czwartek, 26 września 2013

Zasada zachowania pędu

Szanowny Panie,

wiemy, że pęd to iloczyn masy i prędkości ciała. I że to wektor. A w zasadzie wielkość wektorowa.

Proste. 

A wektor?

Wektor... istotny w matematyce elementarnej, inżynierii i fizyce obiekt mający moduł (zwany też – zdaniem niektórych niepoprawnie - długością lub wartością), kierunek wraz ze zwrotem (określającym orientację wzdłuż danego kierunku).

Czyli nie długość i nie wartość, tylko moduł. Ale czym jest ten moduł?

(...) Myślę że nie ma tu nad czym debatować. Wektory których najczęściej używamy w fizyce należą do matematycznie "przyzwoitych" przestrzeni Banacha, a więc przestrzeni unormowanych (w zasadzie są to przestrzenie Hilberta, gdyż są unitarne) i standardowa euklidesowa "długość" wektora (jakiegokolwiek) jest niczym innym, jak normą w tej przestrzeni. 

Tylko zaraz...

Przestrzeń unormowana – przestrzeń liniowa, w której określono pojęcie normy będące bezpośrednim uogólnieniem pojęcia długości (modułu) wektora w przestrzeni euklidesowej.

...

Przestrzeń euklidesowa - przestrzeń o geometrii euklidesowej... dalej, dalej... jest ona naturalnym elementem modeli świata rzeczywistego (łac. geometria = mierzenie ziemi) i stanowi dobre przybliżenie przestrzeni fizycznych w warunkach makroskopowych, jednak nie nadaje się do opisu rzeczywistości w bardzo małych, atomowych, lub bardzo wielkich, astronomicznych, wielkościach. Jednowymiarowa przestrzeń euklidesowa nazywana jest prostą euklidesową, zaś dwuwymiarowa – płaszczyzną euklidesową. Przestrzenie te nazywa się również przestrzeniami afinicznymi euklidesowymi w odróżnieniu od przestrzeni liniowych euklidesowych, znanych szerzej jako przestrzenie unitarne.

Afinicznymi??? 

Przekształcenie afiniczne - przekształcenie wzajemnie jednoznaczne zachowujące współliniowość punktów.

Acha. No mieliśmy to kiedyś u Pana Ż. Tak mnie się przynajmniej zdaje...

Przekształcenie wzajemnie jednoznaczne to przekształcenie, przy którym każdemu punktowi A w zbiorze X odpowiada dokładnie jeden punkt B w zbiorze Y i na odwrót — każdemu punktowi B zbioru Y odpowiada dokładnie jeden punkt A zbioru X.

Było to. Chyba pamiętam. Ale dla pełnego zrozumienia...

Nie! Moment - dla jakiego pełnego zrozumienia? W głowie mnie się już majda wszystko. Jak jest płaskie, to jest płaszczyzna. Jak wektor, to strzałka w jedną stronę. Pęd? Jak jedzie coś, to się mówi, że pędzi. Jak się zatrzymać nie może. Zachowanie pędu? Że jak uderzy już w coś, to coś, co pędzi, to to walnięte też pewnie będzie pędzić, chyba że to ściana, a w nią walnę np. ja.  Łbem walnę.  

Walnę łbem Panie Stefanie. Bo jak ja dziecku będę rzeczywistość tłumaczyć? Nie uczyłem się. Przyznaję. Byłem leniem. A teraz moje kompetencje w dziedzinie "wiedzy o świecie" są żadne. I kto na tym ucierpi? Ci co po mnie przyjdą. Moja krew. Syn mój ucierpi. Bo jak mu głupio wytłumaczę, co to jest ten pęd, to będzie tak to już głupio wiedział. Do czasu aż mu w szkole nie powiedzą, jak to jest naprawdę, a wtedy tylko wstyd będzie. Dla mnie (pal to licho) i może dla niego (a to już gorzej).

Kiedy dzieci zaczynają zadawać pytania? Bo mam do nadrobienia cały materiał z podstawówki i szkoły średniej :/ Maniana! A ile jeszcze lektur do przeczytania - fiu, fiu...

Paweł D.

czwartek, 19 września 2013

Samotna podróż

Szanowny Panie,

na co mi to wracanie całe? Nie lepiej ciągle być w podróży? Ciągle obcym, w obustronnym kręgu zainteresowania. Podróżuje z powodu ludzi, których spotykam. Nie lubię camperów - podróżowanie po widoczki, pocztówki ze skałami, lazurowym morzem, widokiem pasma gór. Daleko od miejscowych. A przecież dzieciaki kąpiące się w jeziorze, dziewczyny czekające na podryw, rozrabiające chłopaki, babcie opowiadające swą młodość... podróż. Być blisko ludzi - na tym polega podróż. Jestem obcy w tym świecie. W zasadzie świat taki sam jak Warszawa, ale tutaj zawsze jestem "swój". Niech Pan nie zrobi mojego błędu i nie stara się być "swój" w obcym miejscu. Nigdy tego Pan nie osiągnie, przy okazji w pełni nie zazna Pan możliwość bycia Innym. Wtapiać się w tłum można, ale w Londynie. Wszędzie indziej już kolor skóry, chodu, odpowiedzi na zadane pytania zdradza, że jesteśmy nieswoi. A obcy są obiektem zainteresowania. Mamy z nimi krótko do czynienia, więc interesuje ich fizyczność: nosy, włosy, wzrost i zapach. Tubylcy zainteresowani są także naszym rodzinami (zawsze trzeba mieć zdjęcie najbliższych przy sobie). W końcu historia. Proponuje wziąć do ręki dzieło Homera. 

"Skąd jesteście przybysze? Skąd płyniecie po wodnych drogach? Czy w jakiejś sprawie, czy tak bez celu włóczycie się po morzu jak zbóje i narażając swą duszę niesiecie zgubę obcym stronom"
 
Gdy Odys trafia do jakiegokolwiek miejsca musi odpowiedzieć na to pierwsze pytanie. A zatem podróż u starożytnych Greków musi posiadać cel (o tym już Pan pisał), każde inne wyjechanie jest zwyczajnym włóczęgostwem. Niepotrzebne, wręcz złe dla tej osoby "narażając swą dusza" a także dla stron odwiedzanych, obcy może nieść zgubę. Po pierwszym pytaniu, zawsze jest prośba do Odysa, aby opowiedział swoją historię. Właśnie z opowiadań obcych uczymy się o świecie. Obcym jest być fajnie. Czemu zatem zatęskniłem i wróciłem?

Może z powodu samotności? Chciałem samotnie podróży dokonać, nie wiedziałem o tym, ale teraz już wiem, bo przeczytałem w Wyspach Samotnych, Łysiaka zdanie Federico Felliniego:

"Należy zrehabilitować pojęcie samotności. Samotność nie w sensie odizolowania, raczej dialogu wewnętrznego z samym sobą". 

I czy ta moja podróż nie była sposobem na samotność? Mimo tego, że nie stroniłem od ludzi, to przecież czułem się sam. Miałem czas dla siebie. Podróżowanie nie jest do końca odpowiedzią. Hans Christian Blumberg w "Syndromie Adamsa" pisze:

"Kto marzy o dalekich wyspach, powinien poznać ich pustkę (...) Wyspy nie są bezpieczne, Marzenie o wyspie jest złudne". 

Nie ma zatem idealnego rozwiązania. Trzeba jednak samotności czasem w życiu wypróbować, żeby potem wrócić do żywych i znów być swój, ale czy rzeczywiście po powrocie z podróży jesteśmy tymi samymi ludźmi, jesteśmy "swoi"? Nie. Oczywiście, że nie. I dobrze.

Ciao
Stefan W.

poniedziałek, 2 września 2013

Podróż

Szanowny Panie,

wciąż jestem pod wrażeniem Pańskich opowieści. Tak, to była podróż. Mówi się, że każdy bohater musi mieć swoją podróż. Przyjmując, że jest Pan głównym bohaterem opowieści o Stefanie W. można  chyba przyjąć, że to była ta pańska podróż. Piszę "ta", bo żeby podróż była podróżą, a nie zwykłą wycieczką, to bohater musi przejść przemianę. A Pan przemianę przeszedł. I nie ukrywam, że nawet tylko z perspektywy widza, którym przyszło mi być, jest w tym coś fascynującego. Pytanie: co dalej? Czy faktycznie rozpocznie to nowy etap w Pana życiu? Ciekawi mnie niezmiernie, jak to przepoczwarzanie się zakończy.

Wczoraj obejrzałem dokument Herzoga o człowieku, który przez trzynaście kolejnych lat spędzał cały sezon letni na Alasce, żyjąc wśród niedźwiedzi grizzly. Nazywał się Timothy Treadwell. Pierwszy raz wylądował w Parku Narodowym Katmai w 1990 roku. Po raz ostatni w roku 2003. Pewnie pojawiałby się tam także w kolejnych latach, ale podczas tej ostatniej wyprawy, w nocy z piątego na szóstego października jego obozowisko zaatakował wygłodzony grizzly. Miś zabił Treadwella i jego konkubinę, a później pożarł ich prawie w całości. Sam nie wiem dlaczego, ale film ten jakoś bezwiednie kierował moje myśli ku Pańskim tułaczkom. I teraz pewnie wszyscy pomyślą, że chodzi o to, że uważam, iż jak Pan tak jeździ, to sam Pan się guza prosi. Oczywiście pańska przygoda z naćpanymi rabusiami potwierdza, że to też, ale mnie chyba nie o to chodzi... Tylko o co mi chodzi?

