Szanowny
Panie,
niech
Pan mi szybko wyjaśni ten atawizm ludzki w kupowaniu papieru
toaletowego na zapas. Ja rozumiem wody, jedzenia z długotrwałą
datą przydatności, ale dlaczego srajtaśma? W Rossmanie na mojej
ulicy Międzynarodowej powieszono kartkę z napisem, że każdy ma
prawo kupić najwyżej trzy sztuki produktu, aby starczyło dla
wszystkich. Pani sprzedająca poradziła nam, abyśmy skorzystali z
aplikacji i zamówili w ten sposób papier toaletowy. Dopiero wtedy
możemy być pewni, że nie zabraknie nam rolek. A przecież tyłek
można umyć pod bieżącą wodą.
Jeszcze
parę tygodni temu uważałem, że mój teść zachowuje się trochę
na wyrost. Już trzy tygodnie temu zaopatrzył spiżarnię w produkty
na trzy lata do przodu. Mój teść ma już m.in. czterdzieści
kilogramów cytryn, setki puszek, mięso dzika, szafy imbiru i 168
rolek papieru toaletowego. Zmartwił się bo nie kupił cynamonu, a
podobno to napar z miodu, cytryny, imbiru, goździków i właśnie
cynamonu wzmacnia organizm.
Teraz
uważam, że zrobiłem błąd. Powinienem się okupić jak mój teść.
Nie z powodu paniki. Nie z powodu faktu, że nasz rząd
systematycznie ogranicza przestrzeń publiczną, ale przede wszystkim
dlatego, że jeżeli mam na kogoś liczyć to na siebie. Atawizm.
Zmieniam zatem taktykę działania z jakoś to będzie, na dbam
o najbliższe otoczenie. Może uda się ograniczyć działalność
tego skurwysyńskiego wirusa i wszystko wróci do normy, tej szarej
codzienności, na którą tak często psioczymy, szybciej niż
przewidują epidemiolodzy.
A
może już nie wróci do normy? Może ludzie zmienią się. Zauważą,
że nie ma co ganiać za pieniędzmi, że czas z rodziną przy grach,
nauce liczenia i bajkach jest bezcenny. O, właśnie pierwszy raz w
historii zrobiłem z braćmi wideokonferencje. Nowa forma aktywności
społecznej, rozmowa z rodziną przez neta, plus gry podczas gadania
np. w jedzenie hamburegrów. Ludzie się zmienią. Wierzę w to.
Taa...
A
no właśnie. Powinienem ten wpis zacząć inaczej. Wczoraj o
trzeciej rano wstałem. O czwartej miałem pociąg do Poznania. O
0800 rano mój kolega mnie zabrał sprzed dworca. O 2000 byłem w
Belgii, gry premier Morawiecki powiedział o zamykaniu granic. W
dodatku wieści z Hiszpanii. Lawinowy wzrost zarażeń koronawirusem
w Hiszpanii. Koleżanka z Madrytu napisała, że na ulicach jest
wojsko. Hiszpania jest drugim po Włoszech krajem w Europie z ilością
zachorowań wywołaną tym małym świństwem. Zdecydowaliśmy się
wrócić. To była szaleńcza jazda. Dziewięć godzin do granic
Polski. Gdybyśmy nie zdążyli dojechać do północy z sobotę na
niedzielę, czekałaby nas dwutygodniowa kwarantanna. No ale pewności
nie mieliśmy, czy w międzyczasie czegoś nie wymyślą. Cisnęliśmy
zatem z powrotem. Dojechałem do Poznania o 0510. O 0535
miałem pociąg do Warszawy. Koledzy jechali dalej, do Trójmiasta.
Jak piszę te słowa, stoję w tunelu średnicowym przed Dworcem
Centralnym. Jest godzina 1000. Nie spałem od 31 godzin, nie licząc męczącego snu w pociągu, który sprawił że czuję się parszywie. Przejechałem 3100 kilometrów. I przywiozłem z tej wyprawy kleszcza w pępku. No i coś jeszcze, ale to opowiem kiedy się spotkamy. Proszę mnie podpytać.
W
tym czasie Karolina okupiła się już internetowo. Do wtorku
powinniśmy mieć pełną lodówkę. Poruszamy się tylko samochodem.
Nie odwiedzamy rodzin i przyjaciół. Barykadujemy się. Zrobiliśmy
też zapasy mrożonek i imbiru. Mamy kupioną wodę, gdyby w kranach
zabrakło. Wybraliśmy gotówkę z bankomatów. Bak mamy pełen
paliwa napędowego. Zocha ma karmę na dwa miesiące.
No i właśnie dzisiaj robiłem obiad. Przypomniałem sobie, że jak byłem w harcerstwie, mieliśmy całą kopę ziemniaków i kazano nam co rano je obierać. Pani, która nadzorowała naszą pracę bardzo się wkurzała, że za grubo obieramy. Wtedy myślałem sobie, że przecież tych ziemniaków jest od groma i nie ma co przesadzać. Nie rozumiałem jej. I teraz to się mi przypomniało. Gdy zdejmowałem z kartofli skórkę włączyło się mi myślenie, aby robić to jak najcieniej, dla oszczędności, aby Broń Boże nie zmarnować żywności.
Pozdrawiam
Stefan
W.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz