatem o Lizbonie.

Zacznę od tego, że zostawiliśmy tam dla Pana coś. Jest w dziupli, w tym drzewie, które widać na zdjęciu. To jest chyba jedyne takie ogrodzone drzewo w Jardim do Pronciple Real (taki tam mały park, w którym dziwnym trafem zdarzyło nam się spędzać trochę czasu). Drzewo jest niedaleko takiego kiosku okrągłego.


Obok tego kiosku była ławka, na której Panna J. udawała Wańkę-wstańkę. Pod drzewem raz obozowali młodzi Niemcy, a innym razem jakiś bezdomny, co go jakaś młodzież przegoniła ze stolików dla szachistów (najlepiej zacienione miejsce w tej częśći Lizbony, jak nam się zdaje). Każdy na te stoliki czatował. 

Nie ma tam znowu tak dużo zieleni. Myślałem, że jakoś więcej. Był Pan tam zresztą, widział pewnie więcej ode mnie. Objadaliśmy się tam trochę za dużo, jak na mój gust. Byliśmy raz w restauracji takiej normalnej. W sensie nie, że bardzo dobrej, tylko że dla turystów. Jesteś głodny, łazisz, i myślisz "a czemu nie?", a potem myślisz, że jak na te pieniądze, to wcale nie tak smacznie, krępująco i jakoś bez sensu. W ogóle to trochę się już przyzwyczaiłem, że zdarza mi się bywać w miejscach, gdzie są kelnerzy lub kelnerki, ale nadal nie jest to moje środowisko naturalne. Nie lubię być obsługiwany. Stresuje mnie dawanie napiwków. Lubię zwykłe sklepy, ewentualnie bary-budy, w których idziesz, zamawiasz i płacisz, a później ktoś zakrzykuje twój numer, odbierasz jedzenie, zjadasz i wychodzisz. 

Na szczęście pogoda była dobra - dużo piliśmy wina pod gołym niebem. Czasem Porto. Jeden dzień zaczęliśmy od wizyty w Muzeum Sztuki Współczesnej w Belem (jeszcze nawet chwilę czekaliśmy na otwarcie), a potem przenieśliśmy się na ławeczkę w parku, gdzie upijaliśmy się Porto, zajadaliśmy miejscowe wypieki, chipsy i obgadywaliśmy ludzi różnych. Na przykład o Panu rozmawialiśmy, ale szczerze powiem, że nie pamiętam, co dokładnie. Później szliśmy wzdłuż Tagu, mnie się kierunki pomyliły, a Panna J. tłumaczyła, dlaczego nie posłałaby dzieci do harcerstwa. 

Na targu jedzeniowym oszukaliśmy jednego Pana na dwie kulki z kurczaka, czy też raczej z tuńczyka (nazwy tego czegoś nie pamiętam). Oszukaliśmy bardziej z lenistwa, niż ze złej woli, bo chcieliśmy inne, on nam nałożył dodatkowe, a że był zarobiony, to nie chciało nam się już tłumaczyć, że dał nam za dużo. Brzmi to źle, ale czy my znowu jesteśmy tacy dobrzy?

Czasem łapałem się na tym, że nie wiemy, co ze sobą zrobić. Że powinniśmy zrobić więcej, przeżyć to intensywniej, bo jesteśmy urwani z łańcucha przecież. Czasem myślałem, że jest ok, bo możemy pić kawę i czytać książki w swojej obecności. Czasem czułem, że nie powinniśmy odczuwać nudy, a kilka razy, że mogliśmy przecież zorganizować to lepiej. Za mało wiedziałem, za mało. Przed wyjazdem przeczytałem jeden reportaż ("Samotność Portugalczyka" - beznadzieja). Więcej jednak dowiedziałem się z wpisu na wikipedii o Salazarze. Ale Salazara nie czuć wcale w Lizbonie. W jednym muzeum, był jeden obraz, który przedstawiał Salazara wymiotującego Państwo, jeśli dobrze pamiętam, a możliwe, że pamiętam źle. Raz skakaliśmy przez mur i to było dobre. I było jeszcze dobre, jak zjeżdżaliśmy z góry taką mini-rykszą, że niby motorkiem z kierowcą i dwoma miejscami. Ale to było w Sintrze. Sintra jest ciekawa - polecam. Były tam wielkie tuje, które wyglądały, jak gigantyczne ślimaki, a jedna wyglądała, jak kobieta. 

Lot powrotny był okropny, bo lecieliśmy nad burzą. Puszka na niebie. Ludzie w środku i Bóg tym trzącha i jak zechce, to zrzuci. I to spadnie, a dzieci sierotami będą. Z głową wciśniętą w siedzenie przede mną dużą część podróży spędziłem. Czułem, że może to już, bo tak ten moment w czasie nawet idealnie pasował. 

Za dziećmi tęskniłem dużo i często. Nie tylko w czasie nienaturalnego przenoszeniu swojego ciała w przestworzach, ale i w momentach całkiem zwyczajnych. W ogóle poczułem trochę przez ten wyjazd, że faktycznie na chwilę  obecną jestem przede wszystkim ojcem i mężem. Powie Pan, że rychło w czas taka refleksja, przecież to już lata całe. Głowa bywa czasem niespójna. Czas, w którym rozmyślam i czas, w którym żyję, to dwa różne czasy. Różne wymiary. 

Dzień przed wyjazdem padało. Nie przez cały dzień, ale jak już wracaliśmy chwiejnym krokiem pod ramię do hostelu, to padało całkiem nieźle. Trudno się szło. Wcześniej trudno się siedziało. Pub był ciemny. Taka rockowa speluna typowa. Wszędzie są takie same. To mógł być Olsztyn lub jakaś Bydgoszcz, a nie Lizbona. Leciało tam Black Sabbath i Alice In Chains, i inne hity z satelity, które zatruły mi młodość jakimiś nienazwanymi obietnicami. Piwo-siki, co tu dużo pisać, jak w pizzerii pod Czerskiem. Była rozmowa. Panna J. już miała dosyć, a ja jeszcze piwo domówiłem. I tak, jak chwiejnym krokiem się wracało, tak na następny dzień się chwiejnie leciało. Głowa ciężka, suwenirsy na szybko kupowane. Pub Rock to się chyba nazywało. Mało światła. W dobrej dzielnicy pubowej, może Pan tam przypadkiem się zabłąkać, z nami tak właśnie było. Przypadki chodzą po ludziach. 

Wszyscy pytają, jak Lizbona? Oczekując odpowiedzi, że Lizbona jest fajna. Bo chyba jest. Jest Tag. Miasto powinno mieć rzekę jakąś albo inną wodę. 

Dawno już tyle nie chodziliśmy, chyba nawet schudłem. A tam górki, dołki, górki, dołki. Jak tam jechać, to bez dzieci. Weź tu Panie wózek tak wciągaj i ściągaj. 

Brzuch mnie boli od przejedzenia. Lany poniedzialek był przed północą. Miło było Pana zobaczyć - wygląda Pan zupełnie nie polsko, ale dobrze. Dziwi mnie, że te wyjazdy Pańskie tak szybko teraz mijają. Wydaje mi się, jakby dopiero, co Pan wyjechał, a Pan zaraz wraca. Może jeszcze Pan zdąży odpisać, przed powrotem. Może jeszcze przed Lizboną? 

Czekam na odpowiedź i pozdrawiam,
Paweł D.

wtorek, 20 lutego 2018

Czysta wolność



Szanowny Panie,

ja śpię, śpią koledzy z kajuty i połowa statku śpi. Mamy dzień wolny na morzu. Mamy, czyli my, załoga pokładowa. Wszyscy oprócz wachtowych, którzy dyżurują na mostku. Sztorm za zaślepionym bulajem rozbija się o nasz pokład i te rozbijanie nie pozwala pracować.

To nie jest łatwo opisać sztorm. Z literatury można dowiedzieć się jak wygląda, jaką grozę wzbudza, ale przeżyć sztorm. A wieje nam ósemka, czterdzieści węzłów wiatru, oczywiście w dziób, mordę, spowalniając nas do prędkości trzech węzłów, niecałych sześciu kilometrów na godzinę.

Jak nie trzeba, nie wychodzi się w sztorm na pokład. Przeżywa się sztorm w koi, bo najlepiej przespać otaczającą nas wszechmoc. Już Panu pisałem, jak ważna jest koja na statku. To moja prywatna przestrzeń. Mój świat. W niej, jak w domu, czuje się bezpieczny. Koja nawet nie leży blisko świeżo wymienionej domowej pościeli, czy podłogi mieszkania, na której stoi pianino i ulubiona kanapa. Koja jest jednak symbolem domu. Obwieszona zdjęciami rodzin i przyjaciół. Zawalona ulubionymi książkami, przedmiotami, które przypominają, że życie to nie statek. Że większość z nas jest dla domu, dla innych. I dlatego w tej koi z różańcami, amuletami, obrazkami każdy czuje się najlepiej. Do tej swojej własnej przestrzeni, w jakiś sposób ucieka się przed niebezpieczeństwem. A naprawdę trudno jest uwierzyć, że morska siła nie działa rozmyślnie, planowo młotkując falami dziób, aby rozłupać kadłub i zmusić nas do położenia się spać na morskim łożu, czyli piaszczystym dnie.

Oczywiście są teorie meteorologiczne, które podpowiadają kiedy pogodę należy nazwać sztormową, a kiedy nie. Teorie są zazwyczaj zbyt ogólne i jak dla mnie sztorm zaczyna się każdemu inaczej. Bo może dzisiejszy wiatr u wybrzeży Haiti, z którym mamy do czynienia nie robić wielkiego wrażenia na 300 metrowym kontenerowców, ale nasz pasażerski staruszek dostaje zadyszki, a mniejsza łódka, którą właśnie mijamy – walczy o życie.

Nie ma nic gorszego niż sztormowy świt, po szaleńczej nocy. Wydaje się, że wraz ze wstaniem Słońca, świat się zmieni. Jak za pomocą różdżki wszystko minie. A tymczasem morze jest koloru atramentu, kiedy patrzy się na nie o wschodzie Słońca. Ten atrament się pieni, buzuje, kotłuje, a przede wszystkim gna, naparty siłami od siebie niezależnymi. Gna jak opętany przed siebie, nie licząc się ze sobą a już na pewno z niczym dookoła. Naciera i pochłania, ogarnia i zapiera. W dmącym powietrzu trudniej jest złapać oddech, dlatego oddycha się szybko. Trudniej o rozbudowaną myśl w głowie, dlatego myśli się zdaniami pojedynczymi, a najlepiej wyrazami z wykrzyknikiem na końcu. Myśli się rozkazami. Mówi się rozkazami. I słucha się rozkazów kapitana, oficera, bosmana, ale także swoich, które krzyczą: Stój! Woniej! Biegnij! Uważaj! Utrzymaj się! Mocniej!

Podczas sztormu wszystko jest przeciwko. Wszystko żyje i jest zagrożeniem. Rozkrzyczane drzwi, które niemal zatrzaskują się na nieuważnych palcach. Smutna szuflada, która wypada z zawiasów i zawisa w pół nad głową. Gruba walizka, która na szczęście nie miażdży stóp, a rozbija kafelek na pokładzie. Talerze, kubki, szczotki, zmiotki, ale i większe przedmioty drewniane krzesła i stoły fruwające po pokładzie, źle zaształowane belki, drabiny czy kubły. Wysunięta z uwięzi gumowa łódka, którą nazywamy promem, a która teraz kłapie po pokładzie, jak wściekły aligator i aby ją utrzymać trzech ludzi rzuca się na nią z góry. Ludzie podczas sztormu myślą prosto i przede wszystkim o sobie. O swoim bezpieczeństwie. Dlatego gdy mogą… Śpią.

Na myśl przychodzi mi także kołyska, gdy tak leżę w tym łóżku. Tylko taka dzika kołyska, jakiegoś bezmyślnego (a zatem morze jest bezmyślne?) buszmena. Albo lepiej huśtawka linowa z dzieciństwa. Kiedy z jednym bratem usadzaliśmy na bujance młodszego brata i pchaliśmy mocno aż po jednej stronie wypadał z siodła i gdyby nie ręce ściskające lin, poleciałby dalej pięknym łukiem na twardą ziemię. Z drugiej strony siła, wynikająca z jakiegoś fizycznego prawa, wbijała go mocno w siedzisko, tak iż z pewnością nic na świecie nie mogłoby go poruszyć. Tak ja czuje się śpiąc w koi. Raz moja głowa jest lekka jak piórko i wydaje się że unoszę się nad poduszkami, a w tym samym czasie nogi mocno ciążą. A za chwile jest odwrotnie łeb wbija się puch i gdyby nie to, że w zestawie mam dwie poduchy, pewnie przebiłby się piętro niżej, do Dextera, filipińskiego śmieszka, śpiącego pode mną.

Po sztormie jestem wymęczony. Jak można być wymęczonym po przespanym dniu? Sztorm mam przede wszystkim w głowie. A zatem żeby się po nim zregenerować, śpię dalej. Przynajmniej gdy tylko statek na to pozwoli. Gdy wypełni się obowiązki. Gdy żaglowiec i morze obopólnie uznają, że zapłaciło się swoją dniówkę potu, bólu, a czasem krwi. Wtedy kładę się spać. By śnić o domu, będąc w więzieniu, które w moim mniemaniu jest czystą wolnością.

Dobranocka
Stefan W.







środa, 31 stycznia 2018

Człowiek na tratwie



Szanowny Panie,

długo myślałem, jak tu odnieść się do ostatniego akapitu Pańskiego wpisu o “Codzienności całkiem innej…”. W sensie do tej myśli odnośnie samotności. Bo oczywiście jest to ważne i nawet nie wypada nie odnieść się do tego zupełnie. Problem jednak w tym, że żaden ze mnie życiowy mędrzec, więc co też mogę odpowiedzieć? Jedno, co mi się zdaje, a co oczywiście nie jest żadną myślą moją, a nawet jak na nie moją, to nie jest nawet myślą oryginalną, to tyle, że każda samotność, czy też z drugiej strony niesamotność, są do pewnego stopnia umowne. Ok, to trochę durne, bo niby jak ja na przykład mam być samotny, skoro każdego dnia ukrywam się w kiblu metr na metr, żeby chociaż udawać, że nie jestem zewsząd otoczony przez ludzi. No, z obiektywnego punktu widzenia jestem bardzo niesamotny. Ba, nawet z tego subiektywnego jestem przeważnie mniej samotny, niż bym sobie tego życzył. Z drugiej jednak strony, w głowie swojej siedzę tylko sam ze sobą i nikogo tam ze mną nie ma. Oczywiście, uczeni jesteśmy tej naszej wspólnotowości. Że to niby podstawową komórką społeczną jest rodzina, a pojedynczy człowiek to część tej komórki. To samo z narodem, z rasą i całą masą innych zbiorów, których częścią niby to jesteśmy. Częścią. Elementem. Takim puzzlem z wypustkami i ubytkami. Klockiem. No i tak, tak , wiem i rozumiem. Człowiek, istota społeczna. Nie mniej, jak tak popatrzę na to prosto, swoim chłopskim… no ok, niech będzie “małomiasteczkowym” wzrokiem, to zawsze widzę jednak ten łeb nieforemny, prostokąt tułowia i cztery kreski kończyn (czasem mniej). Człowiek, jeden, nawet jak w stadzie stoi w kolejce do “Manekina” czy do tej apteki na Ursynowie, co to ma promocje na leki ciągle. Sam, jeden człowiek.  I oczywiście, dzieci dają nadzieję na to, że jak przyjdzie Panu srać pod siebie, to może tyłek podetrze Panu własny syn, a nie anonimowa pielęgniarka, ale z drugiej strony, to jak będzie Pan już na tym etapie, to czy będzie to Panu robiło różnicę, a jeśli będzie, to czy jednak nie uzna Pan tej opcji z pielęgniarką za zwyczajnie lepszą (nie wiem, czy na końcu tak długiego zdania powinienem postawić znak zapytania, ale postawię)?  Dobra, chyba to komplikuję niepotrzebnie. Otóż doceniam życie rodzinne i nawet czerpię z niego sporo satysfakcji (jak się nad tym tak głębiej zastanowię). Zwłaszcza dzieci sobie chwalę (bo z żoną to wie Pan sam, jak to bywa). Chciałem tylko przestrzec, żeby nie wpadał Pan w pułapkę idealizowania pewnych stanów, które w obecnej chwili są Panu dalekie, tylko dlatego, że... w obecnej chwili są Panu dalekie.

Myślę też, że może Pan nawet skorzystać z przywileju marynarskiego i płodzić dzieci w różnych portach, co jest o tyle logiczne, że w przyszłości, kiedy poczuje się Pan samotny, nie będzie Pan musiał czekać na powrót do Polski, tylko wyjmie Pan mapę, obejrzy ją dokładnie, a potem rzuci do swojej załogi “Cała naprzód Majtki! Kierunek Stavanger! Dziś wieczorem piję piwo z moim synem Ingeborgiem!”. Oczywiście powie to Pan w tym swoim morskim slangu, którego nie znam i tylko jeśli akurat będzie Pan na Morzu Norweskim. Bo jeśli akurat będzie Pan w okolicach Rogu Afryki, to wtedy krzyknie Pan “Manewrujcie żywo między tymi piratami moje Majtki, żebym jeszcze przed zachodem słońca mógł zasiąść do stołu z Aminą, Bashirem, Muną i Quadirem”. Generalnie, sam Pan widzi, że możliwości są nieograniczone.