Chyba tak najprościej to o poszukiwania. Treadwell nie jest podobny do Pana chyba pod żadnym względem. To tak naprawdę głupi dziwak. Nie wzbudza mojej sympatii. Niewydarzony ekolog. Były narkoman, były alkoholik. I co on właściwie robi? Próbuje zostać niedźwiedziem. Na dodatek ma irytujący głos, którym to wciąż powtarza, jak to bardzo kocha wszystkie misie i lisy. Jest w tym taki pozytywny, że się niedobrze robi (no... może w tym ma coś z Pana). Najgorsze, że ma jakieś paranoje - myśli, że na tej Alasce są tysiące kłusowników, którzy tylko czyhają na biedne grizzly (co podobno nie jest do końca prawdą). No i ma manię prześladowczą. Mówi, że jest jedynym obrońcą niedźwiedzi, ale tak naprawdę nie wiadomo, czy to co robił, w jakikolwiek sposób przyczyniło się do poprawy życia zwierząt w parku Katmai. Po pierwszych minutach Grizzly Mana (bo tak nazywa się film) byłem nieco zdezorientowany. Czy naprawdę warto oglądać film dokumentalny o wariacie, który filmował niedźwiedzie? Wie Pan, ja nie jestem wielkim fanem filmów przyrodniczych. Nie wiedziałem zatem, czy będę w stanie docenić pracę, jaką wykonał Timothy Treadwell. Bo to, co faktycznie robił, i co bezsprzecznie jest dla świata wartościowe, to filmy. Takie przyrodnicze w zasadzie. O niedźwiedziach, o lisach, o Alasce. Ale właśnie, czy to mnie interesuje? No trochę średnio (chociaż pojedynek dwóch grizzly nakręcony na jednym ujęciu był niesamowity). Okazało się jednak, że te wszystkie pozostawione przez Treadwella taśmy, to nie tylko obrazy zwierząt i natury, lecz także bardzo ciekawy obraz człowieka. Herzog, który w filmie Grizzly Man odgrywa także rolę narratora, mówi w którymś momencie coś takiego: Mimo czynionych póz, kamera była jego jedynym towarzystwem. Instrumentem do badania dziczy dookoła. Ale stała się czymś więcej. Zaczął nią analizować swoje wewnętrzne "ja", swoje zmartwienia, radości. Stojąc przed obiektywem, właściwie odbywał spowiedź. Przeglądając nagrania z różnych lat, poszczególne elementy, układają się w obraz poszukiwania siebie.

I ponownie - Timothy Treadwell. Niefajny i irytujący, ale jednak fascynujący. Nie dlatego, że żył z niedźwiedziami. I nie dlatego, że go w końcu zabiły. No tak, to pewnie też, ale trzymam się tego, na co wskazał reżyser, czyli że Grizzly Man - chyba zresztą zupełnie nieświadomie - namalował obraz mężczyzny (może powinienem napisać ogólniej - człowieka, ale jednak mężczyzna pasuje mi tu bardziej). Kim jest on (mężczyzna, Treadwell)? Poszukiwaczem. To nie zagadka. Herzog wskazał na to jednoznacznie. Poszukiwaczem na wielu płaszczyznach zresztą. Podąża nieznanymi szlakami, tropi niedźwiedzie, odnajduje ich legowiska, miejsca ich łowów. Czy szuka sensu, poczucia misji, szczęścia? Oczywiście. Nawet udaje mu się je odnaleźć, a przynajmniej wszystko na to wskazuje. Czy szuka swojego miejsca na świecie? A jakże. Ale do diabła z tym!  Mnie nie chodzi o szczęście. Mnie o te poszukiwania chodzi! Nie o to, że zawędrował na Alaskę, ale o to, że jakiś były aktorzyna zawędrował na Alaskę. Jak wielką drogę przebył? Jak potężne zmiany musiały nastąpić w nim samym, żeby dotarł tam? I "tam", to nie znaczy na Alaskę. Tam, to znaczy, w miejsce, które powinno być dla niego tak nieodpowiednie, a okazało się tak odpowiednie.

I wracam. Do podróży, czyli do zmiany. Ruchu. Treadwell, jeśli dobrze zapamiętałem, stwierdza, że jest żywy. Stawiając się w opozycji do wszystkich innych praktycznie. Do martwych. Bo wyruszył na wielką, niebezpieczną przygodę, przekroczył granice, których nikt nie przekroczył i odnalazł swoje miejsce. Uważał nawet, że Bóg musi być z niego zadowolony, bo to co robił, było dobre. Myślę sobie: chuja tam - może i miejsce dla siebie odnalazł, ale Bóg to wcale z niego zadowolony pewnie nie był. Przecież się przeliczył. Nie tylko zginął, ale zaciągnął na śmierć niewinną dziewczynę. Zatem nie był chyba dobry. Raczej dziwny. Ale mniejsza z tym. Żywy był. Żywy. Tegu mu odebrać nie mogę.

Czy można logicznie doprowadzić do spotkania Timothy'ego ze Stefanem? To pewnie Pan mógłby odpowiedzieć na to pytanie, a nie ja. I ja wcale nie chce, żeby Ci bohaterowie spotkali się ze sobą. Chodziło mi tylko podróż. O proces sam. Pewnie to kwestia chwili, bo akurat wrócił Pan i zaczął mówić. I zrozumiałem, że chociaż kiedyś stąpał Pan tymi ścieżkami co ja, czy inni Pana koledzy (nawet jeśli te ścieżki oddalone były od siebie o setki, czy nawet tysiące kilometrów), to tym razem poszedł Pan gdzieś, gdzie ja już nie widzę. I jeszcze powiedział Pan o tym, jak to na Pana wpłynęło, i ja nawet uwierzyłem, że tak jest w zasadzie, bo i zmiana ta bije wręcz od Pana. Hm... i nie pisałbym o tym wcale, bo niby po co. Toż to pańska sprawa niby. Tak myślałem. A tu nagle wypadł mi ten grizzly i sam Pan rozumie - nadał temu charakter zupełnie uniwersalny. Bo nagle dostrzegłem, że poruszenie, że podróż, że przemiana. I pomyślałem, że to nie jest wszystko tylko gdzieś i dotyczy tylko nie wiadomo kogo, ale to jest wszędzie i dotyczy każdego. To poruszenie całe. Tylko jednak bodźca czasem trzeba, wyjść trzeba poza jakąś granicę, żeby spojrzeć na to jakoś inaczej. 

Ach. Cholerne bzdety i mędrki! Nękają mnie i później to tak wychodzi. Może obejrzyj Pan po prostu ten film sobie, bo chyba warto. I wszystkiego najlepszego z okazji imienin. I miło, że Pan wrócił.

Motyla noga! O czym to ja pisałem?

Paweł D.

środa, 28 sierpnia 2013

Numer lotu...

Szanowny Panie,

a pies go lizał jaki to numer lotu miał być, fakt że do lotu nie doszło. Godzina 19.23 a my nie w samolocie, mieliśmy o tej porze wylecieć, a siedzimy w poczekalni. Patrz Pan nawet Niemcy w tej Brazylii się spóźniają! Duch południowo-amerykański zwyciężył nad solidnością berlińczyków. Dzięki Bogu jest dostęp do neta, bo siedzę już tu dwie godziny i piekielnie bym się nudził bez przeglądania Wykopu, JM i innych pierdół. Godzina 20.20 - wychodzi kapitan. Nietypowo - myślę, ale nic nie rozumiem. Bo młodziutki blondasek o niebieskich oczach, który miał mnie bezpiecznie dowieźć do Europy rozgadał się po niemiecku. Proszę o tłumaczenie. Słyszę... bateria nie działa! Ale nie mam się martwić, bo właśnie leci do nas nowiutka, świeżutka bateria z Frankfurtu wraz z niemieckim, solidnym mechanikiem. Będzie tutaj za 20 godzin. Może za 24-28 wylecimy! Ludzie się burzą. A ja myślę, no to fajnie! Pewnie dostane materac na lotnisku i jakieś ciasteczka, albo nawet darmowy posiłek. He he... W czepku urodzony :) Zaraz zadzwonię do Melodii niech przyjeżdża, wzruszy się dziewczyna nad moim losem. Wiadomo, jak dziewczyny się wzruszają, to zdolne są do wszelkich poświęceń. Kapitan prosi o cierpliwość. Mamy odebrać swoje bagaże (mam trzy torby, dwie to same prezenty, moje rzeczy zajmują pół mojego plecaka :) i poczekać na autobusy do hotelu. Problem w tym, że w Recife jest konferencja i wszystko zajęte. Będziemy musieli pojechać jakieś 70 km za Recife. Wow... to jeszcze będę miał hotel i Condor (moja linia lotnicza) za wszystko płaci. Oby było to na plaży!!! Dostaję ulotkę z moimi prawami. Mogę np. chromolić Condor i kupić bilet w innej linii lotniczej - Condor powinien pokryć koszty!!! Mam Was bratanki, sąsiady. Teraz zemsta za dziadka w AK, za wojny, za ten trudny język, za Powstanie Warszawskie, za problemy Grecji, Hiszpanii, za Euro, za to że w nogę jesteśmy kiepscy, a wy tacy dobrzy. Zemsta będzie słodka i będzie Was kosztować. Lepiej żeby hotel był dobry!