Przypomniało mi się teraz, że ostatnio Pana obgadywałem i faktycznie, jak się o Panu mówi, to zaraz wyskakuje ta kwestia zapuszczania korzeni. Jedni twierdzą, że Pan ucieka, inni, że jest Pan wiecznym chłopcem. Jedni, że Pan tych korzeni zapuścić nie chce, inni że po prostu nie może. Mnie się zdaje, że nie tylko by Pan mógł, ale jeszcze mógłby Pan się w tym odnaleźć i być całkiem z tego zadowolonym. Z tym, że przy innych, nawet mniej oczywistych scenariuszach życiowych, pewnie też Pan będzie w miarę zadowolony. Taki plus bycia tym nowym wcieleniem Greka Zorby.

Podsumowując - rzewny był ten kawałek o budzeniu się w środku nocy zupełnie sam i myślę, że u kilku dziewcząt mógł Pan uzyskać parę punktów bonusowych w kategorii “biedny Derwi”, ale mnie jakoś szczególnie Pana nie żal. Nadal jest Pan podróżującym łowcą przygód, a ja biurową kurą (to “w” zbędne odrzuciłem w ostatniej chwili), więc przynajmniej na razie nie ma Pan źle (poza tym materacem… chociaż w sumie nasz przeżył dwójkę małych dzieci, więc w kategorii “obleśny materac” pewnie mamy remis). Poza tym pomyśli Pan o tych rodzinach w marynarskim stylu - to może być ten złoty środek.

Pewnie Panna J. nie pochwali mnie za takie rady, a najpewniej jeszcze posądzi mnie o rasizm. Nie mam pewności, dlaczego, ale podskórnie już czuję, że coś, co napisałem, nie było tak całkowicie na miejscu. Cóż, publiczne wypowiedzi to w tych czasach  stąpanie po polu minowym, ale to już początek zupełnie nowego tematu.

Zatem pozdrawiam - niech Pan nie robi drzemek popołudniowo-wieczornych, to nie będzie się Pan budził w środku nocy (u Antka to działa).

Paweł D.  

piątek, 26 stycznia 2018

Codzienność całkiem inna, a ta sama

 Szanowny Panie,

z pańskiego listu wnoszę, że bawią Pana porównania naszych odmiennych codzienności. Moje przygody z piekarzową, szwedzką koleżanką, gdzieś na antypodach polskości, wydają się być może kolorowe, ale Pan doskonale sobie zdaje sprawę, że wszystko zależy od kąta patrzenia i oczu, które widzą. Postanowiłem – może nie naśladować – ale jak tylko umiem opisać Panu moją codzienność, całkiem inną, a jednak tą samą co sprzedawana na Fandze.

Siódma rano i kac. Oczywiście, że kac może być dobry, niemy świadek wczorajszej zabawy, a jednak jego siła spotęgowana przez cholerne nurzanie i myszkowanie łajby, dobija jak młotkowanie kciuka. Dlatego to on mnie budzi, a nie B., który wparowuje do kajuty, zapala światło i krzyczy do Nieba, że śniadanie na stole. Kac. Łeb. Ból.

Odsuwam zasłonki. Staram się o nich nie myśleć. A jednak ich wewnętrzna strona mnie obrzydza. Ktoś przede mną je podpalił, ktoś coś w nie wytarł i pewnych fragmentów tych zasłonek po prostu nie dotykam. Nic prostszego, aby je uprać, bo kto wie, co i gdzie w nie wycierał. Ale jak je tylko ruszę, odsznuruje, rozpadną się z pewnością. Wiszą bardziej na zasadzie umowy pomiędzy użytkownikiem a zapięciem. Grawitacja jakoś nie zwraca uwagi, na ich utrzymywanie się w powietrzu, ale mam wrażenie, że jak ich dotknę, będzie po ptokach. W zasadzie o tej swojej przestrzeni prywatnej myślę w jak najlepszy sposób, ale czasem przypominam sobie, jak zaplamiony jest materac. Tej strony od dołu po prostu się boję. Tej od nóg nie zauważam, a lekka plama przy głowie, to przy tamtych, zupełny pryszcz. Co tydzień zmieniam prześcieradło i nieprzepuszczający potu pokrowiec. Ostatni wymóg kapitana. Chwała mu za ten pokrowiec.