Bagaże odebrane i czekamy w kolejce. Niemcy wbrew pozorom mają swoje granice cierpliwości i cztery godziny czekania trochę ich wyczerpało. Matki z dziećmi wzywają policję. Condor nie popisał się, na lotnisku nie podał przekąsek dla uspokojenia, ani nawet wody. Wyciągam orzeszki nerkowca i oglądam co się dzieje. Jestem widzem w filmie. W końcu są autobusy!! Matki jednak nie chcą wejść, bo policja nie przyjechała. Tutaj policja przyjeżdża czasem z 4 godzinnym opóźnieniem. Kobiety blokują drogę reszcie!!! Wzywają do solidarności. Jem orzeszki. Solidarność u Niemców? Nie te czasy. Wyskakuje paru wysokich chłopaków, bracia... i dalej najeżdżają na matki, że jeżeli mają ochotę sobie tu siedzieć to proszę bardzo, ale oni chcą do hotelu, więc niech dadzą im miejsce, matki w ryk, wspierają siebie rycząc na całe lotnisko, dzieci śpią im na ramionach. Zajadam się orzeszkami. w końcu przesuwają się o milimetr. Czekają na policję, my przechodzimy obok. Orzeszki się skończył. Autobus dowozi nas do dużego kompleksu. Jest basen, sztuczna rzeka, siłownia, widok na Ocean, zielona trawa, piwo w garści, leżaki w wodzie, sauna, ta wanna z bąbelkami na plaży (zapomniałem nazwy), palmy, rafa koralowa, o właśnie włączyły się sikacze-spryskiwacze na trawniku, śmieszne rurki wysunęły się z ziemi i nawadniają trawkę. Gość niesie skrzydło do windsurfungu!!! Myśli Pan, że można tu nauczyć się pływania na tym? Toż moje marzenie. Zaraz idę zapytać. Spać poszedłem o 2 w nocy, w telewizji nie ma kanałów porno, a przynajmniej są zablokowane. Dobrze, nie będę myślał o głupotach. Łóżko mam wielkości basenu olimpijskiego, nawet jakbym miał w nim damę, to trudno byłoby ją w tej pościeli odnaleźć. Jednak myślę o głupotach! Śniadanie pychota. Jestem trochę zawiedziony sokami (za bardzo rozwodnione) i kawa... ale w Brazylii kawa kiepska jest niemal wszędzie.

I co tu myśleć o tym Condorze? Niemcy się popisali. Mam nadzieję, że baterię nie naprawią przez tydzień!!! Trzymaj Pan za to kciuki i wy wszyscy kochani też...

Dłuższe wakacje (I love it)

Stefan W.

P.S. Oto zdjęcia mojego hotelu:

https://www.google.com.br/search?q=Summerville%20Beach%20Resort&oe=utf-8&rls=org.mozilla:pl:official&client=firefox-a&gws_rd=cr&um=1&ie=UTF-8&hl=pl&tbm=isch&source=og&sa=N&tab=wi&ei=LPEdUsjIGoitsATYpIDQDg&biw=962&bih=537&sei=NvEdUpjaGqO8sQSDx4DgAg

niedziela, 25 sierpnia 2013

Umysł roju

Szanowny Panie,

poranek łatwy nie był. Zwłaszcza Pannie J. szło się jakoś ciężko i co chwilę się zatrzymywała. Skłamałbym jednak twierdząc, że mnie szło się dużo lepiej. Jakoś co chwilę zadyszkę łapałem. Plan był taki, żeby wyjść o siódmej rano z Kazbegi (teraz to właściwie się nazywa Stepantsminda), tak do dziesiątej dotrzeć do malowniczo położonego monastyru Cminda Sameba, a później po kolejnych trzech, może czterech godzinach doczłapać się do lodowca pod górą Kazbek. Ale ruszyliśmy tak o wpół do dziewiątej,  a tak o dziewiątej trzydzieści już wiedziałem, że z naszego planu nici. Możemy zwalać na ciążę lub na złą organizację w grupie, ale myślę, że po prostu już nam się nie chciało tak nogami machać po prostu. 

Motywacji brak. Bo to żaden hardkor. Ludzie z dzieciakami na plecach tam włażą. Całe pielgrzymki. I do tego w dziewięćdziesięciu pięciu procentach Polacy. Cholera by to wzięła! To nikt już nie jeździ nad Bałtyk? Tak właśnie padło też moje dobre samopoczucie. Owcą jestem, niczym więcej. I z przerażeniem myślę - czemu właściwie chciałem pojechać do Gruzji? Myślałem, że pomysł był mój. Ale skoro wszyscy Polacy bez wyjątku wpadli na ten sam pomysł, to pomysł ten moim być nie mógł. Bo czemu i pan Kowalski z Grudziądza i pani Kamińska z Koziej Wólki? Kto za tym stoi? Kto nas do tego popchnął? Co to za idea ponadjednostkowa, czy może nawet ponadludzka? Media! - myślę sobie. Ale przecież telewizora nie mam, gazet nie czytam, radia nie słucham. Przecież bronię się przed myślą wspólną, a ta i tak mnie dopada i wysyła na wakacje jeszcze! Klęska, hańba! Już pal licho tę Gruzję. Przełknę tę gorzką pigułkę narodowej pielgrzymki pod Kazbek, ale co z moimi innymi życiowymi wyborami? Zaraz, zaraz - przecież ja sam... 

I się iść odechciewa, Panie Szanowny. No iść się po prostu nie chce, kiedy sobie Pan pomyśli, że to nie Pan idzie, tylko Pana prowadzą. I myślę, że ci inni to samo sobie myślą, bo wszyscy się kręcą tak wokół Cminda Sameba. Ale jak się kręcą? No bez energii, ponuro, bez składu i ładu, tak nie wiadomo dlaczego się tam kręcą. Przyjeżdżają nie wiadomo po co i łażą nie wiadomo po co. Wejdą, zrobią zdjęcia i zejdą, a niektórzy zjadą. I jest później na fejsbuku milion zdjęć spod Kazbeka. I pan Walczak i pani Kozłowska, a nawet i pan Grabczyński - wszyscy my byliśmy w Gruzji. Latem Polska żyła na khinkali i khachapuri, plażowała w Batumi i marszrutkami przebijała się przez południowy Kaukaz. 

A teraz siedzę i piszę. Ja piszę... to się pisze... my piszemy...

Pawły D.


niedziela, 18 sierpnia 2013

Bezkrólewie

Szanowny Panie,

zerwałem się na równe nogi, bo Grej zamęczył by wszystkich swoim poszczekiwaniem. Gastro wyczuł okazję, więc też zaczął mnie już obskakiwać, popiskując w tym samym czasie niezwykle irytująco. Spojrzałem na zegarek - 4:38. Powariowały te psy cholerne. Wracam do łóżka – pomyślałem przez chwilę. Na odwrót było już jednak zdecydowanie za późno, bo Grej zintensyfikował swoje niskie pohukiwania, a Gastro dla podkreślenia powagi sytuacji wszedł na jeszcze wyższe rejestry. Wciągnąłem niechlujnie bluzę i spodnie od dresów, które w ciemnościach udało odnaleźć mi się na podłodze. Nie pamiętam już, czy Grej zszedł sam, czy też trzeba go było znosić po schodach (bo nogi coś mu ostatnio odmawiają posłuszeństwa), ale co najwyżej pięć minut po moim gwałtownym przebudzeniu cała nasza wesoła trójka wytoczyła się na ulicę. Przez chwilę poczułem nawet, jakbym znów był wyrostkiem i nad ranem – doszczętnie zniszczony – wypadł z jakiejś spelunki w towarzystwie dwóch nowo zapoznanych dżentelmenów. Pierwszy, czarniawy i  już nieco leciwy, widać, że był w stanie nie lepszym od mojego, bo zaraz za furtką postanowił pozbyć się nadmiaru płynów. Zrobił to bezpretensjonalnie, tak że nawet podziw u mnie wzbudził. Ech, nie ma to jak doświadczenie. Z władz kpi sobie. Towarzyszy się nie wstydzi. Jak chce, to po prostu staje i sika. Bez skrępowania, ale też bez prostackiej ordynarności, która przecież zazwyczaj towarzyszy takim zachowaniom. W tym czasie drugi - znacznie smuklejszy i z pewnością trochę młodszy – nie wykazywał wcale porannego zblazowania. Przeciwnie. Odkrył w sobie chyba szczubaka, bo bez ceregieli rozpoczął bieganie z prawa na lewo i z lewa na prawo. Ale nie, że się zataczał, tak jak ja zwykłem to robić. Biegać zaczął, jak jakiś głupi. Wariat. Ludzi pobudzi. Nawet zakrzyknąłem na niego, ale ten już wyciął hen do przodu. Jak pies na łowach.

Szedłem zatem o tej nieludzkiej godzinie piątej drogą trochę zbyt nierówną, żeby móc nie myśleć o niej w ogóle, bo w nikłej poświacie poranka przez takie niemyślenie mógłbym się potknąć i zęby wybić, i próbowałem wydzielić z siebie część, która faktycznie daleka będzie od drogi, od poranka, od psów i skupić zechce się na czymś.

Mięso. Tylko mięso zalegało mi na niezagospodarowanych codziennością częściach mózgu. Holenderski naukowiec stworzył mięso z próbówki. To znaczy pobrał komórki macierzyste od krowy i wrzucił je w jakąś żelową pożywkę, później traktował komórki ładunkami elektrycznymi i poddawał innym skomplikowanym zabiegom i komórki zaczęły się namnażać. I powstał mięsień, czy też kopia mięśnia. Tkanka powstała mięśniowa, ale bez tłuszczu i krwi. Później zrobili z tego hamburgera i zjedli go na wizji. I smakowali go. I wiedzieli naukowcy, że był dobry.

Koniec ubojni. Koniec hodowli. Koniec męczenia krówek, świnek i owieczek. Obniżenie emisji metanu do atmosfery o 40%, a dwutlenku węgla o 5%. I mniej pastwisk, jeśli te komuś przeszkadzają oczywiście. Zamiast tego lasy… lub coś innego. No i zdrowsze mięso, bo z takim składem, jaki zaplanują dla niego ludzie nauki.

Pewien polski naukowiec mówi, że obawia się tylko, że mięso nie będzie tak smaczne, jak prawdziwe (nie, że próbował tego, które wyhodowano teraz). No i wspomina też o tym, że w ludziach, co jest całkowicie naturalne, może pojawić się jakiś nieuzasadniony strach.