Pierwsze poranne kroki kieruje do wspólnej łazienki. Korzysta z niej dwudziestu pięciu mężczyzn. Składa się z czterech toalet, trzech prysznicy, jednego pisuaru, dwóch umywalkowych rynien, przy których jest w sumie dziesięć stanowisk.
Parę lat temu w Boliwii, w publicznej toalecie pewnego targowiska, na którym dostałem rozwolnienia żołądka, oduczyłem się obrzydzenia siadania na desce klozetowej. No ale trzeba przyznać, że nie jest to najprzyjemniejsze uczucie siadać po kimś na ciepłym kibelku. Z pisuaru śmierdzi moczem, tak że oczy łzawią. A gdy szczotka do zębów wpadła mi do rynienki umywalkowej, po prostu ją wyrzuciłem, bo wyparzanie nic by nie dało. Odpływy w prysznicach są zatkane, więc stoi się w wodzie po kostki, zanim wszystko spłynie. Nikt o zdrowych zmysłach i pod nakazem tortury nie wyciągnie syfu z syfonów. Proszę pamiętać, że korzysta z nich ponad dwadzieścia zdrowych, zdolnych do reprodukcji mężczyzn. Co można znaleźć w tym syfonie? Niech zostanie tajemnicą. Napomnę tylko, że dziewczęta boją się wejść do męskiej łazienki, bo twierdzą, że samo tylko powietrze zapładnia.

Śniadanie. Codziennie jajka. Na twardo, miękko, sadzone w dwojaki sposób (ścięty, rozlewające się żółtko), raz w tygodniu – w niedzielę – jajecznica. Do tego chleb. Do tego ryż. Do tego, czasem zupa (Filipińczycy jedzą zupy na śniadania). Zielonego mało. Ograniczam się do dwóch jajek w ciągu tygodnia. Inaczej cholesterol murowany. Kupuje sobie płatki owsiane i je wcinam. Czasem starcza mi suchy chleb. To smutne, bo ja lubię śniadania Lubiczów, wystawne, z wyborem i owocami. Takie mamy, ale po dziesiątej, gdy schodzą delikatesy ze stołów gości. Cóż, jedzenie po kimś nie skończyło się wcale w dziewiętnastym wieku. Ma po prostu klimat, do którego trzeba przywyknąć. No ale są i tacy, którym wystarczy kawa, a chyba Pan do takich należy – mamy lurę. Messman nie czyści ekspresu przelewowego, albo inaczej, czyści ale raz na półtora tygodnia. W efekcie pić się tego nie da. Radzimy sobie, zaopatrując się we własną kawę, albo – ale o tym cicho sza – podkradamy napój z pentry dla pasażerów. Cóż, nie ma być z czego dumnym, ale wyjścia za bardzo nie mamy.

Za pięć ósma do pracy. Ja wiem, że na powietrzu i rozbujanym morzu. I ja nie narzekam, bo przecież sobie taką pracę wybrałem. Ale może Pan nie dostrzegać niuansów, gdy stoi Pan przed synem i szuka argumentów na potrzebę porannego ubioru. Stoimy sobie wspólnie na pokładzie i czekamy aż bosman rozdzieli pracę. Jak ma dobry humor, przydzieli coś interesującego, powiedzmy – odrestaurowanie drzwi kajuty pasażerskiej. Jak ma zły humor, nakaże walczyć z karaluchami, jakąś zabójczą chemią, od której mam potok gilów z nosa, albo segregować śmieci. Praca też nie jest taka, że tak powiem dowolna. Pracuje się tak, żeby do przerwy, zaiwaniać ile bozia dała. Znaczy bez gadania, jęczenia, ślamazarzenia się, bez kontroli internetu, bez spacerów, ploteczek, bez wszystkiego co jest dookoła pracy na lądzie. Po prostu należy robić. Czasem pokrzykuje Speed up, speed up, albo Why are you move like a pregnent woman?, No more bla bla, work. Itd. Zadaniem naszym jest pracować odrobinę wolniej, niż sam bosman, który dobrze wie na co ile schodzi. Doskonale wie, że polerowane zajmuje tyle a tyle, a malowanie czy usuwanie rdzy tyle a tyle. Chodzi z zegarkiem w głowie i mierzy, liczy, pośpiesza, sprawdza, analizuje. Jest dokładny, upierdliwy i wspaniały. Bardzo go lubimy.