Idę. Piąta dziesięć. Rozbudziłem się. Grej jest starym, powolnym psem, co ma kłopoty z chodzeniem. Gastro jest średnio już młodym i bardzo niesłuchanym psem-neurotykiem. Ja jestem przedwcześnie obudzony i wciąż nie mogę znaleźć myśli. Potrzebuje krowiej komórki macierzystej, wokół której narosną mi idee, koncepcje, poglądy. Tymczasem – nie wiem, co tam Panie w polityce. Nie wiem i o piątej rano łapię się na tym, że wczoraj o szóstej popołudniu też nie wiedziałem. Niepokój.

Ze spaceru wróciłem, pospałem, zjadłem, obowiązki spełniałem. Musiałem o remoncie dużo gadać, aż od tego gadania poczułem, że już tylko chcę ten remont dokończyć i nie obchodzi mnie zupełnie, w jakim stylu to będzie wszystko zrobione, i czy będzie się komuś podobać, czy nie. Jak tylko nie muszę, to nie myślę, co tam jeszcze trzeba zrobić. Niepokój. O czym zatem myślę? Nie myślę?

Pójdę piechotą, jak król. Tam sobie przypomnę, o czym zazwyczaj mi w głowie huczy.

Panna J. mówi: …widz przypadkowy to taki, który odwiedza… ale chodzi rzadko w sumie do teatru… Szóste piętro… co jest jego głównym celem… ale jest to widz, który nie wie… ale jak budować, jakąś strategię… ale nie „Biedronki”… nie wiem, ciekawa jestem, jak to zrobić.

Panna J. zatem myśli. I chociaż, ja nie widzę całości, to czuję, że to może nawet koncept, i może ma szkielet. Nawet, nawet. Ach, niepokój, niepokój!

Siedzę w miejscu, do którego poszedłem piechotą. Zamykam oczy. Łapię kadry z komiksów. Jest olbrzym ze stalową skórą. Jest człowiek z kłami i pazurami. Ma jasne włosy. Jest też jeden, którego może sam wymyśliłem. Z brodą i w czerwieni. Skacze i strzela. I samuraj z mieczem i zmęczoną twarzą. No dobrze. Zatem ukierunkujmy to. Stwórzmy historię.

Człowiek z brodą i w czerwieni biegnie. I potyka się. Gonią go psy. Nie. Nie potyka się na płaskim. Spada ze zbocza. Ma pozdzierane łokcie, kolana. Jest skrajnie zmęczony. Nie mógł chodzić, a teraz musi biec. Więc biegnie, ale upada. Psy go doganiają. Dopadają. Musi walczyć o życie. Jednego trafia kamieniem. Z drugim się szarpie dłużej, ale zwycięża. Szkoda mi tych psów. I co dalej? Ma nauczyciela. Takiego chudego, z głową sępa. Ten jest zły niby, ale później będzie szary, czyli taki dobry, co go się najbardziej lubi. Ale tego jeszcze nie wiemy. Samuraj ma córkę. Człowiek z brodą ma młodszego brata, co wygląda jak Wilku WDZ z Hemp Gru. Brat jest gangsterem. Człowiek z brodą był złodziejem, a wcześniej gangsterem, a teraz już niczym nie jest, bo miał wypadek i dopiero będzie odkrywał siebie na nowo. Zimno mi w tyłek.

Zamykam za sobą drzwi i człowiek z brodą i w czerwieni znika. I zamykam oczy, żeby jeszcze sprawdzić, czy na pewno go nie ma, ale nie ma go, i nie ma też samuraja. Ani olbrzyma ze stalową skórą, ani tego z pazurami. Nie ma i nie ma. Nawet rysunkowej wersji rzeczywistości. Obraz jest zdecydowanie zwyczajny. Wersja fabularna. Zatem to nie to huczy. To nie jest komórka macierzysta. Z niej nic nie powstanie. I niepokój, i strach.

Tylko mięso, znów to mięso. Namnażają się komórki. Wielki kotlet w żelowej pożywce. Rośnie mięso, połacie kotleta. Rozrasta się mięsień bez krowy. Kołdra z mięsa. Mięso, mięso, mięso. Pokrywa lasy, łąki, góry. Kopuły świątyń i nawet Pałac Kultury i Nauki. Wszystko pod mięsem. Wszystko mięsem. Mięso, mięso.


Są i łowcy:
-Przesuń to trochę w tamtą. Tak, żeby nie nachodziło na siebie.
-Nie nachodzi.
-Tylko tak popatrz… równo się rozpaliło?
-Dobrze jest. Szybko się robi. Ten jest już ładnie zrobiony.
-Tak, ten już jest ładnie.
-Trochę niech jeszcze poleżą.
-Zdejmę ten tylko. To trochę miejsca się zrobi. Może piwem podleję?
-Nie, nie… to szkoda. Ładne mięso.
-To może dołóż jeszcze te kiełbaski, jak jest miejsce.
-To nie kiełbaski, tylko kaszanka.
-Kaszankę.
-No, ale to też kiełbaski.
-Ale już ładnie dochodzi.
-Odwróć może na drugą stronę.
-Ten już wygląda dobrze.
-Ten też ładnie.
-Zaraz będą…
-Będą…

Mięso, uczta, paplanina. Bezkrólewie! Bezkrólewie!

Paweł D.

środa, 14 sierpnia 2013

Koliber Augustin

Szanowny Panie,

jeżeli szuka Pan raju na Ziemi musi Pan udać się do Bahii a dokładniej na półwysep oddalony 6 godzin jazdy od Salvadoru. Na końcu leży miejscowość Barra Grange. Prowadzi do niej jedna ziemista droga. Gdy leje zamienia się w bagnisko. Innym sposobem dostania się jest motorówka z Camamu. Barra Grange otoczone jest z trzech stron Oceanem. W zatoce można spróbowac windsurfingu, od strony oceanu jest kilka dogodnych miejsc surfingowych. A na samym czubku palma kokosowa, na której ktoś zawiesił hamak. Trochę dalej znajduje się rafa koralowa na tyle płytka, że za pomocą maski i rurki nacieszy Pan wzrok kolorowymi rybkami i innymi podwodnymi cudami. Jest też tam rzeka, którą podczas odpływu można przejść w wodzie po kostki. W Barra Grange mieszka Isis, kreolska nastoletnia piękność, która jednak posiadając chłopca, nie jest czuła na polskie wdzięki i umizgi. Mieszka też tam Zoe, czyli najlepsza szefowa kuchni, spejcalistka w przyrządzaniu rissotto z ośmiornicy, albo krewetek w sosie kokosowym. Jest to też miejsce Feza, który mimo że gada po portugalsku, to i tak nikt go nie rozumie, bo nie potrafi się pozbyć swojego amerykańskiego akcentu: piecze chleb, czasem brownie, pomaga miejscowej lalkarce. W Barra Grange poznałem T. – oddająca się romansowi internetowemu Żydówkę. Świetnie gotującą, tańczącą jakieś nowoczesne rytmy, dzięki którym może Pan poczuć przelewającą się wodę w sobie. Nie pytaj Pan mnie, bo nie za bardzo zrozumiałem. T. poznała mnie z hippisowskim małżeństwem A. i Y. Mieszkałem u nich tydzień a miałem jeden dzień. Opiekowałem się ich córkami, które nazywam Pocahontas i Balonem. Przede wszystkim jednak zmywałem i odganiałem się od komarów. Bo to taki raj, w którym nie brakuje mosquito, problemem jest też zanieczyszczona woda i stacja benzynowa, która wylewa swoje nieczystości wprost w piasek. Moi hippisi swoje córki uczyli w domu, ale od pól roku dziewczynki chodzą do szkoły Woldorfa. Mieszkali w komunie w RPA, Indiach i przez dwa lata w Brazylii. Był to ich ostatni tydzeń tutaj – przenoszą się do Porugalii. Bóg jest wszędzie, w nas, to cały Univers. Czym właściwie jest Bóg? Tego typu pytania bez odpowiedzi sobie zadawali i było im ze sobą dobrze. Jako że hippisi, to posiadają pożyczony Volkswagen ogórek. Nie działały w nim hamulce, ale nie przeszkodziło nam spakować się do niego i pojechać jakieś 100 kilometów w las. Zostawili mnie tutaj u kobiety, która jest na wpół szamanką, muzykiem. Żywię się od tygodnia jedynie owocami i zieleniną, kąpie w jeziorku, mieszkam w chatce bez elektryczności. Za sąsiadkę mam ponętną chillijkę, która chce zmienić świat pisząc jedną książkę. Robimy czekoladę, skubiemy kako, pijemy zioła i herbatę. Każdego ranka naszą kuchnię odwiedza koliber Augustin. Mówimy mu dzień dobry, a on trzepocze skrzydełkami. W nocy świetliki rozświetają mroczny las. Często pada. Argentyńscy cyrkowcy otworzyli swoją placówkę w pobliskiej miejscowości Sarra Grange. Byłem na premierze – taniec żywych i umarłych. Ptaki i ropuchy skrzeczą dziwnie. Czasem kogut się odezwie.

Ukłony
Stefan W.

P.S. To mój ostatni przed powrotem wpis na fandze. Dlatego liczę na Pana, że od czasu do czasu skrobnie Pan cosik tutaj. Zostały mi dwa tygodnie podróży, a zatem jadę do Recife, w pobliżu którego osiądę i zajmę się przygotowaniem do powrotu (praca), odpoczynkiem, złapaniem słońca... Mam Panu i czytelnikom fangi przygodę do opowiedzenia, która zmieniła moje życie. Oczywiście pamięta Pan, że 2 września mam imieniny. Wypadają w środku tygodnia, więc jak tylko ustale date to wysle zaproszenie. Tymczasem... do zobaczenia.