W zasadzie godziny pracy są określone od 8 do 17. Ale oczywiście to morze, więc na przykład dzisiaj moja wachta pracowała od szóstej rano. A wachta kolejna będzie robiła do 18. Do tego doliczyć należy obowiązki, czyli minimum dwie godziny w nocy.

Jestem tutaj jako cadet, więc powinienem oprócz normalnej pracy dodatkowo: przychodzić na mostek, aby w praktyce poznawać pracę oficera; uczyć się teorii np. MPDM-ów (przepisów drogowych na morzu, trzeba je znać na pamięć, na wyrywki), szkolić angielski (szczególnie profesjonalne zwroty). A przecież zaraz po pracy, powiedzmy po tej godzinie 1700 jest tłustawy, bo tłustawy, ale obiad. Po posiłku chciałoby się położyć na chwilę. Brudnym? No może szybciej prysznic. Prysznic? A trening! To może jednak uciąć sobie drzemkę. Przysnąć. A potem obudzę się w środku nocy. W ciasnej koi na pięterku, za obrzydliwymi zasłonkami. W ciemności, zagubionym. Nie do końca zdaje sobie sprawę, gdzie jestem. A jestem sam. Daleko od bliskich. W niewygodnym posłaniu. Z pełnym obowiązków i zadań dniem, które tak naprawdę znikną, gdy tylko zejdę z tego statku. Przygody i miejsca. Ludzie i zapachy zostaną w pamięci. Ta wyblaknie i znowu zostanę sam, kiedy wszyscy dookoła mają już klocki na podłodze, córki na ramionach, skarpetki nie do pary na nogach w pracy.

Ukłony

Stefan W.


poniedziałek, 22 stycznia 2018

Dynamika bezruchu

Szanowny Panie,

przed napisaniem tego maila jeszcze raz przeczytałem Pana list, żeby przypomnieć sobie do czego się odnieść. Następnie poszedłem do kuchni i wyjrzałem przez okno. Ze wszystkich stron kamienice. Daleko Pan oka nie zapuścisz. Poszedłem więc na drugą stronę, do pokoju, na balkon. Rozejrzałem się. Z trzeciego piętra nie widać zbyt dużej części miasta. Po drugiej stronie Pan Henryk (ten, który sprzedał Panu kiedyś ”Annę Kareninę”, o ile dobrze pamiętam) stoi już na balkonie swojej bezokiej i kostropatej willi mokotowskiej. Zaraz wejdzie do środka, rozpali ognisko na środku salonu i będzie czytać książki do późnej nocy. Szcześciarz. Patrzę dalej. Z prawej stoi ten nieszczęsny ochroniarz przed furtką sąsiedniej willi i myślę, że musi umierać z nudów. Stoi tam rano i wieczorem, a w okolicy nie dzieje się zupełnie nic. Pół życia tak przestoi. Najgorszy zawód świata. Żeby mógł chociaż sobie łazić dokoła, ale on tak z tej furtki tylko na ulicę zerka. Myślę, że nogi go świerzbią. Poszedłby gdziekolwiek. Prosto przed siebie. Tymczasem robi kilometry przestępując z nogi na nogę, spędzając większość żywota na czterech metrach kwadratowych ogromnego świata. Odwracam ze smutkiem wzrok w lewą stronę. W budynku narożnym na parterze mieszka taka rodzina, co to firanek nawet nie ma. Zawsze mam wyrzuty sumienia, że ich podglądam, ale trudno tego nie robić, kiedy nic tego patrzenia nie utrudnia. Z drugiej strony chyba nie mają nic do ukrycia – są niemal idealni. Wszyscy atrakcyjni, dobrze ubrani nawet w sytuacjach prywatnych i często się uśmiechają. Na ich miejscu też bym firanek nie zakładał (w zasadzie to nie mam firanek, ale my mieszkamy na trzecim piętrze, a to przecież różnica).

Z balkonu naszego nie zobaczy Pan wiele więcej. Kilka burych budynków. Samochody naćkane po poboczach. Ejtisową czerń mokrego asflatu, szarawą biel miejskego śniegu i drzewa ziemistej barwy, niezdrowej, które to podrygują niemrawo przy bylejakich ruchach warszawskiego powietrza. Ha, powietrza! Smogowej breji. Wartość pyłu zawieszonego PM 2.5 przy ulicach Marszałkowskiej, Al. Niepodległości i na Ursynowie osiągnęły poziom czerwony z wartościami 344 proc. 324 proc. i 252 proc. (dane na wieczór 20.01.2018 r.).

Taki to widnokrąg. Świat się kończy za sto metrów. Wsuwam głowę z powrotem do budki. Niezdrowo oddychać tym co na zewnątrz (chociaż to logiczne przecież, że wewnątrz to powietrze nie dużo lepsze). Może to ten szum medialny, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mi to szumi w płucach. I głowa od tego boli. Wielu rzeczy z tych podróży Panu zazdroszczę, ale powietrza chyba najbardziej. Przynajmniej ostatnio. Aż się nie chce dzieci na dwór puszczać, ani też samemu wychodzić. Biegać już dziś na przykład nie pójdę. Z Gastro co najwyżej na spacer, w prawo w Narbutta, aż do Wołoskiej, poźniej na drugą stronę ulicy i powrót wzdłuż budunków Politechniki. Prawdziwe chodzenie czeka mnie pewnie w nocy, bo Irmina została wczoraj brutalnie odstawiona od piersi i niewymownie cierpi. Trudno się dziwić zresztą. Budzi się zatem z krzykiem i nie bardzo mamy patent na uspokojenie jej. Wydaje się jednak, że mi idzie nieco lepiej niż J. bo nie czuć ode mnie mlekiem. Chodzę zatem po ciemku z Irminą na rękach, próbując wprowadzić ją w stan uśpienia na tyle głęboki, że dziecię nie rozbudzi się przy odkładaniu do łóżka. Chodzę... walczę o życie swoje i córki. W przedpokoju wpadam na buty Panny J. zostawione na samym środku korytarza. Potykam się. Upadam (chciałbym dodać „po raz pierwszy”, ale to oczywiście nie na miejscu). W pokoju staję na klocka lego (a każdy mężczyzna wie, że to ból gorszy niż podczas porodu), zagryzam jednak wargi, wiem, że muszę to przetrwać. Wszak delikatne dziecko na rękach noszę. Później przypadkiem kopię żółtego, twardego misia, który zaczyna wydawać z siebie przeróżne odgłosy. Najpierw gra, a później coś gada. Przestaje, ale tylko po to, żeby za kilkadziesiąt sekund dorzucić złowieszczo „Jesteś tam jeszcze?”. Obiecuję sobie, że rano zaniosę go do piwnicy i będę okładać młotkiem, aż ta pozytywka wyjdzie mu na wierzch. Kiedy już wychodzimy swoje, to zostaje jeszcze przeniesienie siebie, a przede wszystkim Irminy, z pozycji wertykalnej do horyzontalnej. Łatwe? No nie bardzo. Na kolanach się wsuwam na łóżko, wolniusieńko, ale po ruchach ciała Irminy już wiem, że ona wie, że będzie odkłdana. Bujam się zatem na tych kolanach jak dureń i udaję, że chodzę, chociaż nie chodzę przecież. I niby dla niej przecież nie powinno mieć to znaczenia, a jednak z jakiegoś powodu ma. I jak robię szybkie przemieszczenie z pozycji klęczącej na leżącą, to się budzi oczywiście i wszystko trzeba zaczynać od początku, bo płacze i cierpi. I znowu się chodzi, i się buja, i się przewraca, i się podnosi, i się odkłada, i się pada obok, i się zasypia z ramieniem przez dziecko przygniecionym. Za chwilę oko mi się otwiera i myślę sobie, że przecież chciałem poczytać jeszcze lub napisać do kolegi, który gdzieś na oceanie tańczy z Panią Piekarzową, ale w sumie to jest ciepło i w miarę wygodnie, a ja jestem zmęczony. I niby dobrze byłoby się przebrać w pidżamkę, zrzucić Iminę z lewego ramienia, pozbyć się pięty Antka wwiercającej się w prawą nerkę i szturchnąć Pannę J. W boczek, żeby chrapać przestała... niby.

Rano wstanę gwałtownie, w poczuciu pełnego niedoczasu. Będę ubierać się naprędce, szukać dwóch takich samych skarpet (i tak założę w końcu dwie różne), będę prasować, będę przeklinać.

Mam nadzieję nie pokłócić się z Antkiem przy ubieraniu. Mam obawę, że to się nie uda.
Mam nadzieję, że jutro dzień będzie dłuższy, a ja bardziej wypoczęty.

Piszę. Kasuję. Piszę. Kasuję.Piszę. Kasuję.

Jeden krok naprzód. Jeden w tył. Czy jestem w tym samym miejscu?


Paweł D.